Pani prezydent, ilu uchodźców wojennych z Ukrainy dotarło dotąd do Łodzi?

Nie jestem w stanie dokładnie odpowiedzieć na to pytanie. Według moich szacunków może to być od 15 do 20 tys. Nie więcej. Mogę to szacować po liczbie osób, które do tej pory się zarejestrowały. Wydajemy paczki pomocowe i tam staramy się prowadzić ewidencję osób, które je odbierają.

Jak na zbawienie czekamy na tymczasowy numer PESEL, bo wtedy to zmusi uchodźców, którzy pozostaną na naszym terenie, a będą chcieli nadal otrzymywać pomoc, do rejestracji. A wtedy będziemy mieli oficjalne dane.

Przed działaniami wojennymi mieliśmy w Łodzi 60–80 tys. pracowników z Ukrainy. Część z nich wyjechała na wojnę, część wyjechała i wróciła do nas już z całymi rodzinami. Samych uchodźców wojennych – jak szacuję choćby po liczbie dzieci zapisanych do szkół, a tych już jest ponad 1100 – myślę, że jest pomiędzy 15 a 20 tys.

Ile jest punktów pomocowych w mieście dla uchodźców? Dają radę? Są wolontariusze i potrzebne tam rzeczy?

Ciągle jest ich jeszcze zbyt mało. Jest jeden punkt recepcyjny, który prowadzi wojewoda. My też uruchomiliśmy swój punkt pomocowy i wspieramy te uruchomione przez samych Ukraińców. Mamy też pięć punktów w szkołach, gdzie przyjmujemy zapisy dzieci, ale też udzielamy informacji, także tych dotyczących rynku pracy czy pozyskania mieszkania, a więc wszystkiego, co jest ważne do życia.

Docelowo chcemy mieć co najmniej trzy punkty, w których wydajemy żywność. To jest istotny element, bo mimo że umieszczamy osoby, które się do nas zgłaszają, w miejscach zakwaterowania, a są one różne, bo i remizy strażackie, bursy szkolne, a przede wszystkim lokale indywidualne, to część uchodźców nie ma tam możliwości uzyskania wsparcia w postaci wyżywienia. Podobnie jak w pokojach, które uchodźcy sami sobie wynajęli. I dla takich osób wydajemy żywność.

Mamy ją w jednym punkcie, a docelowo chcemy ją wydawać w trzech–czterech. W kolejnych czterech miejscach wydajemy uchodźcom odzież. Tak więc takie miejsca powstają. I to szybko.

Zaskoczyły panią jakieś akcje pomocowe czy wsparcia organizowane przez samych mieszkańców Łodzi?

Od 24 lutego jestem bardzo podbudowana postawą mieszkańców. Będę zawsze przed nimi chyliła czoło i dziękowała za ich ofiarność. Do tej pory non stop przyjmujemy olbrzymie ilości wszelkiego typu pomocy rzeczowej. A my ją koordynujemy i segregujemy te dary.

Myśmy już wysłali ponad 30 tirów z pomocą humanitarną do Ukrainy. Było tam wszystko, co jest konieczne, czyli przede wszystkim żywność, a także pomoc medyczna. Niektóre rzeczy są reglamentowane, więc nie wszystko możemy tam wysłać. Poza tym była to pomoc umożliwiająca życie, jak wszelkiego rodzaju baterie, akumulatory czy generatory prądu. Nie ma dnia, żeby kilka samochodów nie wyjeżdżało. W tej chwili – przez nasze działania i centralne położenie – staliśmy się dużym punktem, do którego dociera pomoc z Zachodu. Przyjmujemy olbrzymie ilości tirów z pomocą humanitarną, które przekierowujemy i przesyłamy dalej na wschodnią granicę i do Ukrainy, bo mamy kanały przerzutowe do Kijowa, Lwowa, naszego miasta partnerskiego, czy do Odessy.

Czytaj więcej

Ludzkość miała być mądra. A tu taki tragiczny zakręt historii

A jakiej pomocy oczekują od Łodzi miasta partnerskie z Ukrainy?

Przede wszystkim tam jest problem z dostępem do alternatywnych środków zasilania. Telefony i możliwość komunikacji są tam bardzo ważne. Mieszkańcy miast w Ukrainie czekają na powerbanki, latarki, generatory prądu, ale też rzeczy związane z pomocą medyczną, czyli wszystkie środki opatrunkowo-ratownicze, apteczki, a także lekarstwa. Jako samorząd nie mamy prawa ich dystrybuować, więc jeśli pojawiają się u nas osoby z lekami, to kierujemy je do Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, bo tylko ona może takie rzeczy wywozić za granicę.

Potrzebna jest też długoterminowa żywność w każdej ilości, jak konserwy, produkty suche, jak kasze, ryż, makarony. Do tego woda, mleko, odżywki dla dzieci. To wszystko płynie na granicę bądź za granicę i tam jest przeładowywane i dalej dystrybuowane. Częściowo jest to też odzież, koce, karimaty.

Na początku marca kilkadziesiąt dzieci z domów dziecka w Ukrainie dotarło do Łodzi, później kolejne. We wtorek informowała pani, że powstanie 150 dodatkowych miejsc dla kolejnych maluchów. Ile w sumie takich dzieci może przyjąć Łódź? Czy opiekę nad nimi będą sprawować tylko polscy opiekunowie, czy też ukraińscy?

Te dzieci przyjeżdżają do nas z opiekunami z Ukrainy. To są całe domy dziecka przenoszone do nas. Mamy już przeniesione trzy domy dziecka. W jednym było blisko 40 dzieci, w drugim ponad 20 – to są dzieci z niepełnosprawnościami. W kolejnym też ponad 20, to są malutkie dzieci.

Wszystkie przyjechały z opiekunkami, które zabrały ze sobą także własne dzieci. Na ten moment mamy w sumie blisko 100 dzieci i 12 opiekunów. Mamy przygotowany kolejny dom dziecka na kolejne 100 maluchów, a teraz jeszcze jeden na 150. Swój budynek użyczyła sieć Orange.

Większość uchodźców, którzy dotarli dotąd do Łodzi, chce zostać w mieście, czy jednak Łódź to dla nich tylko miejsce przesiadkowe?

Do tej pory do nas docierało stosunkowo mało uchodźców, którzy traktowali Łódź jako miejsce przesiadkowe. Na razie przyjechały do nas trzy pociągi, które nie były przepełnione. W środę dotarło kolejnych pięć składów. Przyjechało też parę autokarów z uchodźcami. I ci, co przyjeżdżali autokarami, traktowali Łódź jako miejsce przesiadkowe.

Mamy bardzo dużo osób, które przyjeżdżają do miasta transportem samochodowym. Albo byli przywożeni przez najbliższych, albo sami przyjeżdżali własnymi samochodami, albo były konwoje z granicy, które przywożą uchodźców do nas, do Łodzi, a które były umówione przez stowarzyszenia, głównie ukraińskie, działające w naszym mieście.

Ale to się może w każdej chwili zmienić.

Może się zmienić. Mam wrażenie, że wciąż jesteśmy w pierwszej fali uchodźczej. Docierają do nas osoby, które w Łodzi miały kogoś bliskiego. Bardzo dużo rodzin ukraińskich dotarło do nas własnym sumptem, bez pośrednich przesiadek. Oni mieli już wszystko zorganizowane.

Czytaj więcej

„Pozytywnie pokazujemy pomoc, jakiej Polska udziela uchodźcom”

Już pani wspominała, że około 1 tys. dzieci zapisano do łódzkich szkół i przeszkoli. Czy te placówki są przygotowane na to, by przyjąć taką dużą grupę uczniów?

My wypełniamy miejsca w szkołach, gdzie tylko możemy. Jeżeli to będzie jeszcze dużo większa grupa, to boję się, że przedszkola i szkoły nam się przepełnią. Dlatego dzieci uchodźców kierujemy do szkół, gdzie jeszcze jest potencjał, gdzie są jeszcze wolne miejsca. Zależy nam też, by nie alienować tych dzieci, żeby one wtapiały się w środowisko szkolne. I myślę, że rozpoczną normalną naukę w naszych szkołach.

W kilku z nich stworzyliśmy już dodatkowe oddziały. Liczymy na wsparcie i potrzebujemy rozstrzygnięć prawnych, bo potrzebujemy nauczycieli. A to nie jest wcale takie proste.

Zwłaszcza że te dzieci w większości przypadków nie znają języka polskiego.

Tak. My w tej chwili ściągamy nauczycieli ukraińskich. Mamy już kilkunastu. Czekamy na ustawę, która umożliwi nostryfikację uprawnień nauczycieli z Ukrainy w Polsce. Wtedy możemy zrobić oddziały złożone z dzieci ukraińskich. Ale nie wiem, jak to może być prawnie rozwiązane. Słyszałam, że minister edukacji Przemysław Czarnek ma się tym zająć. Ale kiedy to nastąpi? Nie wiadomo.

Na dziś widać, że rodzinom ukraińskim zależy, aby dzieci jak najszybciej rozpoczęły naukę, żeby poczuły normalność. Po traumie, którą te dzieciaki przechodzą, muszą poczuć, że znów normalnie żyją. Na tyle, na ile to możliwe.

A polskich uczniów przygotowuje się do tego, by dawali wsparcie nowym kolegom?

Mamy psychologów. Wszędzie tam, gdzie kierujemy dzieci uchodźców, uczniowie są objęci opieką psychologiczną. Są również zajęcia i dla pedagogów, i dla nauczycieli, żeby oni też wiedzieli, jak z uczniami postępować. Są też zajęcia dla samych uczniów, uświadamiające, co się dzieje w Ukrainie, czym jest wojna.

Senator Zygmunt Frankiewicz, przewodniczący ZMP, mówił, że wielkie aglomeracje, jak Warszawa czy Wrocław, są już nasycone uchodźcami, że czas mówić o relokacji. Na razie Łodzi ten problem nie dotyczy?

Póki co nie, ale to jest tylko kwestia czasu. Wiem, że tak czy owak te transporty z uchodźcami z Ukrainy do Łodzi też dotrą. Rząd chce uchodźców relokować w inne miejsca, licząc na to, że przynajmniej część tych osób tam zostanie. To kwestia dni, kiedy takie miasta jak Łódź, ale też pozostałe, które do tej pory nie były tak mocno obciążone, jak Szczecin, Białystok, Bydgoszcz, także praktycznie się zapełnią. To wszystko jest związane z możliwościami pracy dla uchodźców. U nas planowane jest otwarcie dużej sali z przeznaczeniem dla uchodźców, ale w takim miejscu ci ludzie nie wytrzymają dłużej niż kilka dni. Trzeba pomyśleć o jakimś systemowym rozwiązaniu.

Czytaj więcej

Jacek Sutryk: Nie ma dziś ważniejszego tematu, niż pomoc dla Ukraińców

W środę Sejm przyjął ustawę o pomocy uchodźcom z Ukrainy, która ma im pomóc zaaklimatyzować się w Polsce. Zakłada ona też m.in. pomoc samorządów. Miasto jest na to przygotowane?

Przygotowujemy się. Przede wszystkim z bazą tymczasowych numerów PESEL, bo to jest konieczne. Już jesteśmy przygotowani, jeśli chodzi o dostęp do rynku pracy. Pytanie, jak ta pomoc będzie rozliczana.

My wchodzimy jeszcze w bardzo szczególny czas. Samorządy po Polskim Ładzie mają duże problemy finansowe, bo nasza baza przychodowa znacznie się osłabiła. Co i jak mamy zrobić, gdy np. w naszych placówkach pojawi się 10–20 proc. więcej młodzieży niż dziś? Czy subwencja oświatowa odzwierciedli rzeczywiste koszty z tym związane? Jeżeli znowu pokryje wydatki na oświatę w 50 proc., to jako samorządy staniemy się niewydolni.

Czy samorządy mogą mieć problem tylko z pieniędzmi na oświatę, czy także w innych obszarach?

Także z pomocą społeczną. Do Polski nie przyjeżdżają tylko osoby w wieku produkcyjnym, które mają szansę na znalezienie pracy, ale też osoby w wieku mocno emerytalnym. Nie wiemy jeszcze, czy i na jakich zasadach będą one otrzymywać świadczenia. W przepisach ustawy powiedziane jest, że do 60 dni uchodźcy mogą liczyć na pomoc państwa polskiego, a później muszą się odnaleźć na rynku, muszą odpowiadać za swój byt.

O ile osoby młodsze, wierzę w to, będą zapobiegliwe i będą w stanie znaleźć źródło utrzymania, o tyle osoby w wieku mocno poprodukcyjnym nie będą w stanie tego zrobić. Więc jest pytanie: czy te osoby będą miały transferowane emerytury, które wypracowały w Ukrainie? I jak z tych emerytur adekwatnie do kosztów życia będą w stanie się w Polsce utrzymać?

Pomoc społeczna może być kolejnym segmentem, który może mieć duże problemy. Podobnie może być z dziećmi z domów dziecka, które ponoć nie będą traktowane jako uchodźcy. Więc nie wiemy, jak pomoc im będzie rozliczana.

Dziś jeszcze pewnie nikt tego nie wie. To dopiero czas pokaże.

Czas pokaże na pewno. Oby pokazał, że damy radę. Na razie jako społeczeństwo zdaliśmy egzamin z pomocy na szóstkę, a nawet siódemkę. Łodzianie, Polacy są niesamowici. To, co się teraz dzieje, to ogromny sprint, który jako społeczeństwo wykonaliśmy i uzyskaliśmy najlepsze oceny. Jednak teraz musimy przygotować się na maraton pomocy. Jeżeli nie będzie systemowych rozwiązań, to nie wiem, jak ten maraton przetrwamy.