Hanna Zdanowska, prezydent Łodzi: Łódź jest bardzo trudnym miastem

Hanna Zdanowska, prezydent Łodzi
Fot.SebastainGlapiński

Gdy idzie się do polityki, trzeba się uzbroić w bardzo gruby pancerz. To jest praca, dla której trzeba np. zostawić trochę z boku rodzinę, poświęcić znaczną część życia prywatnego. A dla wielu kobiet te wartości są w życiu najważniejsze – mówi Hanna Zdanowska, prezydent Łodzi.

ZR: Jaki jest pani pomysł na kolejną kadencję? Często się okazuje, że każda kolejna kadencja dla prezydenta miasta jest trudniejsza.

Hanna Zdanowska: A dla mnie w Łodzi wprost przeciwnie. Bo jeśli miasto było wcześniej świetnie zarządzane i miało się dobrze, to po realizacji projektów w pierwszej i drugiej kadencji może rzeczywiście później zabraknąć pomysłów. Jednak Łódź w sytuacji, jakiej ja ją zastałam, wymagała wielu zmian we wszystkich sferach. U nas skala potrzeb jest olbrzymia. Codziennie borykamy się z nowymi wyzwaniami. Dlatego cały czas potrzebne są kolejne pomysły i decyzje, by zmieniać Łódź.

Ale to chyba był plan na pierwszą i następna kadencję.

Przez pierwsze osiem lat musiałam zadbać o to, co było największym wyzwaniem – skomunikowanie Łodzi z resztą kraju, infrastrukturę śródmieścia i odbudowę centrum. To był obszar, który wymagał szybkiej interwencji, obszar zaniedbany przez lata. Wtedy udało się przekonać ówczesny rząd, że Łódź bez środków zewnętrznych sobie nie poradzi. To za sprawą Łodzi została przyjęta ustawa rewitalizacyjna. Otrzymaliśmy pierwsze środki na rewitalizację. Powstał dworzec, skrzyżowanie autostrad, przełamaliśmy stereotyp Łodzi – miasta, w którym nic się nie działo.

Czyli co jest priorytetem na kolejną kadencję poza kontynuacją rozbudowy infrastruktury?

Cały czas spotykam się z mieszkańcami. Bardzo to lubię, to pozwala mi stąpać twardo po ziemi. Wszędzie słyszę to samo: „doceniamy zmiany w centrum, teraz czas na nasze osiedla”.

I to jest mój plan na trzecią kadencję. Dzielnice, podobnie jak do tej pory centrum, staną się olbrzymim placem budowy. Teraz czas na to, by mieszkańcy osiedli mieli bezpieczny i równy chodnik, fajny skwer, równą ulicę i bezpieczny dojazd do swoich miejsc pracy, domów, szkół.

Jak pani odpowiada na zarzut, że dworzec Łódź Fabryczna jest zbyt duży jak na Łódź i bywa pusty?

Dworzec zacznie się wypełniać, gdy stanie się dworcem przelotowym, gdy powstanie tunel pod miastem. Dworzec ożyje, gdy cała inwestycja wokół zostanie dokończona. Gdy powstaną wszystkie planowane biurowce i apartamenty w Nowym Centrum Łódź. Prędzej czy później na pewno wrócimy do projektu Kolei Dużych Prędkości, chociaż akurat od miasta tu niewiele zależy. Jestem też wielką zwolenniczką duopolis Warszawa–Łódź, KDP pomogłaby w szybszym przemieszczaniu się nie tylko między tymi miastami, ale też dalej.

A jest pani zwolenniczką CPK?

Nie ma prostej odpowiedzi. Miasto zainwestowało przecież duże pieniądze w swój port lotniczy. Mamy coraz więcej czarterów, połączeń, dobrze rozwija się cargo. Przed decyzją o rozpoczęciu budowy CPK powinna na pewno powstać sieć portów lotniczych, bo przecież każdy prezydent miasta miał za punkt honoru wybudować lotnisko u siebie. Jeżeli to lotnisko miałoby powstać, to z punktu widzenia naszego miasta najważniejsze byłoby doprowadzenie tam nowej nitki autostrady i linii kolejowej, tak, aby łodzianie mogli tam szybko i sprawnie dojechać.

Wracając do kampanii wyborczej, to w wielu miastach i kampaniach widać odwrót od nacisku na infrastrukturę do spraw społecznych.

Jednak to infrastruktura determinuje kwestie społeczne. Widać to zwłaszcza w Łodzi, np. brak kanalizacji to nie tylko infrastruktura, to właśnie sprawy społeczne. Łódź jest inna niż wszystkie duże miasta. My przespaliśmy okres przemian, które pozostali prezydenci przechodzili osiem–dziesięć lat temu. Oni wtedy przede wszystkim inwestowali w infrastrukturę. U nas nadrabiamy zaległości i to łączy się nieodzownie ze sprawami społecznymi.

Ale to w Łodzi ma ruszyć projekt pilotażowy darmowych posiłków. Jak – jeśli pani wygra wybory – ten projekt ma wyglądać? To teraz jedna ze sztandarowych propozycji Koalicji Obywatelskiej.

W Łodzi to mieszkańcy i społecznicy zbierali podpisy i złożyli taki projekt. Chcieli w ten sposób doprowadzić do realizacji tego projektu. Powołaliśmy teraz zespół, w którym uczestniczą pedagodzy, dyrektorzy szkół, urzędnicy, społecznicy. Dopiero oni stworzą dokładny kształt tego projektu, który później wdrożymy. I dopiero później będzie to projekt do zrealizowania.

Czyli kiedy to będzie?

Chcielibyśmy, aby wystartował 1 września 2019 roku. Nie jest to takie proste, bo np. nie we wszystkich szkołach będzie to od razu możliwe. W niektórych po reformie edukacji stołówki zostały zamienione na klasy lekcyjne. Jest pytanie, jak umieścić dzieci i gdzie, kiedy miałyby spożyć te posiłki. Nad tym będziemy pracować.

A wstępne koszty?

Trudno nam w tym momencie je jeszcze oszacować. Społecznicy wskazywali, że same posiłki to dla Łodzi około 50–60 mln rocznie. Jest jeszcze kwestia osób, które będą je podawać, remontów i zmian w szkołach. Jest wiele pytań, na które panu teraz nie odpowiem. To byłoby nieprofesjonalne z mojej strony.

Niewiele jest w Polsce kobiet-prezydentów. Dlaczego?

Boleję nad tym, bo kobiety nieco inaczej patrzą na miasto. Poza tym nadają się na tę funkcję tak samo dobrze jak mężczyźni i sam fakt, że jest nas zdecydowanie mniej, to coś nienaturalnego.

Czy reakcje na pani decyzje na starcie różnią się od tych teraz?

Na początku wiele moich kolegów, koleżanek nie wierzyło w to, że mi się powiedzie. Łódź jest bardzo trudnym miastem. Były potrzebne ogromne zmiany – nie tylko jeśli chodzi o infrastrukturę, ale też o zmiany mentalne. Nie jest tajemnicą, że gdy ubiegałam się o fotel prezydenta, to łodzianie sami nie wierzyli w swoje miasto. Bardzo negatywnie się o nim wypowiadali. Często słyszałam: „Żaden facet sobie nie poradzi, może kobiecie się uda”. Kobiety mają inną wrażliwość, trochę inną determinację. Większą niż mężczyźni.

Jednak teraz, m.in. po czarnym proteście jako reakcji na działania PiS – chyba więcej kobiet chce kandydować, angażować się w życie publiczne. I nie obawia się hejtu.

Gdy idzie się do polityki, to trzeba się uzbroić w bardzo gruby pancerz. Ale gdy myślę o tym, dlaczego tak mało kobiet jest w polityce, to myślę, że zdają sobie sprawę z konsekwencji. To jest praca, dla której trzeba np. zostawić trochę z boku rodzinę, poświęcić znaczną część życia prywatnego. A dla wielu kobiet te wartości są w życiu najważniejsze. Pogodzenie tych dwóch światów nam, kobietom, z pewnością przychodzi trudniej.

Skoro już o wyzwaniach mowa, to pani nie startuje z komitetu PO, tylko z własnego. Szyld PO jest wyzwaniem dla samorządowca w tym roku i trzeba go schować nawet w dużych miastach?

Ja nie jestem politykiem, jestem samorządowcem. Tu w Łodzi – po latach współpracy w szerokiej koalicji z SLD i wieloma innymi środowiskami, nie mogłam zamykać się tylko na jedno środowisko. Dla mnie ważne było, by dalej współpracować ze sprawdzonym politycznym partnerem. To byłoby irracjonalne, aby po czterech latach współpracy teraz walczyć ze sobą w kampanii. Poza tym mieszkańcy przekonali mnie, aby budować jak najszerszą koalicję i nie kłócić się z nikim.

Dariusz Joński przez lata panią mocno krytykował, teraz występuje pani z nim na wspólnej konferencji prasowej, Joński startuje do sejmiku z listy koalicyjnej. Topór wojenny zakopano?

Wiem najlepiej, jak ostra była krytyka ze strony Dariusza Jońskiego. Mnie osobiście najbardziej zależy teraz na tym, by w Polsce zmieniła się sytuacja – gdy deptana jest demokracja, niszczone są instytucje i łamane są zasady trójpodziału władzy. W tej chwili moje prywatne opinie i emocje nie są najważniejsze.

Grzegorz Schetyna jednak taką decyzję musiał narzucić.

Mnie trudno jest cokolwiek narzucić. Poza tym teraz to Dariusz Joński poparł mój sposób zarządzania miastem, a nie odwrotnie. Cieszę się, że udało mi się go przekonać do mojej wizji Łodzi. A wielu osobom życzyłabym tak dobrej relacji i współpracy z Grzegorzem Schetyną. I jeszcze raz podkreślę, że jest taki moment, gdy nie można patrzeć na swoje emocje i żale, tylko iść do przodu. Trzeba walczyć o to, by w kraju było znowu normalnie.

Ale np. w sprawie wdrażania obiadów w szkołach – co było projektem Inicjatywy Polskiej – PO w Łodzi miała długo inne zdanie.

Przekonali mnie sami inicjatorzy projektu, czyli m.in. stowarzyszenie Dziewuchy Dziewuchom. Ja jestem prezydentem, który potrafi zmieniać zdanie, gdy widzę, że sprawa jest społecznie wrażliwa, gdy widzę protest czy niezadowolenie mieszkańców. Miałam w tej sprawie mnóstwo wiadomości i wpisów w mediach społecznościowych, przekonywała mnie do tego moja rodzina. To było dla mnie bardzo istotne, by móc wspomóc dzieci. Wspólne obiady pełnią też funkcję integrującą – niestygmatyzowania dzieci uboższych. Jeżeli wszystkie będą siedzieć przy wspólnym stole, to może kiedyś stworzymy lepszą Polskę.

Teraz jednak pani konkurenci – jak Waldemar Buda z PiS – w wyścigu o prezydenturę zarzucają pani, że z Łodzi masowo wyjeżdżają ludzie.

To nie jest do końca prawda. Demografia to problem nie tylko większości miast w Polsce, ale i w całej Europie. Mieszkańców faktycznie nadal ubywa, ale głównie ze względów naturalnych, a gwałtowny ich odpływ został przez nas zahamowany. Młodych ludzi mamy coraz więcej. Problemem za to jest przenoszenie się ludzi poza miasto, na przedmieścia. Wokół Łodzi są piękne tereny inwestycje na budowę domów. Naturalną rzeczą jest, że spora grupa mieszkańców – w tym klasy średniej – kupuje ziemię i buduje domek pod lasem poza miastem. Aglomeracja zyskuje mieszkańców, a miasto traci. Najważniejsze jednak, że od pięciu, sześciu lat mamy wśród młodych dodatnie saldo migracyjne. Łódź powoli staje się modna, młodzi ludzie chcą tu studiować, a później wiążą swoje życie z Łodzią.

Blisko trzy lata minęły od wyborów. Czy teza o centralizacji jako poglądu PiS nie okazała się tylko tezą polityczną i publicystyczną?

O tym zadecydują między innymi tegoroczne wybory. Jednak różnicę w podejściu do samorządu widać choćby w edukacji. W 2007 r. PO obiecała podwyżki dla nauczycieli i za tym poszedł wzrost subwencji. Za rządów PiS była premier Szydło obiecała podwyżki, a wzrostu subwencji nie było, co mocno uderzyło w samorząd. I na to nie mamy żadnego wpływu.

Na ile polityka ogólnokrajowa powinna wchodzić w samorządową? Są prezydenci, którzy świadomie ją wykorzystują u siebie w miastach.

Staram się nie włączać w politykę krajową, unikam mediów centralnych. W Warszawie jestem rzadkim gościem, bo skupiam się na polityce miejskiej. Zdaję sobie sprawę, że mieszkańcy mają różne poglądy polityczne, a prezydent musi doceniać i szanować wszystkich współobywateli. Nigdy nie pytam nikogo o jego przekonania polityczne. Ale gdy wprowadzane są reformy, gdy samorząd jest odzierany z części władzy, a z drugiej strony dodawane są kolejne wymogi finansowe, to wtedy muszę mówić dobitnie, że np. w przypadku edukacji nie jest ona finansowa w wystarczający sposób. Wtedy wypowiadam się w kontrze do strony rządowej.

A sprawy światopoglądowe?

Ja uważam, że każdy jest obywatelem, ma prawo do takiego samego szacunku i realizowania siebie. Uważam jednak, że samorząd w tych sferach ma niewiele do powiedzenia. Choć w Łodzi na pewno nie uciekamy od tych tematów, mamy nie tylko miejski program in vitro, ale także edukacji seksualnej w szkołach.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Ukryta wada Tarczy 6.0. „Nie rozwiązuje problemu, tylko go odwleka i kumuluje”

Urzędy mogą zamrozić rozpatrywanie spraw administracyjnych. Większość z nich nie chce z tej możliwości ...

Oby jak najdalej od partii. W samorządach trwają przetasowania kadrowe

Aldona Machnowska-Góra jako nowa wiceprezydent Warszawy zajmie się kulturą i polityką społeczną. To konsekwencja dymisji ...

NIK krytycznie o budżetach obywatelskich

Obowiązujące od roku przepisy dotyczące budżetu obywatelskiego ograniczają swobodę gminom i trzeba je zmienić.

Parking płatny także w sobotę

Kurorty chcą pobierać opłaty za postój aut w weekendy, ale nie mogą, bo przepisy tego ...

Gminne budynki będą cieplejsze i oszczędne

Samorząd lokalny będzie mógł skorzystać z premii na remont budynków, która – pod pewnymi ...