Samorządy nie będą pełnić fasadowej roli

Adam Struzik marszałkiem woj. mazowieckiego jest od 2001 r.
Fotorzepa/Krzysztof Kania

Jako samorządowcy z poziomu wojewódzkiego, będziemy bronili jak niepodległości naszej odpowiedzialności za dystrybucję funduszy Unii Europejskiej – mówi Adam Struzik, marszałek Mazowsza.

Rz: Gdy rozmawialiśmy cztery lata temu, był pan dosyć spokojny, jeśli chodzi o wynik ówczesnych wyborów do sejmiku mazowieckiego. Jak pan to teraz widzi?

Adam Struzik: Jestem ostrożnym optymistą. Uważam, że ostatnie cztery lata radni naszego sejmiku z koalicji PSL–PO bardzo aktywnie przepracowali, ale przede wszystkim mamy się czym pochwalić, jeśli chodzi o sukcesy na rzecz rozwoju regionu. Udało się wykorzystać 100 proc. europejskich funduszy z perspektywy 2007–2013, nowa perspektywa na lata 2014–2020 już się rozpędziła. Moim zdaniem bieżąca sytuacja upoważnia nas do pozytywnego myślenia.

A na ile to pozytywne myślenie może pokrzyżować polityka prowadzona przez rząd PiS?

To jest właśnie pytanie, na ile polityka rozdawnictwa pieniędzy, czy to ostatnio w postaci wyprawki szkolnej dla wszystkich, czy obiecywanie pieniędzy dla emerytów, przełoży się na wynik wyborów samorządowych. W moim odczuciu nie musi się przełożyć, chociaż pewna część społeczeństwa, która identyfikuje się czysto politycznie, może dać bonus rządzącej partii.

Co wskazują sondaże?

Na poziomie regionów PSL ma co najmniej kilkunastoprocentowy poziom poparcia, na Mazowszu ok. 16-procentowy. To by wskazywało, że dobra kampania wyborcza plus ciężka praca daje szanse na przyzwoity wynik.

Ma pan nadzieję na taki wynik, który pozwoli na kontynuację w sejmiku koalicji PSL–PO?

Jeśli oba kluby będę nadal pracowały tak, jak pracują, to uważam, że wspólnie powinniśmy mieć powyżej 26 mandatów, co by zapewniło możliwość zawarcia takiej koalicji.

A gdyby waszym potencjalnym partnerem do koalicji była nie PO, tylko PiS, to…

Byłaby to bardzo trudna koalicja. Oczywiście w polityce nigdy nie mówi się nigdy, w końcu w latach 2002–2006 mieliśmy tu wielką koalicję, w której było PSL, PO, PiS i jeszcze LPR. Na poziomie samorządowym różne rozwiązania są więc możliwe. Niemniej koalicja z PiS byłaby bardzo trudna z powodu antysamorządowej polityki, którą realizuje centrala tej partii. Bo trudno inaczej nazwać odbieranie kolejnych kompetencji urzędom marszałkowskim. Chociażby w zakresie nadzoru nad Wojewódzkimi Funduszami Ochrony Środowiska czy w zakresie gospodarki wodnej. Teraz wszystkim od najmniejszego strumyczka czy lokalnego stawu aż po Wisłę i Odrę zajmuje się spółka Wody Polskie, co przyniosło całkowitą inercję działań w tych obszarach.

Widzimy ze strony PiS centralistyczne, etatystyczne podejście do państwa, odejście od elementarnych zasad subsydiarności i solidarności. Już nie chce mi się mówić o zupełnie niezgodnej z prawem i konstytucją regulacji naszych wynagrodzeń metodą rozporządzenia.

Jak w zasadzie postrzegane są przez wyborców sejmiki i urzędy marszałkowskie? Ich funkcje i działanie?

W tym roku mamy 20-lecie funkcjonowania samorządów powiatowych i wojewódzkich i wiedza na temat tego, czym się zajmują rośnie wśród wyborców. Ale szczerze mówiąc wciąż nie jest duża, co widać m.in. po liczbie głosów nieważnych. W czasie wyborów samorządowych ludzie doskonale wiedzą, kto kandyduje na wójta, burmistrza czy prezydenta, dobrze wiedzą, kto jest ich kandydatem do rady gminy czy miasta. Ale jeśli chodzi o rady powiatu, jest już gorzej – tam 10–15 proc. głosów jest nieważnych, a najgorzej jest, jeśli chodzi o sejmiki wojewódzkie – są miejsca w Polsce, gdzie nawet kilkadziesiąt procent głosów jest nieważnych. To znaczy pustych, bez zaznaczenia, bo ludzie nie chcieli głosować w ciemno.

Oczywiście staramy się pokazywać, co robimy, za co odpowiadamy, ale ta wiedza przebija się z dużą trudnością do powszechnej świadomości. Czasami dochodzi do kuriozalnych sytuacji, gdy nawet urzędnicy państwowi nie odróżniają przewodniczącego sejmiku od marszałka województwa.

Ale polityczna walka o sejmiki jest zacięta, bo to tam dzieli się unijne pieniądze na poziomie regionalnym.

No właśnie, w powszechnej opinii, jeśli już z czymś sejmik się kojarzy, to wyłącznie z dzieleniem pieniędzy unijnych. A to zupełnie nie tak, nasz roczny budżet to 2,5–3 mld zł, a fundusze to 9 mld zł… na siedem lat. W naszej gestii jest na przykład regionalny kolejowy transport publiczny. Co roku dopłacamy ćwierć miliarda złotych do tego, żeby po Mazowszu nasze spółki kolejowe mogły przewozić 71 mln pasażerów. Mamy „pod sobą” 3 tys. km dróg wojewódzkich. Gdy przejmowaliśmy je w 1999 r., zaledwie 20 proc. było w stanie przyzwoitym, dzisiaj mamy 80 proc. w stanie przyzwoitym, a 20 proc. pozostało do modernizacji i remontów.

To samorząd wojewódzki we współpracy z innymi podmiotami, budował port lotniczy Modlin, który w ciągu pięciu lat wygenerował ruch 3 mln pasażerów. Do tego w naszej gestii jest 26 szpitali specjalistycznych, czyli jedna czwarta wszystkich szpitali na Mazowszu, 28 instytucji kultury, w tym teatry, muzea, Zespół Pieśni i Tańca Mazowsze, kilkadziesiąt szkół specjalistycznych, odgrywamy decydującą rolę w procesie informatyzacji, w tym budowy sieci szkieletowej i e-administracji, itp. Samorząd wojewódzki działa naprawdę w wielu segmentach, których społeczeństwo nawet sobie nie uświadamia.

No, ale fundusze też są ważne, zwłaszcza dla rozwoju całego regionu.

Oczywiście, bez funduszy UE, z których korzystamy tak naprawdę od 2000 r., trudno byłoby sobie wyobrazić tak dynamiczny rozwój Mazowsza, zresztą całego kraju też. Trzeba wiedzieć, że dzisiaj 60 proc. inwestycji publicznych to są pieniądze unijne.

Mówi pan o liczbie inwestycji, czy o ich wartości?

O wartości. Proszę zobaczyć, na Mazowszu – metro, tramwaje i autobusy warszawskie, pociągi WKD i Kolei Mazowieckich, wielkie projekty dotyczące oczyszczalni ścieków, tysiące kilometrów dróg, wielka modernizacja szpitali, infrastruktury edukacyjnej itp. – te wszystkie inwestycje były współfinansowane z pieniędzy unijnych. Gdyby tych funduszy nie było, nie mielibyśmy takiego boomu inwestycyjnego i tak łatwo nie przeszlibyśmy przez kryzys europejski i światowy. Polska niezwykle mocno skorzystała na polityce spójności, zresztą na wspólnej polityce rolnej również, nie tylko w sensie dopłat bezpośrednich, ale również całego procesu modernizacji polskiego rolnictwa i przetwórstwa. Naprawdę trudno wyobrazić sobie Polskę na obecnym poziomie rozwoju, gdyby nie członkostwo w Unii Europejskiej. Podobnie na Mazowszu. Policzyliśmy, że niektóre tereny rolnicze w 2004 r. miały poziom PKB na głowę mieszkańca liczony według siły nabywczej na poziomie ok. 30 proc. średniej unijnej. Dziś to ok. 60 proc. Mamy więc w ciągu 15 lat ogromny postęp.

Fundusze UE rzeczywiście wszędzie widać gołym okiem. Ale przed nami nowy budżet UE, w którym będzie mniej pieniędzy dla Polski…

To efekt zmiany polityki i priorytetów w polityce spójności. W grę wchodzą nowe wyzwania i problemy. Ale w tym splocie różnych okoliczności sytuacja Mazowsza jest jeszcze bardziej skomplikowana. Bo my jako całe województwo jesteśmy już regionem dobrze rozwiniętym, mamy 110 proc. średniego unijnego poziomu zamożności. Wynika z tego, że po pierwsze, generalnie moglibyśmy dostać mniej pieniędzy, bo przy podziale funduszy brany jest pod uwagę przede wszystkim poziom PKB w przeliczeniu na głowę mieszkańca – im wyższy, tym mniejszy przelicznik. Po drugie zaś, mniejszy byłby poziom dofinansowania do jednostkowych projektów. W perspektywie 2014–2020 było to 80 proc., w perspektywie 2021–2027 może to być… 40 proc., co oznaczałoby, że beneficjenci musieliby wyłożyć więcej pieniędzy własnych, a nie wszystkich na to stać.

Mazowsze jest jednak niezwykle zróżnicowane. Po podziale na dwa statystycznie odrębne regiony, tzw. NUTS-y, możemy powiedzieć, że region metropolitalny – Warszawa i dziewięć otaczających ją powiatów, to poziom PKB na głowę sięgający już 150 proc. średniej unijnej. Natomiast pozostałe 32 powiaty, to poziom PKB w okolicach 60 proc. średniej unijnej. Teraz musimy przekonać i polski rząd, i Komisję Europejską, by nie traktować Mazowsza jako całości, ale jako dwa odrębne podregiony. Jeśli się uda, moglibyśmy dostać jako Polska 3-4 mld euro więcej.

Ten podział statystyczny był robiony właśnie pod kątem możliwości uzyskania większych funduszy unijnych. Dlaczego teraz nie ma zastosowania?

Bo podział wszedł w życie od stycznia 2018 r. Tymczasem w propozycji Komisji brane były pod uwagę wskaźniki z lat 2014–2016. Mamy nadzieję, że uda się przekonać instytucje europejskie do przeszacowania niejako wstecz danych dotyczących Mazowsza. Możliwe są też inne rozwiązania prowadzące do uwzględnienia tego podziału. Mamy nadzieję na szybkie i pomyślne negocjacje, bo dla Mazowsza i Polski to kluczowa sprawa.

Widzi pan inne pola do negocjacji z Komisją, tak by nowy budżet unijny nie był dla Polski o 24 proc. mniejszy?

Myślę, że pole do gruntownych zmian, tak byśmy dostali jednak te 19 mld euro więcej, jest niezwykle ograniczone. Proszę pamiętać, że tracimy nie tylko my, ale praktycznie cały region. Ale o te 3–4 mld euro, o których mówiłem wcześniej, polski rząd musi powalczyć, tego odpuścić nie wolno. To nasz, Polski, koronny argument. Polityka unijna odnosi się wciąż do spójności terytorialnej, a Mazowsze to nie jest jedna wielka oaza szczęśliwości i bogactwa. Wprost przeciwnie, potrzeby modernizacyjne w infrastrukturze, w obszarze efektywności energetycznej czy rewitalizacji obszarów zdegradowanych są wciąż ogromne. Także dla Komisji Europejskiej powinno się stać oczywiste, że nie można traktować subregionów ostrołęckiego, ciechanowskiego, siedleckiego czy radomskiego tak samo jak Warszawy.

Z propozycji Komisji można też wyczytać, że w nowej perspektywie więcej funduszy powinno być rozdysponowywanych na poziomie krajowym, mniej na regionalnym. Czyli, że marszałkowie mieliby mniej do powiedzenia.

Jeśli spojrzymy na poziom europejski, to tutaj rzeczywiście niestety obserwujemy tendencje do centralizacji. W końcu coraz więcej pieniędzy jest rozdysponowywanych już na poziomie Brukseli. Na poziomie narodowym, wydaje mi się jednak, że wszystko zależy od kraju. Nie można tak samo traktować np. Litwy, Łotwy czy Estonii jak Polski.

Polska wymaga decentralizacji również w zarządzaniu funduszami operacyjnymi i moim zdaniem obecne proporcje – 60 proc. dzielone na poziomie programów krajowych i 40 proc. na poziomie regionalnym – powinny być utrzymane. Bo z Warszawy nie da się realizować programu wsparcia dla każdego powiatu i gminy. To absurdalne.

No, ale mamy rząd PiS, który – jak sam pan mówi – ma tendencje do centralizacji wszystkiego. Bo jeśli można dotacje na lokalną infrastrukturę sportową przydzielać z Warszawy, to i może można też fundusze UE.

Wszystko można, tylko jakie są tego efekty?

Czyli nie jest przesądzone, że po 2020 r. regiony będą dzielić mniej pieniędzy?

To kwestia otwarta, do negocjacji, ale my jako samorządowcy z poziomu wojewódzkiego, będziemy bronili jak niepodległości tego obszaru naszej odpowiedzialności za dystrybucję funduszy UE. Nikt mi nie wmówi, że w ministerstwach wiedzą lepiej.

Rząd może jednak powiedzieć, że przecież zarządzanie różnymi sprawami wcale nie odbywa się z poziomu Warszawy. To znaczy, że administracja rządowa ma swoje lokalne struktury i urzędy, dzięki którym decyzje mogą być cedowane w dół.

Można cofnąć decentralizację, można niszczyć konstytucję, można Trybunał Konstytucyjny pozbawić autorytetu, można ubezwłasnowolnić sądy, można w jedną czy dwie noce wprowadzić pełną błędów ordynację wyborczą czy masę niekonstytucyjnych ustaw, można cały kraj po prostu zdewastować… Tylko po co? Myślenie w kategoriach systemu jednopartyjnego i centralnego zarządzania powinniśmy mieć już dawano za sobą, bo te czasy już minęły, komunizm minął!

Wprowadzenie reformy samorządowej było jednym ze źródeł naszego sukcesu po 1989 r., bo ludzie zaczęli być odpowiedzialni za swoje wspólnoty. Jeżeli mamy państwo nowocześnie zbudowane, mamy podmioty polityki regionalnej, jakimi są samorządy, to dlaczego mamy od tego wszystkiego się odwracać i dawać władzę tylko urzędnikom rządowym?

Myślę, że jednak rząd nie chce likwidować samorządu terytorialnego. Ale relacje są rzeczywiście trudne. Jak pan myśli dlaczego? Z powodów ideologicznych czy może pewnej złośliwości, bo PiS nie jest silny w regionach?

Pewnie po trochu jedno i drugie. Choć nie jest prawdą, że PiS nie ma w ogóle reprezentacji w samorządach. Proszę pamiętać, że w 2014 r. na poziomie sejmików PiS wygrał wybory, tylko nie miał zdolności koalicyjnej, dlatego samodzielnie rządzi tylko na Podkarpaciu. Rządzi też lub współrządzi w ok. jednej trzeciej powiatów, w wielu gminach i mniejszych miastach, na Mazowszu też. Działania antysamorządowe uderzają także w samorządowców z PiS.

Uważam więc, że w tych działaniach sporo jest doktryny – budowy etatystycznego państwa, w którym wszystkim rządzi i kieruje jedna partia, w tym przypadku PiS, a rola innych pozapartyjnych instytucji jest mocno ograniczana. Popatrzmy na to, co się stało na Węgrzech, na model, który wprowadził premier Viktor Orbán. Tam sprowadzono samorządy do fasadowej roli. Mam nadzieję, że w Polsce to się nie uda.

Mogą Ci się również spodobać

Inkasent nie może obliczyć należności

Ewentualne trudności z egzekwowaniem obowiązku poboru opłat lokalnych mogłyby być rozwiązane przez właściwą organizację ...

Parking płatny także w sobotę

Kurorty chcą pobierać opłaty za postój aut w weekendy, ale nie mogą, bo przepisy tego ...

Tak się tworzy martwe prawo. Zakaz wjazdu dziurawy jak sito

Miasta zrzeszone w Unii Metropolii Polskich krytykują podejście Ministerstwa Klimatu do Stref Czystego Transportu. ...

Miała być wielka reforma. Na razie bilans wygląda skromnie

Jesteśmy o krok bliżej do budowy Kampusu Głównego Urzędu Miar w Kielcach. Samorząd przekazał ...

Parkowanie w miastach będzie coraz droższe

Samorządy w większych miastach zacierają ręce. Mogą znacznie podnieść stawki opłat za postój. A ...

„Kaczkomaty” uczą, jak dokarmiać ptaki

W kolejnych miastach pojawiają się automaty z karmą dla  dzikiego ptactwa. W ten sposób ...