Moja lubelska legenda

Pamiętam, z jaką czułością wędrowałem przed laty chodnikami Goraju. Nie mogłem się uwolnić od wrażenia, że oto stąpam po metafizycznej grani łączącej rzeczywistość z legendą, mit z realnością, pisarską fikcję z dotykalnym światem.

Publikacja: 16.07.2015 22:41

Bogusław Chrabota, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”

Bogusław Chrabota, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”

Foto: Rzeczpospolita

Kiedy to było? Może dwie dekady temu, w środku moich kolejnych, już całkiem świadomych, peregrynacji po Lubelszczyźnie. Kiedy były te pierwsze, mniej świadome? Wczesne lata siedemdziesiąte. Zaczynały się w rodzinnym domu mojego dziadka na Bronowicach. Wiodły zwykle na Stare Miasto, w okolice zamku, do legendarnej restauracji Pod Czarcią Łapą. Potem dalej, już za rogatki, w świat łagodnych pagórków i barwnych lasów Lubelszczyzny.

Ojciec tłumaczył, że nasza rodzina jest właśnie stąd, że pochodzimy od szkockich kondotierów w służbie Zamoyskich, którzy osiedli gdzieś na odległych przedmieściach Lublina w końcu XVII wieku. Dowodów nie posiadał, ale taka była rodzinna legenda, którą żyjemy po dziś dzień. Może ktoś pomoże mi ją sprawdzić?

Potem przyszedł czas innej legendy. Oszołomiła mnie wraz z przeczytanymi książkami Singera. Nie wiem, co go łączyło z Lubelszczyzną, ale darował jej w swoich dziełach wyjątkową przestrzeń. Oczywiście świat najlepiej zna przygody Jaszy Mazura. „Sztukmistrz z Lublina” to jedna z najsłynniejszych książek Bashevisa, ale ja osobiście należę do wielbicieli „Szatana z Goraju”, pierwszej powieści późniejszego noblisty. Napisana w latach trzydziestych, jakby wyczuwa rodzący się właśnie po drugiej stronie Atlantyku realizm magiczny. Singerowski Goraj to przecież nic innego jak polskie Macondo. Miejsce, z którego wyrasta wielki mit, by pójść już samodzielnie w świat.

Czy Goraj naprawdę istnieje? Zadawałem sobie nieraz to pytanie. Czy nie starły go wojny kozackie, szwedzki potop, najazdy tatarskie? Czy kiedyś do niego trafię?

Trafiłem. Całkiem przypadkiem. Jadąc kiedyś w pośpiechu z Krasiczyna do Warszawy, zobaczyłem drogowskaz na Goraj. Nie zastanawiając się długo, skręciłem w lewo i trafiłem do Singerowskiego Macondo. Dojechałem do ryneczku. Spojrzałem na domy. Znalazłem starą synagogę (już w innej roli), domki ustawione jak w książce, te same drzewa i powietrze. A więc istnieją czary, pomyślałem. I stąpają po ziemi. Tu, na Lubelszczyźnie, jak nigdzie indziej.

Proszę czytelnika o wybaczenie, że na inaugurację „Rzeczpospolitej” na Lubelszczyźnie opowiadam prywatną historyjkę. Mógłbym napisać coś ogólnego, poważnego, mniej lub bardziej podniosłego. Piszę jednak inaczej, bo zawsze chciałem opowiedzieć o swoim uczuciu do tej ziemi, a nigdy nie miałem okazji. Więc opowiadam dziś i cieszę się, że mogę.

I mam poczucie, że nie ja jeden jestem dłużnikiem tej ziemi.

Bogusław Chrabota, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”

Kiedy to było? Może dwie dekady temu, w środku moich kolejnych, już całkiem świadomych, peregrynacji po Lubelszczyźnie. Kiedy były te pierwsze, mniej świadome? Wczesne lata siedemdziesiąte. Zaczynały się w rodzinnym domu mojego dziadka na Bronowicach. Wiodły zwykle na Stare Miasto, w okolice zamku, do legendarnej restauracji Pod Czarcią Łapą. Potem dalej, już za rogatki, w świat łagodnych pagórków i barwnych lasów Lubelszczyzny.

Pozostało 83% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
CERT Orange Polska: internauci korzystają z naszej wiedzy