Stary nowy Open’er

Najpierw była Warszawa i jeden dzień. Potem skwer Kościuszki w Gdyni. Dwa dni, krótki line up. Aż przyszedł czas na lotnisko w Kosakowie i cztery dni. I tak jest do dzisiaj.

Publikacja: 11.07.2016 22:00

Michał Stankiewicz

Michał Stankiewicz

Foto: materiały prasowe

Opener zagrał po raz 15. I to jak podali organizatorzy – rekordowo, bo dla aż 120 tysięcy osób. Zresztą dużą frekwencję było widać. Wielokrotni opener’owicze poruszający się od lat w tej samej przestrzeni mogli łatwo nie tylko zauważyć, ale wyczuć zwiększoną liczbę osób. Większy ścisk na alejkach, więcej zajętej przestrzeni przed główną sceną. No i korki większe.

Sam festiwal mocno odbiega od tego z pierwszych lat. Zmieniło się wiele, bo przecież rzeczywistość, szczególnie ta technologiczna była inna. Gdy Open’er się rodził, nie było social mediów i smartfonów, a przez to wolniejszy obieg informacji i inny sposób komunikacji. No i inny marketing.

Dlaczego o tym piszę? Bo dzisiaj Open’er to nie tylko festiwal, ale multimedialne miasteczko rozrywki połączonej z gigantycznym marketingiem. Obok strefy gastronomicznej wydającej jedzenie z foodtrucków i alkohole, kwitną usługi. Jest strefa modowa, z wybiegiem i sklepikami. Pojawił się fryzjer, a nawet punkt lepienia wianków. Są też kino, teatr i obowiązkowe punkty z tzw. misją (eko-los zwierząt-wiedza seksualna).

Najlepiej jednak marketingowe zadanie domowe odrobiły duże koncerny. Na Open’erze były już dawno, ale banalne stoiska z hostessami i ulotkami nie wytrzymywały konkurencji z roztańczonymi scenami wszelkich napojów. A wszystkie firmy szukają wciąż nowych pomysłów na ściągnięcie klienteli. Dużą popularnością cieszyły się tym razem wszelkie odmiany tzw. fotobudek – jeden z koncernów przygotował nawet ściankę do pozowania skoku ze sceny na publiczność. Inny próbował ściągać do siebie chilloutową publiczność sceną imitującą plażę i wiszącymi hamakami.

Wraz ze rozwojem oferty rozrywkowej zmniejszył się jednak nieco line up. W porównaniu do edycji sprzed kilku lat ubyło scen, jest też mniej koncertów. Tegoroczny festiwal pogodził jednak czterdziesto- i dwudziestolatków. Pierwszych zaspokoił Red Hot Chili Peppers, drugich Wiz Khalifa, jednych i drugich Florence and The Machine, a deser w postaci Pharrella Williamsa był już dla wszystkich, w tym rodzin z dziećmi. Fajnym pomysłem było zaproszenie Zbigniewa Wodeckiego i Mitch & Mitch, którzy razem święcą sukcesy. Dobry przykład łączenia starego z nowym.

Jak po każdym Open’erze, było wielu zadowolonych, ale i rozczarowanych. Czy festiwal zmienił się na gorsze czy na lepsze? Po prostu zmienił się. I pewnie za rok znów będzie inny. Być może Zdzisława Sośnicka wystąpi z The Dumplings? Wszystko jest możliwe…

Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej