Koncertowa stolica Polski

Ozzy Osbourne przyjedzie z pożegnalnym koncertem solo, ale zagra też przeboje Black Sabbath.
Live Nation/materiały prasowe

Gwiazdy rocka zagrają w Krakowie. Ozzy Osbourne zaśpiewa 26 czerwca, Pearl Jam 3 lipca, zaś Iron Maiden 27 lipca.

Ozzy Osbourne to mistrz pożegnań. Nie dalej jak 4 lutego wraz z kolegami z Black Sabbath w rodzinnym Birmingham zagrał ostatni koncert na ostatnim tournée grupy. „Bawicie się świetnie? – pytał fanów. – Czy powinniśmy powrócić i zrobić wszystko jeszcze raz? Nie. To koniec”.

Ozzy abstynent

Przeżywał pożegnanie z zespołem, który zadebiutował 49 lat wcześniej w Birmingham, a potem stał się jedną z kilku najważniejszych gwiazd hard rocka oprócz Led Zeppelin i Deep Purple. Ten etap jest już zamknięty, co podkreśla wydany niedawno koncertowy album Sabbathów zatytułowany „The End”. Teraz przyszedł czas na pożegnanie Ozzy’ego z solową karierą. Książę Ciemności rockowej sceny stał się Księciem Pożegnań.

– Ludzie ciągle pytają mnie, kiedy przechodzę na emeryturę – mówi Ozzy.  Odpowiadam: to będzie moja ostatnia światowa trasa. Ale nie będę się zarzekał, że nie będę występował tu i tam.

Koncerty, z którymi objedzie cały świat, mają potrwać do 2020 roku. Nie ma jednak gwarancji, że kolejny zdarzy się jeszcze w Polsce. Ten 26 czerwca w Tauron Arenie podczas kolejnej edycji Impact Festivalu w Krakowie może być ostatni. Nie bez znaczenia jest to, że wokaliście towarzyszyć będą wieloletni współpracownicy, w tym gitarzysta Zakk Wylde, basista Blasko oraz muzycy znani z pożegnalnej trasy Black Sabbath: perkusista Tommy Clufetos i pianista Adam Wakeman, syn słynnego Ricka, który grał m.in. na albumie „Sabbath Bloody Sabbath”.

Ozzy jest urodzonym skandalistą, który dzieli życie pomiędzy powroty do używek i zrywania z nimi, a podobne relacje łączą go z żoną Sharon, również jego menedżerką. Ostatnio znowu ją przepraszał. Nie za to jednak fani cenią sobie jego płyty i koncerty. Wydał 12 albumów, w tym ostatni, „Scream”, w 2010 roku. W ten sposób po odejściu z Black Sabbath stworzył dużą kolekcję przebojów, wśród których są „Bark at the Moon”, „Mr Crowley”, „No More Tears”, „Mama, I’m Coming Home”. Ale poza nimi wykonuje też sabbathowskie klasyki: „War Pigs” czy „Paranoid”.

W jego rodzinie nie brakowało świrów, o czym napisał w autobiografii. Zdarzył się przypadek zamknięcia w szpitalu psychiatrycznym i samobójstwa. O tym, że o biografii Osbourne’a trzeba mówić jak o śnie wariata, przekonuje bodaj najważniejsze jego wyznanie, że w ciągu ostatnich 40 lat pakował w siebie alkohol, kokainę, quaaludes, klej, syrop na kaszel, rohypnol, klonopin, vicodin i całą masę innych mocarnych substancji, których pełna lista nie zmieściłaby się w Encyklopedii Britannica. Bywały chwile, gdy brał wszystko naraz.

Przez pierwszych 20 lat swojego życia był biedny, głodny i bezrobotny jak bohater Chaplina. Bez żenady pisze, że w jego domu sikało się do wiadra i tylko najstarsza z sześciorga rodzeństwa miała własny pokoik. Ozzy nie wiedział, co to bielizna osobista, bo była wspólna. Kiedy zgubił garść szylingów otrzymanych od mamy na urodziny, przeszukiwał wszystkie rowy i studzienki Birmingham przez pięć godzin.

Mama, która przez całe życie żyła w biedzie, nawet niedługo przed śmiercią pytała syna, czy naprawdę jest multimilionerem, bo nie mogła w to uwierzyć. Dopiero gdy potwierdził stan konta, uśmiechnęła się, zapytała rozmarzona: „A jak to jest?”, i mogła spokojnie umrzeć.

Wyrzucony z Black Sabbath zrobił karierę większą niż koledzy.

Od dawna stara się być abstynentem. Pewnie tylko dlatego doczekamy się go w przyszłym roku w Krakowie.

Ostatnia taka grupa

Najlepszą z możliwych zapowiedzi krakowskiego koncertu Pearl Jam była premiera filmu, DVD i CD „Let’s Play Two”. Pokazała, że ostatni działający zespół wywodzący się z nurtu grunge w Seattle znajduje się w rewelacyjnej formie.

Grupa Eddiego Veddera, prywatnie fana baseballowego klubu Chicago Cubs, uczciła występem na jego stadionie zdobycie mistrzostwa ligi. Film pokazuje, co łączy, a co dzieli sportowców i rockmanów. Jednak by okazać się w finale zwycięzcą, trzeba mieć niezwykłą kondycję, silną psychikę, precyzję i dyscyplinę. W podtekście jest osobista historia Veddera, muzyka kojarzonego z butelką wina na scenie podczas każdego występu. Ważniejsza okazała się jednak sportowa pasja i miłość do surfingu, a także zwycięskie zmagania ze sobą i złymi przyzwyczajeniami.

Jego przyjaciele z czterech najważniejszych, oprócz Pearl Jam, zespołów grunge zmienili na początku lat 90. oblicze światowej muzyki, ale nie żyją. Kurt Cobain z Nirvany strzelił sobie w głowę w 1994 r. W 2002 r. wykończonego heroiną wokalistę Alice In Chains, Layne’a Staleya, znaleziono martwego. Scott Weiland ze Stone Temple Pilot zmarł w 2015 r. w koncertowym autobusie, którego podłoga była usiana kokainą.

W maju po nadużyciu antydepresantów powiesił się w hotelowej łazience Chris Cornell z Soundgarden. To on w 1990 r. wraz ze Stone’em Gossardem, Jeffem Amentem i Mike’em McCreadym oraz mało wówczas znanym Vedderem stworzył formację Temple of the Dog, by uczcić śmierć przyjaciela i najlepiej zapowiadającego się artysty Andrew Wooda.

Z uczestników tamtej sesji żyją tylko ci, którzy założyli Pearl Jam. Vedder kwitnie, jego głos jest jak stare wino. Ale warto też podziwiać smukłe sylwetki i uśmiechnięte twarze wszystkich muzyków. Na płycie grupa wykonała 17 piosenek. Łączą okres debiutanckiego „Ten” (1991) i ostatniego albumu „Lightning Bolt” (2013). Idąc tropem nagranego na dachu filmu Beatlesów „Let It Be”, Pearl Jam wykonali pochodzący z niego przebój „I’ve Got a Feeling” z frazą: „Każdemu zdarza się ciężki rok/ Ale każdy ma też dobry czas”. Wskazówką, co zrobić, by czas płynął jak najlepiej, są kadry z prób. Widać, że zespół tworzą przyjaciele, a nie gwiazdorzy podróżujący podczas tournée w osobnych limuzynach. Vedder mówi to, czego nie zrozumieli w porę Beatlesi: „Razem jesteśmy lepsi niż osobno!”.

Koncertowa płyta jest najprawdopodobniej preludium do premiery studyjnej płyty. Muzycy potwierdzają, że pracują nad nowymi piosenkami. Fakt ogłoszenia światowego tournée, w tym polskiego koncertu, jest nieoficjalnym potwierdzeniem przyszłorocznej premiery.

Straszny Eddie

Iron Maiden nie próżnują. Całkiem niedawno zakończyli tournée promujące „The Book of Souls”, pierwszy w dorobku podwójny studyjny album.

Heavymetalowy sekstet to dziś zdecydowanie więcej niż zespół. Wydawnictwo stało się okazją do premiery nowej gry komputerowej. Zanim ukazał się album, fani mogli kupić grę, która jest związana z teledyskiem nakręconym do singla „Speed of Light”. To wciąż ten sam, znany od lat i sprawdzony heavy metal, oparty na podniosłych, chciałoby się powiedzieć: barokowych i operowych, motywach. Bohaterami tekstów są potwory i nadprzyrodzone byty, które walczą o nieśmiertelność.

Niektórym może się wydać zabawne, że 60-letni faceci bawią się jak dzieci w pokój pełen duchów i w dodatku znajdują odbiorców w swoim wieku. Ale kluczem do nieprzemijającego powodzenia jest to, że Iron Maiden znajduje coraz młodszych fanów, a przyciąga ich aura niesamowitości przełożona na współczesny język komputerowych gier.

Z takim sukcesem trudno dyskutować. Dlatego kolejna trasa powinna się cieszyć jeszcze większym sukcesem, przebiegnie bowiem pod hasłem „Legacy of the Beast”. Pomysł został zainspirowany grą na telefony komórkowe i komiksem o takiej samej nazwie. Scenografia tworzyć będzie wiele różnych, ale powiązanych ze sobą światów, zaś lista utworów  ma obejmować materiał z lat 80., z kilkoma niespodziankami z późniejszych albumów.

– Nasi fani wiedzą, że odkąd Bruce i Adrian powrócili do Iron Maiden na początku XXI wieku, mamy ustalony bardzo konkrety cykl tras – powiedział menedżer Iron Maiden Rod Smallwood. – Przeplatamy koncerty poświęcone nowym albumom z tournée wypełnionymi starszymi hitami. Uwielbiamy pracować w ten sposób z wielu powodów, nie tylko dlatego, że daje to zespołowi możliwość zagrania zarówno nowego materiału, jak i starych, uwielbianych utworów, które chcą usłyszeć fani. Dzięki temu zespół zachowuje równowagę między przeszłością a współczesnością. Cieszymy się również na to, że formuła tournée pozwala na zabawę skoncentrowaną wokół naszej maskotki, czyli Eddiego. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale zgodnie z tradycją Iron Maiden pracujemy nad tym, by koncert był barwnym spektaklem złożonym z wielu barwnych, zróżnicowanych scen. Mamy nadzieję, że zapewni to naszym fanom niezapomniane wrażenia.

Przypomnijmy, że już wcześniej ogłoszono dwa inne krakowskie koncerty rockowych megagwiazd. Metallica zagra w Tauron Arenie 28 kwietnia, zaś Deep Purple 1 lipca.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: j.cieslak@rp.pl

Mogą Ci się również spodobać

Okazja! Bilet katowicki za 119 zł

119 złotych miesięcznie – tylko tyle trzeba zapłacić za „bilet katowicki”, by na terenie ...

Ranking Samorządów 2019: Święto polskich samorządowców

Zapraszamy na galę Rankingu Samorządów 2019, podczas której uhonorujemy najlepszych prezydentów, burmistrzów i wójtów ...

Jedna piąta kraju nie ma dostępu do kolei

Powstanie nowych linii kolejowych ma sprawić, że ludzie będą częściej wyruszać do miast, a ...

Szczecin wspiera startupy

Dwadzieścia młodych firm bierze udział w specjalnie dla nich utworzonym programie mentoringowym Szczecin_Up!, dzięki ...

Radni zdecydowali: Lublin uczci Romualda Lipkę

Rada Miasta Lublina jednogłośnie przegłosowała w czwartek w nocy wniosek o uhonorowanie założyciela Budki ...

Samorządy próbują powstrzymać modę na nieszczepienie dzieci

Niektóre władze lokalne promują w rekrutacji do przedszkoli i żłobków dzieci szczepione. Jednak czasem ...