Reklama

Prezydent Przemyśla: Zadania zlecone to bolączka praktycznie wszystkich miast

Są one wyceniane na absolutnym minimum i to zawsze rodzi problemy. W praktyce oznacza to przerzucanie części kosztów przez rząd na samorządy – mówi Wojciech Bakun, prezydent Przemyśla.
Wojciech Bakun, prezydent Przemyśla

Wojciech Bakun, prezydent Przemyśla

Foto: UM w Przemyślu

Aż trudno uwierzyć, ale wojna w Ukrainie trwa już cztery lata. Jak ten czas zmienił Przemyśl, miasto leżące bardzo blisko ukraińskiej granicy?

Zmiany miały miejsce z pewnością na początku wojny, ale w tej chwili życie w mieście toczy się swoim torem. Mieszkańcy cały czas patrzą na to, co się dzieje na Ukrainie, z pewnym zastanowieniem – nie z niepokojem, bo jednak miasto żyje swoim życiem, ludzie pracują, a dzieci chodzą do szkół. Od ubiegłego roku widzimy też, że w sezonie wraca ruch turystyczny, zarówno z Polski, jak i innych krajów. I nie zawsze jest to ruch związany z uchodźcami z Ukrainy.

W czasie pierwszych miesięcy po wybuchu wojny Przemyśl był jednym z kluczowych punktów pomocy humanitarnej. A dziś są jeszcze przypadki, że pojawiają się kolejni wojenni migranci?

Obecnie jest to już marginalne zjawisko. W Przemyślu nadal funkcjonuje punkt recepcyjny, w którym można zasięgnąć informacji, czy uzyskać pomoc. Nie ma już jednak takiego ruchu, jaki widzieliśmy na początku i tej rzeki ludzi w sposób niezorganizowany opuszczających Ukrainę. Dziś, nawet jeżeli ktoś myśli o wyjeździe z Ukrainy, choćby z powodu wojny, to ma czas na to, żeby to przemyśleć, zaplanować, a przede wszystkim podjąć decyzję, dokąd chce jechać i jak to zorganizować.

W tych pierwszych miesiącach po wybuchu konfliktu na pomoc uchodźcom ruszyły tysiące wolontariuszy. Czy dziś ci ludzie działają jeszcze na rzecz innych, czy jednak się wycofali z takiej działalności?

Wiele z tych osób znam i wiem, że są to ludzie, którzy nadal udzielają się w różnego rodzaju stowarzyszeniach, fundacjach, czy biorą udział w takich akcjach, jak choćby niedawny 34. finał  Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Działają więc cały czas, choć może nie jest już to tak masowy ruch jak w 2022 r. który spowodował, że ogromna część miasta była zaangażowana w pomaganie. Mam wrażenie, że te osoby, które się wyróżniają przy różnego rodzaju akcjach, tak jak w lutym 2022 r., gdy jako pierwsze pojawiły się na dworcu, w centrach pomocy humanitarnej, w tej chwili nadal prowadzą działalność okołocharytatywną.

Czytaj więcej

Marszałek Małopolski: Bezpieczeństwo kluczowe dla rozwoju regionu

Dużo Ukraińców zostało w mieście?  

Uchodźcy, którzy początkowo przybywali do nas z Ukrainy, w następnym kroku dużo częściej wybierali duże miasta, takie jak Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław, jak też ośrodki, w  których jeszcze przed wojną była spora mniejszość ukraińska. Przemyśl pełnił wtedy nieco inną rolę. Zostaliśmy zaprogramowani do tego, żeby być miastem recepcyjnym, przez które przepływa duża liczba ludzi, ale niekoniecznie wielu z nich zostaje na miejscu.

Reklama
Reklama

Oczywiście jest grupa osób z Ukrainy, które przyjechały i nadal mieszkają w Przemyślu. Ciężko ocenić, ile ich jest, dlatego że to jest trochę inna forma migracji. Takie osoby przyjeżdżają do nas na krótszy czas – gdy jest jakieś zagrożenie, to przyjeżdżają do Przemyśla, a jak się robi spokojniej, wracają na Ukrainę. Staliśmy się też takim miejscem spotkań – miastem, w którym spotykają się rodziny. Z jednej strony przyjeżdżają mężczyźni pracujący w Polsce czy w Europie, a z drugiej kobiety, rodziny z Ukrainy. I my to widzimy. Zwłaszcza w okresie przedświątecznym. Mamy sygnały od naszych hotelarzy, od restauratorów, że w okresach dłuższych przerw, liczba osób z Ukrainy jest u nas bardzo duża. Korzystają z całego zakresu usług: od noclegów, po restauracje, puby, po nasz stok narciarski i inne atrakcje.

W Polsce rosną nastroje antyukraińskie – tak pokazują nowe badania opinii publicznej prowadzone przez CBOS. A jaki jest stosunek mieszkańców Przemyśla do Ukraińców? Podobny jak w całej Polsce, czy jednak z racji położenia to wygląda nieco inaczej?

Myślę, że jest podobnie, jak w całej Polsce. Te nastroje antyukraińskie faktycznie są zauważalne i trudno mówić, że ich nie ma. Przemyśl to miasto, o którym już wcześniej się mówiło, że czasami są jakieś nastroje antyukraińskie, np. ze względu na bliskość granicy i większą liczbę Ukraińców, niż w innych częściach Polski, co jest zresztą domeną miast przygranicznych.

Jeżeli jednak dochodziło u nas do jakichś zdarzeń na tle narodowościowym, to mam wrażenie, że w tej chwili takie rzeczy dużo częściej dzieją się we Wrocławiu, Warszawie czy Krakowie, bo stamtąd doniesień o nich jest dużo więcej, niż z Przemyśla. To pewnie wynika z tego, że w tej chwili zagęszczenie Ukraińców w tych dużych miastach jest większe niż w Przemyślu, dlatego też  częściej zdarzają się tam tego typu incydenty. W Przemyślu to zjawisko jest marginalne, choć na stałe mieszka u nas mniejszość ukraińska i pewnie z tego powodu od czasu do czasu mogą się zdarzać jakieś konflikty.

Od ubiegłego roku mamy ustawę o ochronie ludności i obronie cywilnej. Jak jej zapisy sprawdzają się w Przemyślu?

Ta ustawa dała nam wreszcie możliwość odbudowy systemu obrony cywilnej. I za to dziękujemy, bo dobrze, że ktoś o tym pomyślał. Szkoda, że dzieje się to w takim okresie, jak teraz, kiedy mamy konflikt za granicą i nie wszystkie te działania da się łatwo wytłumaczyć naszym mieszkańcom. Prowadzenie obecnie różnego rodzaju szkoleń z tego zakresu zawsze wywołuje pełne niepokoju pytania, czy my się na coś przygotowujemy?

Jeszcze 20 lat temu, w czasach względnego spokoju, można było szkolić ludzi z użycia broni na strzelnicy, czy z jakiejś ewakuacji. I to by nie budziło żadnych podejrzeń. A w tej chwili, jeżeli prowadzimy zwykłą naukę sygnałów alarmowych, to już pojawiają się pytania: na co my się przygotowujemy? Czy samorząd już coś wie? To zawsze budzi pewnego rodzaju niepokój. A z drugiej strony sama ustawa wygospodarowała środki dla samorządów.

Czytaj więcej

Prezydent Gdańska: W programie ochrony ludności kluczowa jest edukacja mieszkańców
Reklama
Reklama

Właśnie. Do Przemyśla trafi 2,5 mln zł w ramach Programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2025–2026. Środki zostaną przeznaczone na przygotowanie dokumentacji technicznej i zakup wyposażenia niezbędnego do zwiększenia bezpieczeństwa mieszkańców. Pierwsze zakupy już zostały zrobione?

Trafiło do nas łącznie 5,5 mln zł. Część kwoty zwróciliśmy w ramach oszczędności, bo w przetargach padły niższe kwoty. A pierwsze zakupy zrealizowaliśmy do końca ubiegłego roku, ponieważ była to dotacja, którą należało skonsumować i rozliczyć do końca 2025 r. To zostało zrobione, kupiliśmy trochę sprzętu. Kupujemy sprzęt do ochrony ludności cywilnej - nie były to zakupy na wypadek wojny, a budowanie odporności na wypadek różnego rodzaju kryzysów. Przygotowujemy się do kryzysu typu powódź, pożary, zawalenia budynków, czy jakichś osuwisk itp. Różnych kryzysów, które już nam się przydarzały w ostatnich pięciu latach: jak np. masowe ruchy ludności, czy też kryzys pandemii koronawirusa.

Są dziesiątki kryzysów, które mogą wystąpić. I nie wszystkie nazywają się „wojna”. Już sam fakt, że jako miasto bierzemy udział w programie ochrony ludności i będziemy wzmacniać nasz system zarządzania kryzysowego, wzbudził pytania mieszkańców: na co my się przygotowujemy? Budujemy odporność społeczną po to, by być w stanie zażegnać różnego rodzaju kryzysy. Dobrze, że ten program jest, choć jak mówiłem w trochę niefortunnym czasie. Ale nie ma co czekać.

W tym roku zaplanowane dochody w Przemyślu mają wynieść 732,2 mln zł, a wydatki 718,2 mln zł. Miasto należy chyba do nielicznych, które wydają mniej, niż uzyskują dochodów. Jak to się udaje?

Budżet na ten rok faktycznie został zaplanowany z nadwyżką ok. 14 mln zł, ale zostanie ona skonsumowana na bardzo konkretny cel. Trwają rozstrzygnięcia co najmniej kilku konkursów, w których miasto startuje i do końca roku ta nadwyżka najprawdopodobniej zostanie przeznaczona jako wkłady własne do inwestycji. To element przygotowania do absorpcji środków, które mogą się jeszcze pojawić – czy to w ramach KPO, czy w innych perspektyw unijnych.

Początkowo zakładaliśmy udział w projektach z programu Polska Wschodnia, jednak ministerstwo przesunęło te środki na obronność. Nadal jednak dostępne są fundusze europejskie dla Podkarpacia oraz inne programy, w których planujemy wziąć udział, a do tego niezbędne są właśnie wkłady własne. Nasze założenie było takie, że w tym roku miasto będzie bardzo aktywnie aplikować o środki zewnętrzne, dlatego stworzyliśmy bezpieczny bufor, który pozwala realizować wkłady własne bez konieczności zadłużania miasta.

Kwota całego budżetu – te 732 mld zł – z pewnością jeszcze się zwiększy, ale chodzi o to, aby było to zwiększenie racjonalne: tak, aby do każdej złotówki z budżetu miasta dołożyć co najmniej dwa, a najlepiej trzy złote z zewnątrz. Przemyśl już dziś ma jeden z najniższych wskaźników zadłużenia wśród miast na prawach powiatu w Polsce. Nie ma więc potrzeby dalszego oddłużania – kluczowe jest stabilne i rozsądne inwestowanie.

Czytaj więcej

Prezydent Zabrza: Od wielu lat wydajemy więcej, niż wynoszą nasze dochody
Reklama
Reklama

Czy na tzw. zadania zlecone miasto dostaje tyle środków, ile potrzeba, czy musi dokładać z własnego budżetu?

Nigdy nie dostaje tyle, ile potrzeba. Zadania zlecone to bolączka praktycznie wszystkich miast. Są one wyceniane na absolutnym minimum i to zawsze rodzi problemy. Wielokrotnie podnoszono ten temat – zarówno na forach lokalnych, jak i na forum Związku Miast Polskich – apelując o bardziej rzetelne podejście do finansowania zadań zleconych. W praktyce oznacza to przerzucanie części kosztów przez rząd na samorządy. Trudno z tym walczyć, jeżeli po drugiej stronie brakuje woli do zmiany podejścia.

A jak sytuacja wygląda w przypadku tzw. potrzeb oświatowych?

Około 100 mln zł dokładamy do naszych potrzeb oświatowych. To kolejna bolączka, która od wielu lat ciągnie się w relacjach rząd–samorząd. To bardzo wygodna sytuacja dla rządu, bo nie finansuje tych zadań w całości, ale znacznie mniej wygodna dla samorządów. Edukacja i oświata to największa pozycja budżetowa w każdym mieście. Potrafi sięgać 45, a nawet 50 proc.  całego budżetu. W małych gminach bywa jeszcze gorzej, bo tam ten udział potrafi przekraczać 50 proc., a czasami dochodzi nawet do 70 proc.

Przemyśl wydaje na edukację około 300 mln zł rocznie, z czego mniej więcej jedną trzecią trzeba dołożyć z własnego budżetu. Można więc sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby te 100 mln zł pozostało w budżecie miasta. Przy założeniu pozyskiwania środków zewnętrznych nawet w proporcji 50 do 50 poziom inwestycji mógłby sięgnąć około 300 mln zł rocznie. To pokazuje, jak duży potencjał inwestycyjny mógłby zostać uruchomiony. Tymczasem środki przeznaczane są na edukację, ale to jest jedno z podstawowych zadań samorządu.

Czytaj więcej

Paweł Gulewski, prezydent Torunia: Luka oświatowa cały czas rośnie

Przemyśl stoi przed dylematem zamykania przedszkoli i szkół w związku z niżem demograficznym?

Niż demograficzny to fakt, z którym trudno dyskutować – potwierdzają go wszystkie dane. Można kwestionować statystyki, ale rzeczywistość jest taka, że z problemem mierzą się dziś wszyscy: od najmniejszych gmin po największe ośrodki. Skala problemu jest bardzo poważna. Niska liczba urodzeń, migracje – szczególnie dotkliwe dla miast średnich – oraz starzenie się społeczeństwa sprawiają, że w pierwszej kolejności skutki widać w przedszkolach. Już to odczuwamy: tylko w tym roku trafi do nich około 100 dzieci mniej, niż rok wcześniej. W kolejnych latach ten problem będzie przesuwał się do szkół podstawowych, a potem średnich. To duże wyzwanie organizacyjne i planistyczne. 

Reklama
Reklama

Czy samorządy mogą coś zrobić, aby zatrzymać ten negatywny trend demograficzny?

Zawsze zadaję to pytanie mieszkańcom. Łatwo jest zrzucić odpowiedzialność na rząd czy samorządy. Demografii nie da się poprawić decyzją administracyjną. Ludzie muszą chcieć mieć dzieci. Problem polega na tym, że coraz częściej nie chcą – i w dużej mierze ma to charakter kulturowy. Powstała narracja, w której rodzicielstwo bywa postrzegane jako obciążenie lub coś nieatrakcyjnego. Młodzi mówią wprost, że wolą podróżować i realizować siebie, niż wychowywać dzieci, które – w ich ocenie – ograniczają styl życia. Z tym trendem samorządy nie wygrają. Programy finansowe, jak 500+ czy 800+ nie rozwiązują problemu. Pierwsze dziecko nie zmienia demografii, drugie jedynie ją stabilizuje. Dopiero trzecie daje realny impuls – a to wymaga zupełnie innego myślenia o polityce rodzinnej.

Okiem samorządowca
Wojciech Saługa: Jeśli chcemy liczyć się w Europie, musimy zacieśniać współpracę
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Okiem samorządowca
Prezydent Gdyni: Historia miasta pokazuje, że jako naród potrafimy dokonywać rzeczy niemożliwych
Okiem samorządowca
Prezydent Zabrza: Od wielu lat wydajemy więcej, niż wynoszą nasze dochody
Okiem samorządowca
Prezydent Lublina: Bez zwrotnych źródeł finansowania skala inwestycji byłaby dużo mniejsza
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama