Wygrałem, bo dotrzymuję obietnic

Andrzej Nowakowski (rocznik 1971 r.) ukończył filologię polskią na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Pracował jako nauczyciel, w latach 2002–2007 zasiadał w płockiej radzie miasta. W wyborach parlamentarnych w 2007 uzyskał mandat poselski z listy PO. Od 2010 r. jest prezydentem Płocka, obecnie został wybrany na 3. kadencję.
Fotorzepa/Szymon Labiński

Płock i płocczanie są moją pierwszą partią – mówi Andrzej Nowakowski, prezydent Płocka Andrzej Nowakowski. Jego zdaniem mieszkańcy zaufali mu i wybrali na trzecią kadencję, bo potrafi wsłuchiwać się w ich potrzeby.

Rz: Należy pan do Platformy Obywatelskiej, a na co dzień jest pan bardziej politykiem czy samorządowcem, który chowa legitymację partyjną do szuflady?

Andrzej Nowakowski: Nie mamy w PO legitymacji, więc nie ma co chować do szuflady. Ale tak poważnie, mogę śmiało powiedzieć, że od ośmiu lat moją pierwszą partią jest Płock i płocczanie. Natomiast PO i konserwatywny liberalizm są mi bliskie ideowo. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że przez cały okres mojej pracy samorządowca, ani razu nie spotkałem się z sugestią czy żądaniami, bym podporządkował swoje działania i decyzje oczekiwaniom tzw. centrali. PO daje „swoim” prezydentom pełną swobodę kształtowania polityki regionalnej i działań na poziomie samorządu.

A czy wielka polityka jakoś przeszkadza w płynnej współpracy z ważnym partnerem dla miasta, czyli największą firmą w Polsce, jaką jest PKN Orlen. Prezesem Orlenu jest człowiek PiS.

Mnie to nie przeszkadza, ale mam wrażenie, że przeszkadza władzom Orlenu. Niestety od czasu, gdy w 2015 r. zmieniły się władze spółki, coś na linii miasto–Orlen się popsuło. Oczywiście formalnie współpracujemy na wybranych polach, na przykład jesteśmy wspólnikami w spółce Płocki Park Przemysłowo-Technologiczny, wspólnie sponsorujemy też dwa kluby sportowe – piłki ręcznej i piłki nożnej. Doceniam oczywiście to, co Orlen robi dla mieszkańców, realizując własne projekty, takie jak zimowe ogrody świetlne na Wzgórzu Tumskim, lekcje nauki pływania dla seniorów, Olimpiadę Orlenu, dofinansowanie do koncertów itp. Nie można więc powiedzieć, że koncern nic dla Płocka nie robi, ale to przede wszystkim tzw. projekty miękkie. W dużym stopniu są promocją firmy, a nie inwestycją w miasto. Trudno mówić o prawdziwej współpracy.

Pana zdaniem Orlen mógłby zrobić więcej, dokładając się do różnych miejskich inwestycji?

Nasze największe inwestycje realizujemy dzięki wsparciu środków zewnętrznych: funduszy unijnych, dotacji celowych czy pieniędzy np. z Banku Gospodarstwa Krajowego. Orlen mógłby zaangażować się w miejskie przedsięwzięcia i stać się tym kolejnym źródłem naszych dochodów. Dla przykładu: zbudowaliśmy obwodnicę łączącą najbardziej oddalone osiedle Podolszyce z Orlenem, notabene nazywaną w żartach trasą PO. Dzięki niej pracownicy Orlenu mają lepszy dojazd do kombinatu. Wyremontowaliśmy też fragment głównej drogi, prowadzącej z centrum do Orlenu, czyli ul. Łukasiewicza. Do naprawy został jeszcze krótki odcinek pod samym kombinatem, który służy prawie wyłącznie Orlenowi. Zaproponowałem, by koncern współfinansował tę inwestycję, ale odpowiedzi nie dostałem. Albo inny przykład: mamy w Płocku dwie szkoły, między którymi są wyeksploatowane boiska. Jedną, tzw. Ekonomika, prowadzi miasto, drugą, tzw. Chemika, prowadzi Orlen. Moja propozycja, by wspólnie usiąść i rozwiązać ten problem także pozostała bez echa. Takich sytuacji mógłbym wymienić więcej. Nie skarżę się, ale do tanga trzeba dwojga.

Może Orlen uważa, że i tak dużo daje miastu przez podatki, jest też największym pracodawcą.

Myślę jednak, że mamy do czynienia z podtekstem politycznym, bo płacenie podatków to po prostu obowiązek. Nie ma się tu czym chwalić. Moja kontrkandydatka z PiS w ostatnich wyborach samorządowych jest pracownikiem Orlenu. W czasie kampanii oświadczyła, że ma ze strony prezesa koncernu deklarację wsparcia budowy onkologicznego centrum diagnostyczno-profilaktycznego. Uznałem, że to ciekawy pomysł, wart realizacji i chciałem się spotkać w tej sprawie z prezesem. I znowu nic. Proszę pamiętać, że płocczanie żyją na co dzień w cieniu wielkich kominów zakładu przemysłowego i mogą oczekiwać od niego lepszej współpracy z miastem choćby na polu bezpieczeństwa. Mieszkańcy odczuwają każdą awarię czy remont instalacji. Na przykład podczas awarii dwa lata temu nie otrzymałem jako prezydent informacji od Orlenu, co się dokładnie wydarzyło, jakie substancje chemiczne przedostały się do atmosfery, na ile były szkodliwe itp. Współpracy brakuje więc nawet w tak elementarnych kwestiach.

A jak jest w waszym wspólnym parku technologicznym? Udało się pościągać firmy?

Nie jest w tym przypadku najgorzej. Park działa, ta część terenów, którymi dysponuje miasto, jest już praktycznie w całości zajęta. Są kolejni chętni i dla nich będziemy, przy wykorzystaniu funduszy UE, przygotowywać następne kilkadziesiąt hektarów pod inwestycje, już poza Płockim Parkiem Przemysłowo-Technologicznym, czyli na osiedlu Trzepowo.

Tak? Tymczasem podczas kampanii wyborczej padały zarzuty, że za pana kadencji nie udało się przyciągnąć zbyt wielu inwestycji. I że płocczanie ciągle muszą migrować za pracą.

To nieporozumienie. Bezrobocie w Płocku jest dziś rekordowo niskie i wprost brakuje rąk do pracy. Przyznaję, że problemem może być wysokość płac, nie można ich odnosić do wynagrodzeń na porównywalnych stanowiskach, powiedzmy w Warszawie. Ale inwestorów i inwestycji pojawiło się wiele. Najlepszy przykład to firma CNH, producent maszyn rolniczych, która otwiera właśnie kolejną halę, gdzie będą produkowane kombajny z najwyższej półki. Inwestycja ta była możliwa dzięki współpracy z miastem, bo mieliśmy do sprzedania 19 ha uzbrojonych terenów w pobliżu lotniska. Na tym terenie właśnie powstaje ta inwestycja. Podobnych przykładów jest więcej. Ze szczególną dbałością staramy się dziś ściągać do miasta firmy działające w sektorze nowych technologii, IT czy B+R.

Ale czy zatrzymało to trend spadającej liczby mieszkańców?

Spadek liczby mieszkańców wynika z kilku powodów. Trudno, by miasto takiej wielkości jak Płock konkurowało z Warszawą, Łodzią czy Krakowem, dokąd młodzi ludzie wyjeżdżają na studia i część z nich tam już zostaje. A poza tym Płock podlega procesowi suburbanizacji jak każdy ośrodek. Kiedy poprawia się ich status materialny, mieszkańcy przeprowadzają się na przedmieścia. Dzieje się tak w całym kraju, dlatego nie ma co demonizować, że Płock się wyludnia i zaraz zostanie nas garstka. Choć oczywiście robimy bardzo dużo, by miasto było coraz atrakcyjniejsze i by młodzi ludzie po studiach do nas wracali. Z jednej strony staramy się o inwestorów tworzących atrakcyjne miejsca pracy, ale realizujemy też wiele przedsięwzięć, które leżą w gestii samorządu.

Co robicie konkretnie?

Jesteśmy miastem, w którym mamy miejsca w publicznych przedszkolach dla wszystkich maluchów. Nikt nie musi szukać prywatnej placówki. Pewnym wyzwaniem są jeszcze żłobki, ale i tak mamy ich już cztery. To najwięcej wśród wszystkich porównywalnych miast na Mazowszu. Piąty już się buduje, w planach mamy szósty. Poprawimy więc jakość życia młodych ludzi, którzy chcą zakładać rodziny. Ważnym elementem, który ma na celu przekonanie młodych ludzi, by wybrali Płock, jest program „Mieszkanie na start”. Są to lokale na wynajem na okres 5–10 lat, przeznaczone dla młodych. To naszym zdaniem czas, którego potrzebują, by finansowo stanąć na nogi i móc myśleć o własnym lokum.

Wygrał pan wybory w I turze, z 60-proc. poparciem, co jest lepszym wynikiem niż cztery lata temu. Oczywiście gratulujemy sukcesu. Myśli pan, że to efekt wielkich inwestycji, takich jak budowa obwodnicy, czy może właśnie drobniejszych projektów, ale szczególnie ważnych dla mieszkańców?

Sądzę, że mój dobry wynik to przede wszystkim efekt realizacji obietnic, które złożyłem. Zarówno dotyczących tych dużych przedsięwzięć, ale też tych, małych, osiedlowych. Często zaczynałem je na wniosek mieszkańców, składany np. w ramach budżetu obywatelskiego, ale także pojawiających się w trakcie różnych dyskusji i spotkań. Wydaje mi się, że istotny wpływ na wynik wyborów miała też przedstawiona przeze mnie wizja rozwoju na następne pięć lat. W swojej kampania prezentowałem ją jako „Plan dla Płocka”. Zwracałem w niej uwagę m.in. na to, jaką szansą są dla nas środki unijne. Jesteśmy liderem w ich pozyskiwaniu, przez ostatnich osiem lat zdobyliśmy ok. miliarda złotych. Mam nadzieję, że takim liderem pozostaniemy.

Jak by pan tę pięcioletnią wizję przedstawił w dwóch zdaniach?

W dwóch zdaniach się nie da… No, ale spróbuję streścić. To przede wszystkim duże inwestycje, których oczekują mieszkańcy, jak budowa stadionu piłkarskiego czy sali koncertowej. Potrzebne są także projekty poprawiające jakość i komfort życia, bliskie mieszkańcom, czyli właśnie żłobki, osiedlowe place zabaw itp. Mamy szerokie plany, jeśli chodzi o tereny zielone. W ostatnich latach stworzyliśmy wiele enklaw zieleni, ale nie kończymy na tym.

Jak w tę koncepcję wpisują się zapowiedzi, jakie padły w kontekście Centralnego Portu Komunikacyjnego, czyli m.in. budowy dwóch nowych mostów, dróg dojazdowych do Płocka i może w końcu szybkiego połączenia kolejowego z Warszawą.

Są to deklaracje składane przez rządzących, takie projekty leżą poza władzą jakiegokolwiek samorządu. Oczywiście budowie CPK będę kibicował, bo być może dzięki niej udałoby się stworzyć lepsze połączenia komunikacyjne Płocka choćby z Warszawą. Z drugiej strony trochę mi to przypomina historię płockiego tramwaju.

To znaczy?

Mój poprzednik z PiS chciał zbudować w Płocku linię tramwajową. Przez pierwsze lata dużo o tym opowiadał i udało mu się zarazić mieszkańców tym pomysłem do tego stopnia, że został wybrany na drugą kadencję. Ale w pewnym momencie trzeba zacząć plany wprowadzać w życie, znaleźć finansowanie i przejść od słów do czynów. W przeciwnym razie wizja staje się bajką, mirażem. Płocki tramwaj stał się takim mirażem. Po wygraniu wyborów w 2010 roku zamiast szyn obiecałem obwodnicę. I konsekwentnie w ciągu ośmiu lat ją zbudowałem. Dzięki niej udało się wyprowadzić transport niebezpiecznych produktów, które trafiły do i z Orlenu poza obszary zabudowane. Dodatkowo obwodnica otworzyła dojazd do atrakcyjnych terenów inwestycyjnych. A zamiast linii tramwajowej wzdłuż głównej arterii komunikacyjnej Płocka zbudowaliśmy drogi rowerowe.

Myśli pan, że CPK okaże się mirażem?

Nie chcę być złym prorokiem, bardzo dobrze życzę temu projektowi. Ale niestety, obawy mam. I wolałbym, by dziś rząd zrealizował podpisane już porozumienie miasta z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad, które przewiduje rozbudowę ul. Wyszogrodzkiej, głównej drogi wyjazdowej w kierunku Warszawy i remont tej drogi na odcinku między Płockiem, a do Wyszogrodem. To będzie konkret.

Co płocki samorząd zamierza zrobić z umierającą ul. Tumską, która kiedyś była głównym deptakiem miasta?

Protestuję przeciw takim twierdzeniom, że cokolwiek w Płocku umiera. Owszem, może nasz deptak nie funkcjonuje tak jak główne ulice w metropoliach. Rzeczywiście, bardziej tętni życiem w trakcie sezonu letniego czy weekendów niż w dni powszednie. Jego przebudowa zbiegła się w czasie z oddaniem na dość odległym od centrum osiedlu Podolszyce dwóch dużych galerii handlowych. To okazało się silnym ciosem dla życia Tumskiej. Ale wspomniany program „Mieszkanie na start” realizujemy teraz właśnie na Starym Mieście. Chcemy, by na starówkę wprowadzili się właśnie młodzi ludzie.

Co robicie ze „starymi mieszkańcami”?

No przecież ich nie wyrzucamy! Na czas remontów komunalnych kamienic musimy ich wykwaterować. Ale do tych wyremontowanych budynków często wprowadzamy mieszkańców z innych budynków komunalnych. Na starówce zaczęli też budować prywatni developerzy. Ścisłe centrum może stać się ponownie tętniącą życiem, modną dzielnicą.

A może na deptaku, na ul. Tumskiej, warto by było obniżyć czynsze, by pojawiło się tam więcej ciekawych miejsc.

Mamy dwie gminne spółki, które zarządzają lokalami użytkowymi przy ul. Tumskiej. Zarządy obu ustalają stawki za czynsz właśnie w taki sposób, by lokale te były atrakcyjne do wynajęcia. Słowem: pomyśleliśmy o tym.

Na koniec może wróćmy do polityki. Jak ocenia pan obowiązujący od tego roku system dwukadencyjności?

Średnio sensowny pomysł, patrząc z perspektywy szerszej niż tylko Płock. Za dziesięć lat nagle wszyscy samorządowcy, którzy dziś zostali wybrani i zostaną wybrani na kolejną kadencję, będą musieli pożegnać się z mieszkańcami z urzędu. Nieważne będą ich dokonania, doświadczenia, wiedza, umiejętności i ocena ich pracy wystawiona przez mieszkańców. Będą musieli odejść, bo ktoś miał taki pomysł i już. Trudno z punktu widzenia samorządowca pozytywnie oceniać dwukadencyjność.

A pan co będzie robił za dziesięć lat? Będzie pan człowiekiem stosunkowo młodym.

Po pierwsze, nie wiadomo czy mieszkańcy Płocka zaufają mi na kolejną kadencję. Po drugie – nie wiadomo, czy przepisy te będę jeszcze obowiązywać. Może kolejna władza zmieni to niezbyt mądre prawo. Na razie nie chcę prorokować, co będzie za dziesięć lat.

Mogą Ci się również spodobać

Faktury na rzecz ośrodka pomocy społecznej kosztowały mandat

Wykorzystanie mienia komunalnego gminy obejmuje wszystkie przypadki korzystania z tego mienia bez względu na ...

Nowe pociągi na Pomorzu Zachodnim Elektryczna czterdziestka

„Duma Pomorza” – tak nazywa się ostatni z 40 nowych elektrycznych pociągów, jakie trafiły ...

Złotówka czynszu? Lokalne władze próbują ratować gastronomię

Kolejne samorządy tną czynsze w miejskich lokalach usługowych, by wspomóc przedsiębiorców, którym lockdown zabija ...

Dużo więcej Polaków będzie głosować w innym miejscu niż dotąd

Jeszcze tylko dziś można w swojej gminie pobrać zaświadczenie o prawie do głosowania, które ...

Jedna z najważniejszych dróg w Polsce zostanie zamknięta na ferie

Decyzją Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad zamknięto sześć wiaduktów na autostradzie A1 pomiędzy węzłami ...

E–urząd ma być przyjazny niepełnosprawnym

Strony internetowe urzędów oraz aplikacje mobilne są coraz częściej przygotowywane z myślą o niewidomych ...