Piłkarska gąbka

Piłkarze pochodzący z Warmii i Mazur rzadko potrafili na poważnie zaistnieć w reprezentacji Polski. W 21-letnim wychowanku Sokoła Ostróda eksperci widzą jednak obrońcę na lata. Jak wykuwał się jeden z największych piłkarskich talentów ostatnich lat w regionie?

Publikacja: 16.11.2016 23:00

Rok 2013, PGE Arena: Lechia Gdańsk–FC Barcelona. Pawel Dawidowicz walczy o piłkę z Leo Messim. Wynik

Rok 2013, PGE Arena: Lechia Gdańsk–FC Barcelona. Pawel Dawidowicz walczy o piłkę z Leo Messim. Wynik meczu – 2:2.

Foto: AFP, Jan Sarzyński Jan Sarzyński

Wchodząc do bloku przy placu Tysiąclecia w Ostródzie nietrudno zgadnąć, które mieszkanie należy do rodziny Dawidowiczów. Na piętrze, na ścianie tuż obok drzwi naklejone są herby czterech klubów, kolejno Sokoła Ostróda, Lechii Gdańsk, Benfiki Lizbona i VfL Bochum. Klatkę przystroił tak Marek, ojciec Pawła, z zawodu wojskowy.

– Mąż nie zrobił tego żeby się chwalić, taki z niego po prostu kibic. Sąsiadom też się to zresztą spodobało – śmieje się Dorota, mama piłkarza.

W samym mieszkaniu też już na pierwszy rzut oka widać, że życie rodziny kręci się w dużej mierze wokół kariery sportowej syna. W salonie wisi klubowy szalik Benfiki, a dawny, ciasny pokój piłkarza – który przez większość roku pozostaje teraz pusty – przystrojony został jego zdjęciami oraz koszulkami klubowymi i reprezentacji. To jego dotychczasowa kariera w pigułce.

Długa łodyga, krótki korzeń

– Co ciekawe, Paweł na pierwszy trening poszedł trochę na doczepkę. Wybierał się tam starszy syn Michał, dlatego uznaliśmy, że niech idą razem. I już wtedy trenerzy powiedzieli, że będzie dobrze grał w piłkę. Byliśmy zaskoczeni, ale Paweł miał raptem osiem lat, dlatego nikt nie traktował tego aż tak serio. Michał też bardzo lubił sport, ale nie miał chyba takiego samozaparcia, przekonania że mógłby to być jego sposób na życie. Wybrał studia na politechnice, niedługo je kończy – opowiada Dorota Dawidowicz.

– Paweł od początku wyróżniał się nawet na tle starszych zawodników. Charakter? Raczej spokojny, ułożony. Przez trenerów Lechii został zauważony podczas jednego z turniejów. W naszym klubie pojawiło się już w przeszłości kilku utalentowanych zawodników, ale nikomu nie udało się tak przebić. Całe miasto trzyma za niego kciuki – dodaje Dariusz Gergola, trener grup młodzieżowych w Sokole Ostróda.

Rodzinne gniazdo szybko zrobiło się dla niego za ciasne, dlatego ponad 30-tysięczną Ostródę zamienił na Gdańsk. I już w 2012 r. był podstawowym zawodnikiem Lechii, która zdobyła mistrzostwo Polski do lat 17. Wówczas grał jeszcze jako pomocnik.

– To cud, że nie trafił później na śmietnik, tak jak większość jego kolegów z tamtej drużyny – mówi „Rzeczpospolitej” Bogusław Kaczmarek, który w latach 2012–2013 prowadził pierwszy zespół gdańszczan.

– Paweł od początku był jednak taką piłkarską gąbką, bardzo chłonął wiedzę. No i jak to młody, był trochę narwany. Pamiętam, jak kiedyś pół żartem-pół serio zapytał mnie, czy w ramach prezentu na 18 urodziny nie dałbym mu zadebiutować w ekstraklasie – dodaje.

Na ligowy debiut zapracował sobie jednak nie metryką, ale szybkimi postępami. Swój pierwszy występ na poziomie ekstraklasy zanotował 30 maja 2013 r. w wygranym 3–0 wyjazdowym meczu z Zagłębiem Lubin.

Później, jeszcze w tym samym sezonie, zagrał z Górnikiem Zabrze.

Wraz z końcem sezonu z klubu zwolniono jednak Kaczmarka, a jego miejsce zajął Michał Probierz. Były obawy, czy nie odstawi 18-latka od składu, ale jak się okazało i on nie bał się postawić na młodziana, robiąc z niego ku zdziwieniu wielu kibiców podstawowego środkowego obrońcę.

Chociaż trenerska karuzela w Gdańsku rozbujała się wtedy na dobre (Probierza zwolniono w marcu 2014 r.), to Dawidowicz do końca sezonu 2013/2014 zdołał uzbierać jeszcze 32 ligowe występy, za które zebrał w większości pozytywne recenzje.

O chłopaku z Ostródy zrobiło się głośno, obserwowały go zagraniczne kluby, m.in. Borussia Dortmund. Najbardziej konkretni byli jednak działacze Benfiki Lizbona, którzy wyłożyli na stół ok. 2 mln euro.

Dzisiaj, kiedy Arkadiusz Milik odchodzi do Napoli za 32 mln euro, wydaje się, że to drobne. Ale jak na polskiego ligowca jest to wciąż góra pieniędzy.

Pani Dorota, chociaż śmieje się, że każda matka powiedziałaby o swoim synu to samo, przekonuje, że wysoki transfer i wyższe zarobki nie przewróciły mu w głowie. – Było tak, że to wręcz my sugerowaliśmy mu, żeby czasami sobie na coś pozwolił. On mówi, że niczego nie potrzebuje. Pamiętam, jak jeszcze w czasach gry Lechii jeden z kibiców zapytał go, czy w klubie aż tak źle płacą, że tylko fordem „fiestką” jeździ? Teraz ma porządną furkę. Trzeba też przyznać, że Paweł powoli myśli również o swojej przyszłości, inwestuje – mówi mama.

I dodaje: – Kiedy pierwszy raz wybraliśmy się do niego do Lizbony, byłam przerażona. I jednocześnie zaskoczona, że on w ogóle radzi sobie bez znajomości języka. Nie znał portugalskiego, a tam mało kto mówi po angielsku. Został rzucony na głęboką wodę, ale na nim chyba nie robiło to aż takiego wrażenia, bo nie dzwonił do nas, nie narzekał. A pamiętajmy, że pierwsze pół roku to był dramat, kontuzja za kontuzją. Ale później nawet jak był zdrowy i nie grał w pierwszej drużynie Benfiki, to mówił „spokojnie, przyjdzie czas”.

Ale ten czas nie nadszedł, rywalizacja okazała się zbyt silna. Trudno jednak mówić, że Dawidowicz nie był w rytmie meczowym, bo przez dwa lata w barwach Benfiki B rozegrał 66 spotkań zdobywając w nich trzy bramki. I – co też dużo mówi o jego stylu gry – dostał aż 19 żółtych kartek.

– Nie przebił się, ale nie zapominajmy z kim musiał tam rywalizować. Nie bez znaczenia pozostawało też jego przygotowanie fizyczne. Paweł był mocno wyrośnięty, ale nic poza tym. Można powiedzieć, że miał długą łodygę, ale krótki korzeń – podkreśla Bogusław Kaczmarek. – Z perspektywy czasu wydaje mi się, że najbardziej pasowałby mu wtedy na przykład średni klub holenderski, bo w piłce nie ma drogi na skróty. Dziwię się też, że kiedy Benfika zgodziła się na wypożyczenie, nie zgłosiła się po niego na przykład Legia.

Spokojny, ale potrafi się odgryźć

Chociaż w Lizbonie nie potrafił przebić się do pierwszego zespołu, z kraju i tak płynęły powołania do reprezentacji.

Pierwszy raz został zaproszony na zgrupowanie jeszcze przed transferem, w czerwcu 2014 r. na mecz z Litwą, ale wtedy nie zagrał.

Zadebiutował za to w towarzyskim meczu z Czechami pod koniec 2015 r., kiedy drużyna Adama Nawałki była świeżo po awansie na Euro 2016 r.

Prawdziwą bombą było jednak wpisanie jego nazwiska do szerokiej kadry i zabranie go na ostatnie zgrupowanie przez mistrzostwami.

– Zabawna sytuacja, bo byliśmy akurat z mężem w kawiarni. Zadzwonił do nas menedżer Pawła pytając, czy widzieliśmy, co się stało. A nam nawet nie przyszło do głowy, żeby co chwilę sprawdzać internet. Totalne zaskoczenie – mówi Dorota Dawidowicz.

Wielu ekspertów krytykowało Nawałkę, że powołuje do drużyny piłkarza, który owszem, gra regularnie, ale tylko w rezerwach. A sam zawodnik?

Dawidowicz już wcześniej – kiedy w Polsce nie miał najlepszej prasy – udowodnił, że chociaż uchodzi za spokojnego, to potrafi się odgryźć.

– Uwielbiam takie komentarze. Czytam je bardziej z ciekawości, żeby zobaczyć, co ci zawistni ludzie tam wypisują. Pojęcia jednak dużego o piłce to oni nie mają. Niech piszą, skoro wtedy lepiej się czują. Ja im udowodnię, że się mylą. Jak ktoś ma mi coś konstruktywnego do powiedzenia, to może zadzwonić albo pogadać w cztery oczy – mówił w marcu w wywiadzie dla portalu Łączy nas Piłka.

W kadrze na francuskie Euro ostatecznie się nie znalazł, ale już możliwość trenowania z drużyną przed takim turniejem była dla niego ważna.

Działacze Benfiki, chociaż długo nie chcieli słyszeć o sprzedaży go do innego klubu, w końcu odpuścili. Zgodzili się na roczne wypożyczenie do drugoligowego VfL Bochum.

Tam w końcu pojawiła się szansa na regularne występy. Dawidowicz od początku sezonu zagrał w ośmiu meczach.

Ostatnie tygodnie nie były jednak dla niego najlepsze. Dużym echem odbiło się spotkanie z Kaiserslautern, kiedy po jego kiksie (odskoczyła mu piłka), bramkę zdobył Osayamen Osawe i Bochum przegrało 0:3. Kilka dni później zapisano mu też samobójczą bramkę w meczu z 1.FC Heidenheim (został trafiony piłką po wybiciu przez innego obrońcę), ale tym razem obyło się bez poważniejszych konsekwencji, bo jego drużyna wygrała 2:1.

W ostatnim przegranym meczu przeciwko Greuther Fürth nie znalazł się w kadrze z powodu urazu. Mimo to Adam Nawałka wysłał mu powołanie na mecze z Rumunią i Słowenią. Przez drobną kontuzję musiał jednak opuścić zgrupowanie.

Umowa wypożyczenia wiąże obrońcę z drużyną z Bochum do końca sezonu. Co potem?

– Kto wie, może na klatce pojawi się kolejna naklejka? – zastanawia się Dorota Dawidowicz. – Najśmieszniejsze jest jednak to, że ktoś je już kiedyś zerwał. Ale nie tak żeby zniszczyć, bo były idealnie odklejone. Ktoś najwyraźniej chciał je mieć.

Wchodząc do bloku przy placu Tysiąclecia w Ostródzie nietrudno zgadnąć, które mieszkanie należy do rodziny Dawidowiczów. Na piętrze, na ścianie tuż obok drzwi naklejone są herby czterech klubów, kolejno Sokoła Ostróda, Lechii Gdańsk, Benfiki Lizbona i VfL Bochum. Klatkę przystroił tak Marek, ojciec Pawła, z zawodu wojskowy.

– Mąż nie zrobił tego żeby się chwalić, taki z niego po prostu kibic. Sąsiadom też się to zresztą spodobało – śmieje się Dorota, mama piłkarza.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Materiał Promocyjny
Jaki jest proces tworzenia banku cyfrowego i jakie czynniki są kluczowe dla jego sukcesu?
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Archiwum
Innowacje wkraczają na miejskie przejścia dla pieszych