Pierniki dojrzewają do złota

Rozgrywający z Torunia Amerykanin Robert Lowery w kleszczach swego rodaka Drewa Brandona i Serba Marko Tejicia z AZS Koszalin
materiały prasowe

Polski Cukier od kilku lat tworzy w Toruniu modę na ten sport. Czy już w tym sezonie „Twarde Pierniki” zdobędą mistrzostwo Polski?

Początek stycznia to już nie czas wręczania prezentów, ale kilka dni temu kibice mieli ogromne powody do świętowania, bo do drużyny i tak już mocnej, i typowanej do walki o miejsca na podium dołączył kolejny gracz. I to taki z najwyższej, dostępnej półki. Najpierw w mediach społecznościowych było trochę prowokacji i zabawy. Jak przy wszystkich transferach w ostatnich miesiącach na klubowym profilu pojawiła się przeróbka jakiegoś słynnego obrazu. Tym razem było to płótno Thomasa Kirby’ego Van Zandta, na którym widać mężczyznę jadącego saniami. Skojarzenia z kuligiem jak najbardziej słuszne, dlatego kibice, nawet bez specjalnego przypatrywania się od razu rozszyfrowali, że chodzi o byłego reprezentanta Polski Damiana Kuliga, który od kilku sezonów grał w Turcji, w bardzo silnych drużynach, a teraz postanowił wrócić do Polski.

Za jednym zamachem drużyna Polskiego Cukru Toruń stała się jednym z faworytów do zdobycia mistrzowskiego tytułu (a w opinii wielu kibiców i fachowców największym), a przy okazji dała prztyczka jednemu z wielkich rywali (choć nie to było celem), czyli Stelmetowi Zielona Góra. Wydawało się, że jeden z najlepszych polskich koszykarzy trafi właśnie tam, kontrakt podobno był już na stole, szczegóły dogadane, a w międzyczasie nastąpił zwrot akcji. O co mogło chodzić? Jeśli nie wiadomo o co, to może chodzić o pieniądze, a w Toruniu dbają, by były na czas i na pewno, co niestety w Energa Basket Lidze nie jest regułą. Wiarygodność Polski Cukier buduje od wielu lat i to się opłaca.

Pieniądze pewne jak w banku

– Przelewy na czas to jest dla nas sprawa priorytetowa. Takie doświadczenie zostało mi jeszcze z czasów, gdy pracowałem jako agent ubezpieczeniowy. Agentowi trzeba płacić na czas, bo inaczej robi się problem i teraz bardzo dbamy, aby to, co zapisane w kontrakcie, sumiennie wypłacić, bez żadnych opóźnień. Zawodnicy, którzy się poświęcają, jeżdżą po Polsce, wypruwają sobie żyły, nie mogą się zastanawiać, czy i kiedy będą mieć pieniądze. Zawodnik ma być zadowolony, jego rodzina ma być zadowolona – podkreśla w rozmowie z „Rz” prezes Maciej Wiśniewski.

Damian Kulig mówił na konferencji prasowej, że Polski Cukier cieszy się dobrą opinią, a wszyscy zawodnicy, z którymi rozmawiał, polecali mu ten klub. Duże znaczenie miał też zapewne fakt, że Kulig ma w Toruniu mieszkanie, dobrze czuje się w tym mieście jego rodzina, a w zespole jest też Łukasz Wiśniewski – obaj panowie się przyjaźnią, a Kulig bierze udział w campach koszykarskich organizowanych przez kapitana Polskiego Cukru. Już latem trenował z „Twardymi Piernikami”, dostał propozycję kontraktu, ale wtedy jeszcze otrzymał ofertę z Turcji. Teraz długo się nie zastanawiał, a jego powrót do Energa Basket Ligi śmiało można nazwać hitem transferowym. Z nim w składzie gra w finale jest obowiązkiem, chociaż prezes klubu studzi nastroje.

– Obecny skład może budzić wielkie nadzieje na najwyższe miejsca, ale Anwil Włocławek miał dwa lata temu bardzo mocny zespół, a szybko odpadł z rywalizacji. Dzięki temu, że Włocławek w pierwszej rundzie play off nie dał rady rozpadającemu się zespołowi Czarnych Słupsk, my mieliśmy łatwiejszą drogę i zajęliśmy drugie miejsce. Można też zadać sobie pytanie, czy przyjście Kuliga nie zepsuje rotacji, bo po powrocie do gry Przemka Karnowskiego będziemy mieli zbyt wielu ambitnych graczy. Wpasowanie wszystkich w taktykę i odpowiednie wykorzystanie psychologii jest zadaniem trenera Dejana Mihevca. Jeśli chcemy wygrywać, musimy mieć mocną pierwszą piątkę, silnych zmienników, ale też kilku takich graczy, którzy nie obrażą się, że wejdą na parkiet tylko na 12 minut – przestrzega prezes Wiśniewski.

W ostatnich dwóch sezonach „Twarde Pierniki” zdobyły srebrne i brązowe medale, teraz trzeba siłą rzeczy mierzyć w złoto. Awans do finału jest dla Polskiego Cukru Toruń bardzo ważny. Czemu? Wiele wskazuje na to, że od przyszłego sezonu dwie polskie drużyny będą grały bez eliminacji w fazie grupowej Ligi Mistrzów organizowanej przez FIBA, a zespół z Torunia chciałby się pokazać w Europie. To naturalny kierunek, żeby generować większe zainteresowanie kibiców i mediów. Zespół z Torunia próbował już w tym sezonie, walczył w eliminacjach, pokonał silne drużyny Tsmoki Mińsk oraz Estudiantes Madryt, ale w ostatniej rundzie uległ, po zaciętej walce, niemieckiemu Medi Bayreuth. Prezes Wiśniewski dodaje, że z budżetem na poziomie 8,2 mln złotych, jakim obecnie dysponuje klub, ciężko jest podbić Europę, ale powalczyć można.

Od kilku lat widać rosnące zainteresowanie miasta koszykówką. Toruń ma bogate tradycje koszykarskie, w przeszłości miejscowa drużyna grała w ekstraklasie, a 31 stycznia 1959 w wyniku ogólnopolskiego plebiscytu zespołowi nadano przydomek „Twarde Pierniki”. Z okazji jubileuszu na 20 stycznia (przy okazji meczu z Treflem Sopot) zaplanowano uroczyste „przekazanie” nazwy obecnemu zespołowi przez członków dawnej drużyny.

Zdarzały się też jednak i trudne momenty w historii toruńskiej koszykówki, kiedy trzeba było zaczynać od trzeciej ligi, dlatego tradycja kibicowania trochę przygasła. Trzeba ją budować od nowa i to się powoli udaje. Klub jest aktywny w mediach społecznościowych, w czym duża zasługa Kuby Konieczki, odpowiedzialnego za marketing i kontakty z mediami.

Rodzinna atmosfera

– Kiedy zaczynaliśmy nasze kampanie, w internecie mieliśmy trochę ponad 2 tysiące fanów. Teraz mamy ponad 16 tysięcy internautów, którzy nas obserwują. Ludzi mówiących o koszykówce jest w Toruniu coraz więcej. Może kibiców jeszcze nie ma na trybunach aż tak wielu, jak byśmy chcieli, średnio na mecze przychodzi około 2600 osób, ale idziemy do góry. W weekend przychodzi sporo, w dzień powszedni gorzej, bo praca. Na początku to byli sami „profesorowie” na trybunach. Każdy dyskutował, a dopingu nie było. Teraz mamy świetny klub kibica i wysoką kulturę wśród fanów. Ostatnio jeden z zawodników AZS Koszalin miał kontuzję i sam się zdziwiłem, jak wiele braw dostał. Nasza hala pozwala też na tworzenie rodzinnej atmosfery, bo mamy miejsce, żeby zorganizować dużą przestrzeń do zabawy dla dzieci – mówi prezes Wiśniewski.

Gorąca atmosfera panuje też na meczach AZS UMK Toruń, który nawiązał z Polskim Cukrem współpracę. Dzięki temu w drugiej lidze mogą ogrywać się młodzi zawodnicy, którzy kiedyś może trafią do zespołu grającego w Energa Basket Lidze. Na trybunach hali, w której występują, mieści się około 400 osób i często panuje tam tłok. Zadbano też o najmłodszych – w grupie szkrabów ćwiczą dzieci z roczników 2008/2009. We współpracy z kapitanem drużyny Łukaszem Wiśniewskim czy Krzysztofem Sulimą latem organizowane są campy. Każde dziecko może przyjść, poćwiczyć, porzucać. Może spodoba mu się kozłowanie i dźwięk siatki, kiedy piłka wpada do kosza, a po wakacjach wróci na treningi?

Promocja i marketing to jedno, ale kibicom trzeba sprzedawać prawdziwe emocje (prezes Wiśniewski powtarza, że jak wygrać, to jednym punktem, a jeśli już przegrać, to zostawiając serce i duszę na boisku) i dobrą grę, bo fałsz wyczują od razu. Tego nie da się zrobić bez dobrze zbudowanej drużyny, a to z kolei wymaga rozeznania na rynku zawodników i umiejętnego poruszania się w ramach dostępnego budżetu. Oczywiście, jeśli bierze się zawodnika klasy Kuliga czy wcześniej Aarona Cela lub Karola Gruszeckiego, których możliwości są doskonale znane, to ryzyko jest niewielkie. Problem pojawia się przy kontraktowaniu zawodników zagranicznych, zwłaszcza po amerykańskich uczelniach. Dostępnych jest wielu, każdy – według menedżerów – ma wspaniałe umiejętności, jest człowiekiem otwartym na ludzi, przykłada się do treningów i doskonale znosi presję. Potem jednak może się okazać, że rzeczywistość rozmija się z obietnicami i kandydat na gwiazdę jest wielkim rozczarowaniem. W Toruniu, przynajmniej od kilku sezonów, takich kłopotów nie mają, a duża w tym zasługa dyrektora sportowego Ryszarda Szczechowiaka, który jest odpowiedzialny za budowanie drużyny.

Nie kupują kota w worku

W tym sezonie sprawdzają się Robert Lower i Michael Umeh, dwa sezony temu świetnie grali Obie Trotter i przede wszystkim Kyle Weaver, czyli zawodnik z przeszłością w lidze NBA, którego udało się znaleźć „na promocji”. Po problemach Weaver chciał się odbudować, pokazać w Europie i okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie tylko znakomicie grał, ale także miał świetny kontakt z publicznością i był stuprocentowym profesjonalistą.

Jak udaje się uniknąć pomyłek? Trener Szczechowiak przyznał w wywiadzie z „Gazetą Wyborczą”, że ma w USA znakomite kontakty, które trwają od bardzo dawna. Jeszcze jako młody szkoleniowiec został wysłany do Ameryki na staż (nie bez znaczenia był fakt, że znał angielski, co nie było wtedy regułą w środowisku), potem dostał kolejne zaproszenie i teraz jeździ już każdego roku. Patrzy nie tylko w statystyki, ale także wypytuje o charakter, sprawy pozaboiskowe. Nie musi obserwować młodego chłopaka osobiście. Wystarczy, że zna trenera z okręgu, w którym on występuje i już ma wiarygodną opinię. Nie daje sobie wcisnąć kota w worku i dzięki temu pieniądze są dobrze wydane, a pomyłki zdarzają się naprawdę rzadko. Skład jest stabilny, Polacy grają po kilka sezonów (Cel, Tomasz Śnieg, Wiśniewski, Krzysztof Sulima, Bartosz Diduszko, Karol Gruszecki), a do Torunia potrafią się przekonać obcokrajowcy – senegalski środkowy Cheikh Mbodj rozgrywa tutaj już swój trzeci sezon. Drugi rok z rzędu zespół prowadzi też Słoweniec Dejan Mihevc, który może wprowadzać w życie swoje pomysły.

– Kontynuacja daje efekty. Kiedy drużyna spotyka się w sierpniu, zawodnicy już wiedzą, jak grać. Widać to było w eliminacjach Ligi Mistrzów, gdzie graliśmy bardzo dobrze, mimo krótkich przygotowań. Nie czekamy na ostatnią chwilę. Ryszard Szczechowiak już dziś myśli o tym, jak drużyna będzie wyglądała za rok czy za dwa lata. Staramy się działać z wyprzedzeniem. To, że finał nam się „zdarzył” w 2017 roku, to był przypadek. Tak naprawdę „planowaliśmy” awans do czołowej czwórki dopiero rok później, ale sport jest nieprzewidywalny. To działa też na sponsorów. Zdobyliśmy zaufanie przedsiębiorców i teraz się zdarza, że sponsor poleca sponsora. Zaczyna się moda na wspieranie zespołu. Ludzie nie tylko chcą kibicować, ale też uczestniczyć w czymś fajnym – mówi „Rz” prezes Wiśniewski.

I „Twarde Pierniki” im to dają.

Mogą Ci się również spodobać

Rozwojowy skok dzięki Unii

Gdyby nie europejska polityka solidarności, polskie regiony wolniej nadrabiałyby dystans do bogatszych sąsiadów. Wejście ...

Zagraniczne szkolenie bez preferencji

Powiat, który u zagranicznego kontrahenta zamówił usługi organizacji praktyk zawodowych dla uczniów, musi rozliczyć ...

Przekraczanie granic intymności

Od  13 czerwca w PGS w Sopocie oglądać można wystawę „Body Works”. Jej bohaterem ...

Samorządy powinny przechodzić na chmurę

Usługi i aplikacje IT realizowane w technologiach chmurowych zmieniają nie tylko sposób funkcjonowania przedsiębiorstw, ...

Ochrona konserwatorska nie będzie zaskakiwać

Gminy będą informować właścicieli, że ich nieruchomości trafiły do ewidencji zabytków. Dziś nie muszą ...

Sieć 5G wymusi zmiany prawa dla samorządów

Zakazy w miejscowych planach nie będą już mogły blokować budowy stacji bazowej telefonii komórkowej. ...