Polska musi być na Zachodzie

Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania
materiały prasowe

Obecna władza próbuje narzucić narrację, że miasta rządzone przez uległych samorządowców, a zwłaszcza przez polityków PiS, dostaną więcej, a ich mieszkańcom będzie się żyło lepiej. To bzdura. Samorząd ma finansową samodzielność – mówi Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania.

Rz: Strasznie jest pan antypisowski, spośród wszystkich prezydentów wielkich miast pan chyba najbardziej krytykuje partię rządzącą.

Jacek Jaśkowiak: Nie jestem antypisowski, ale pewne sprawy są dla mnie ważne: trójpodział władzy, wolność mediów, zachodnioeuropejski model demokracji. Niestety, sądząc z praktyki działania PiS, ta partia ma zupełnie inne ideały. Wartości zachodnioeuropejskie są dla mnie istotne, więc za nimi się opowiadam, a politycy rządzącej partii łakomym okiem spoglądają raczej na Wschód… Czerpią z wartości preferowanych przez Łukaszenkę na Białorusi czy Putina w Rosji. Uważam, że dla Polski, która przez dziesiątki lat funkcjonowała na obrzeżach zachodniej cywilizacji, zakotwiczenie na Zachodzie ma fundamentalne znaczenie. Każda próba kwestionowania tego kierunku zmian będzie budziła mój sprzeciw.

Nie obawia się pan, że tak jasna, polityczna postawa prezydenta Poznania może miastu zaszkodzić?

Rzeczywiście, obecna władza próbuje narzucić narrację, że miasta rządzone przez uległych samorządowców, a zwłaszcza przez polityków PiS, dostaną więcej, a ich mieszkańcom będzie się żyło lepiej. To bzdura. Samorząd ma finansową samodzielność.

Ale już w sprawie dotacji z Unii Europejskiej władza centralna ma pewne instrumenty, aby sterować przepływem pieniędzy.

Pozyskiwanie pieniędzy unijnych opiera się na konkursach. Ich ustawianie wiązałoby się z odpowiedzialnością karną, więc – choć tej władzy trzeba patrzeć na ręce – na razie można być dość spokojnym.

Ostatnio premier zarzucił panu, że bojkotuje program Mieszkanie+. Szef rządu wystosował nawet w tej sprawie list. Bojkot tego programu jest szkodliwy dla wielu czekających na mieszkanie poznaniaków.

Nie czuję się adresatem listu premiera. To raczej zarzut do PKP, bo właśnie to – zresztą państwowe – przedsiębiorstwo jest dysponentem tzw. Wolnych Torów w Poznaniu. To teren, gdzie między innymi mają powstawać mieszkania z rządowego programu. Co więcej, akurat z instytucjami, które się tym programem zajmują, na przykład z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, współpracuje nam się dość dobrze.

Antypisowski kurs się opłacił, bo wybory samorządowe wygrał pan w cuglach, w pierwszej turze. Zamierza pan na tym samym koniu wjechać na ogólnopolską scenę polityczną?

W roku 2014, gdy wygrałem swoje pierwsze wybory samorządowe, zadeklarowałem, że jestem gotów pełnić funkcję prezydenta Poznania przez dwie kadencje. To jest horyzont czasowy, który sobie wyznaczyłem.

Widzę w tej odpowiedzi próbę dobrze wytrenowanego na ringu uniku.

Doświadczony biegacz powie, że kiedy biegnie się maraton, lepiej nie myśleć o kolejnych. W boksie, który od lat trenuję, też podczas aktualnej walki nie myśli się o kolejnej. Gdy skończy się ta prezydentura, będę miał 60 lat i będę chciał wrócić do biznesu. Ta praca jest łatwiejsza i znacznie mniej stresująca od kierowania dużą metropolią. Mówię tak, bazując na wieloletnim doświadczeniu w biznesie. Oczywiście można upajać się władzą, cieszyć się stanowiskiem i wynikającym z niego splendorem… Jeśli jednak traktuje się ten urząd na serio, to trzeba podejmować trudne decyzje, polityczne kalkulacje odsuwając na bok. Nie uważam, że moje zwycięstwo w wyborach samorządowych było efektem, jak to pan nazwał, „antypisowskiego kursu”. Być może obrona pryncypiów demokratycznych, w którą się zaangażowałem, wpłynęła na decyzję części wyborców, ale ważniejsze było to, co w czasie pierwszej kadencji w Poznaniu zrobiliśmy. A zrobiliśmy wiele. Zmieniliśmy sposób zarządzania miastem, rozbudowaliśmy i remontujemy miejską komunikację, wartość miejskich spółek wzrosła o 2 miliardy zł. Przede wszystkim jestem finansistą i wiem, że to miało duże znaczenie. W wyborach największe poparcie zdobyłem wśród seniorów – ta grupa wyborców doceniła to, co dla niej zrobiliśmy. Bo jeśli chodzi o politykę senioralną, to Poznań wyznacza dzisiaj standardy w całym kraju. Inna kwestia to budowa mieszkań komunalnych i socjalnych. I to, co robimy z Kościołem.

Z Kościołem to pan się głównie kłóci.

Nieprawda. Przede wszystkim mamy – wreszcie! – rozdział samorządu i Kościoła. W kampanii wyborczej nie chodzę, jak mój poprzednik, na trzy msze do największych poznańskich kościołów, ale za to z Caritasem wydajemy dziennie 1500 posiłków dla ubogich, urządziliśmy noclegownię i łaźnię dla bezdomnych, którzy mogą też skorzystać z bezpłatnych usług fryzjerskich. Dla wielu ludzi wydaje się to mało znaczące, ale dla tych bezdomnych, ubogich takie sprawy mają znaczenie fundamentalne. I właśnie przede wszystkim takie działania doprowadziły do mojego zwycięstwa w pierwszej turze, a nie emocje związane z PiS-em i antypisem. Jeśli ten mój „antypisowski kurs” odegrał jakąś rolę, to przede wszystkim w postrzeganiu mojej polityki personalnej. W przeciwieństwie do partii rządzącej my nie obsadzamy wszystkich stanowisk w Poznaniu politykami własnego obozu. Przeciwnie, gdy przeanalizuje się kierownicze stanowiska w Urzędzie Miasta lub miejskich spółkach, to okaże się, że działaczy Platformy Obywatelskiej jest mniej niż cztery lata temu, gdy zostałem prezydentem. Stawiam na ludzi do pewnych funkcji przygotowanych profesjonalnie, a nie na politycznych nominatów.

Pan mówi o wzroście wartości miejskich spółek, a mnie zastanawia co innego. Marcin Kącki w swojej książce o Poznaniu napisał, że to miasto „tkwi w pruskim drylu, gdzie pod płaszczykiem religii i ideowości kryją się agresja i niskie instynkty”. Jaki Poznań jest prawdziwy? Ten liberalny, z Marszem Równości, w którym bierze pan udział, czy ten broniący arcybiskupa Juliusza Paetza i Wojciecha Kroloppa?

Donald Tusk zadał mi ostatnio pytanie, jak to się stało, że wygrałem w pierwszej turze, mając przeciwko sobie Kościół i kiboli. Odpowiedziałem, że kibole stanowią pozorną siłę polityczną. Są głośni, ale to ludzie z okolic Piły, Wągrowca, Gniezna. To nie moi wyborcy, jeśli w ogóle są czyimikolwiek wyborcami… Bo wątpię, by z tego demokratycznego prawa korzystali. Jeśli chodzi o Kościół, to jestem przeciwny wykorzystywaniu go jako trybuny politycznej. Brzydzę się tym, co robi PiS, czyli wysługiwaniem się Kościołem. A jeśli chodzi o pańskie pytanie, to powiem, że Poznań się zmienia. Nie od dzisiaj, od dawna. Sądzę, że moim przeciwnikom ta zmiana umknęła. My zawsze, dzięki Międzynarodowym Targom Poznańskim, mieliśmy kontakt z Zachodem i to wpływało również na kulturę. Proszę zobaczyć – Stanisław Barańczak, Teatr Ósmego Dnia, kabaret Tey Zenona Laskowika. Dzięki targom mieliśmy okno na świat, wielu poznaniaków bezpośrednio stykało się z obywatelami zachodnich państw. To w nas zostało. Mentalność zmienia się zawsze najwolniej, ale jednak te zmiany w dobrym kierunku następują. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że dzisiaj, również dzięki tej przeszłości, poznaniacy są bardziej europejscy od średniej krajowej. To zresztą jest widoczne w wynikach wyborów, Poznań zawsze był bastionem partii nastawionych na współpracę z Europą Zachodnią – Unii Demokratycznej, Unii Wolności, Platformy Obywatelskiej.

Kiedyś był raczej bastionem endecji.

Ale dawno temu. Sądzę, że 60 lat funkcjonowania Międzynarodowych Targów Poznańskich, styczność z obywatelami krajów zachodnich mocno nadwyrężyły te endeckie fundamenty. Nie wszyscy to zauważyli i na tym polega ich problem.

Ma pan na myśli lokalnych polityków PiS?

Nie tylko. Mój poprzednik też był przecież bardzo konserwatywny. Ale takich ludzi jest w Poznaniu oczywiście więcej. Pamiętajmy jednak, że często miasta, zresztą nie tylko, są postrzegane przez pryzmat cech osoby, która rządzi. A ona nie uosabia wszystkich cech całej zbiorowości.

Wróćmy do pańskiego konfliktu z Kościołem. Spieracie się, i to spieracie ostro, o Pomnik Wdzięczności, wysokość czynszów za wynajem miejskich budynków przez instytucje kościelne… Lista jest długa.

Była, dzisiaj jest już znacznie krótsza. Zawarliśmy porozumienia, wymieniliśmy się nieruchomościami, więc pól sporu jest już dzisiaj znacznie mniej. I wspólnie robimy wiele dobrych rzeczy dla potrzebujących pomocy.

Ale z arcybiskupem Stanisławem Gądeckim się nie zgadzacie. Jest pan krytykowany przez poznańską kurię między innymi za otwarcie całodobowego gabinetu ginekologicznego.

Stosunki nie są sielankowe, to prawda, ale takie nie muszą być. Nie podlizuję się Kościołowi i nie będę tego robił, bo nie taka jest rola prezydenta. Ale szanuję księdza arcybiskupa i mam wrażenie, a także sygnały, że to działa również w drugą stronę. Ku zaskoczeniu wielu osób podczas uroczystości 25-lecia posługi kapłańskiej arcybiskupa Stanisława Gądeckiego byłem pierwszą świecką osobą poproszoną o zabranie głosu.

Ostatnio arcybiskup przeniósł gdzieś do parafii w Puszczy Drawskiej księdza Daniela Wachowiaka, który po pańskim zwycięstwie wyborczym napisał: „Poznaniu, żal mi Ciebie”, a później odprawił za pana mszę. Poczuł pan satysfakcję?

Nie, traktuję to jako bardzo ważny sygnał: arcybiskup Gądecki uważa, że politycy są od polityki, a księża od duszpasterstwa. Ambona to nie miejsce dla polityki – tak chyba można to podsumować. I tak odczytuję ten krok arcybiskupa. Ktoś, kto się angażuje politycznie, kto chce się zajmować polityką…

Ten do puszczy.

Ten sygnał jest o tyle istotny, że w polskim Kościele, niestety, niezbyt częsty. Może nawet odosobniony.

Ale konflikt wokół Pomnika Wdzięczności trwa. Co on panu przeszkadza? Najwyżej nie będzie pan chodził na tereny rekreacyjne nad jeziorem Malta.

Mnie on nie przeszkadza i nie o mój komfort w tej sprawie chodzi. To jest monumentalna budowla, którą próbuje się postawić wbrew obowiązującym planom zagospodarowania przestrzennego, na terenach rekreacyjnych zlokalizowanych w centrum miasta. Pomnik Wdzięczności stał przed wojną na placu Mickiewicza i miał być kontrą do wybudowanego przez Niemców podczas zaborów Pałacu Cesarskiego. Dwanaście metrów wysokości, dwadzieścia pięć metrów szerokości, dość niefortunnie zaprojektowany, był krytykowany już w II Rzeczypospolitej. Legendarny prezydent Poznania Cyryl Ratajski też był przeciwnikiem tego monumentu. Na początku planowano postawić go na placu Mickiewicza, gdzie poza pomnikiem wieszcza są jeszcze Poznańskie Krzyże. Groch z kapustą, wymyślono więc Maltę. Ale to wbrew planom, a ja jestem zwolennikiem przestrzegania prawa. Nawet jeśli figura Chrystusa ze złotym sercem, która ma być elementem Pomnika Wdzięczności, wjechała do Poznania na czołgach Macierewicza. Figura stoi dzisiaj przy kościele św. Floriana na Jeżycach, gdzie notabene byłem ochrzczony, a moi dziadkowie wzięli ślub. Nawet dobrze się komponuje z otoczeniem. Teraz konflikt w tej sprawie przycichł, bo inicjatorzy powstania Pomnika Wdzięczności zrozumieli, że dzisiaj nie ma w Poznaniu atmosfery do jego budowy.

Może warto w tej sprawie ogłosić referendum?

Walczący o pomnik powiedzieli, że przeczekają moją prezydenturę. Nie wiem tylko, bo nie mam najświeższych informacji, czy będą czekać kolejnych pięć lat, bo chyba mieli nadzieję, że w tej kampanii przegram.

Jaki byłby Poznań pańskich marzeń?

Mam żyłkę sportowca, dlatego jednak traktuję to trochę jako pewnego rodzaju rywalizację z innymi miastami. Mniej mam na myśli polskie miasta, raczej europejskie. Chciałbym, żeby Poznań, przynajmniej w pewnych zakresach, wyznaczał standardy, i to nie tylko w kraju. Żeby dołączył do europejskiej „Ligi Mistrzów”, w której dzisiaj grają Amsterdam, Kopenhaga czy Fryburg. Żeby potrafił z wyprzedzeniem reagować na zjawiska społeczne, bo to się przekłada na komfort życia mieszkańców. Chciałbym też, by ludziom w Poznaniu dobrze się żyło, dobrze się w nim czuli. Ale wszyscy, bez względu na poglądy i pozycję społeczną. Kiedyś trafiły mi w ręce materiały reklamowe Kopenhagi z wizerunkiem bezdomnego trzymającego „tytkę”, jak mówimy w Poznaniu, czyli torbę z marketu. To pokazywało, że częścią kopenhaskiej społeczności są absolutnie wszyscy obywatele, nie tylko młodzi, piękni i bogaci. Świat tworzą nie tylko ludzie sukcesu. I nigdy tak nie będzie.

Ale, o czym jako finansista wie pan lepiej ode mnie, ci ludzie sukcesu są niezbędni. Bo fundamentem wszystkiego jest gospodarka. Gdy ona dobrze się rozwija, to są pieniądze również na zapewnienie bezdomnym godziwych warunków życia: łaźni, fryzjera, ciepłych posiłków. Tymczasem centrale firm się z Poznania wyprowadzają.

Niestety problemem Polski jest nadmierna centralizacja. Ale patrzę na to biznesowo, a w takim spojrzeniu ważne są inne parametry. Nie tyle fakt, czy w mieście znajdują się centrale wielkich firm. Liczy się też wysokość PKB na głowę mieszkańca, a w tej dziedzinie Poznań plasuje się zaraz po Warszawie, także drugą po stolicy mamy dynamikę rozwoju nowoczesnych usług. Powstaje tu bardzo dużo mieszkań, rozbudowuje się Volkswagen, podobnie jak Wrigley i Lisner, a Bridgestone zainwestuje w poznańską fabrykę aż miliard złotych. Siedzibę centrali można przenieść jedną decyzją zgromadzenia wspólników czy akcjonariuszy, a przeniesienie fabryki jest znacznie trudniejsze. Mamy w Poznaniu duże firmy, ale bardzo wiele jest też przedsiębiorstw rodzinnych, które świetnie potrafią się dostosować do zmieniającego się rynku. Inwestorzy doceniają zmiany, które już w Poznaniu nastąpiły. Naszym sukcesem jest zagospodarowywanie terenów postprzemysłowych, które dotąd leżały odłogiem, rozwija się też komunikacja miejska. Po ostatnich zakupach nowego taboru odsetek tramwajów starszych niż 30 lat spadł do nieco ponad 20 procent, podczas gdy średnia w dużych polskich miastach wynosi 40–60 procent.

Ostatnim przebojem stały się wypożyczane na godziny elektryczne hulajnogi.

Mamy też elektryczne skutery na godziny. Sam nimi jeżdżę, to szybki i przyjemny sposób przemieszczania się po mieście. A rowery? W systemie roweru miejskiego w roku 2015 odnotowaliśmy 100 tysięcy wypożyczeń, w 2016 roku – trzy razy więcej, a w tym roku sięgniemy 2 milionów! Bardzo dynamicznie rośnie też liczba osób, które korzystają z transportu publicznego. Wszystko to służy dobru wspólnemu. Mogliśmy oczywiście przeznaczyć pieniądze na budowę obiektu podobnego do wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki, które kosztowało 360 milionów złotych. Forum jest piękne, robi wielkie wrażenie, ale my zdecydowaliśmy się wydać 400 milionów złotych na 50 nowoczesnych tramwajów. Uznaliśmy, że poznaniacy potrzebują ich bardziej niż sali koncertowej.

Bardzo to wielkopolskie. Najpierw rzeczy użytkowe, później, ewentualnie, fanaberie…

Po prostu liczę pieniądze. Wolę zrobić coś, co przełoży się na konkretną korzyść i poprawi codzienne życie mieszkańców, niż przeciąć kolejną wstęgę.

Mogą Ci się również spodobać

Jacek Majchrowski: Codziennie dowiadujemy się o nowych zachorowaniach wśród urzędników

Największym wyzwaniem jest oczywiście organizacja komunikacji miejskiej. Od przyszłego tygodnia planujemy wzmocnienia najbardziej obciążonych ...

Kraków posadzi las z okazji Nobla dla Olgi Tokarczuk

Krakowski magistrat ma pomysł jak uhonorować noblistkę. Prezydent Jacek Majchrowski zdecydował o utworzeniu Lasu ...

Przyszłość średnich miast: kogo czeka degradacja, a kogo sukces?

Pomoc zewnętrzna przyda się wszystkim miejscowościom średniej wielkości, ale dla niektórych to być albo ...

Online i z przytupem. Teatry i filharmonie szykują się na Sylwestra

Teatry i filharmonie zagrają w sylwestra online z nadzieją, że nowy rok będzie pomyślniejszy. ...

Polski Stuttgart czy Wolfsburg. Tu będzie powstawać polskie e-auto

Realizacja tak strategicznej inwestycji będzie skutkować ożywieniem gospodarczym, związanym również z rozbudową sieci kontrahentów ...

O alkoholu i narkotykach na festynach i wycieczkach

Władze samorządowe nierzetelnie realizują zadania dotyczące profilaktyki uzależnień – ocenia Najwyższa Izba Kontroli. Polski ...