Z tego artykułu dowiesz się:

  • Co oznacza rządowy program "local content" dla polskich samorządów?
  • Z jakimi wyzwaniami mierzą się samorządy, wdrażając politykę preferowania krajowych wykonawców?
  • W jaki sposób przepisy o zamówieniach publicznych wpływają na możliwość preferowania polskich firm?
  • Czy wielkość samorządu ma wpływ na praktyczne możliwości stosowania zasady "local content"?
  • Jaką rolę w procesie zamówień publicznych i ich kontroli odgrywają Krajowa Izba Odwoławcza oraz kontrolerzy?
  • Jakie zmiany w prawie i procedurach postulują przedstawiciele jednostek samorządu terytorialnego?

„Local content, po pierwsze Polska” to rządowy program, który ma sprawić, że organizatorzy przetargów i zamówień finansowanych z pieniędzy publicznych, a więc spółki Skarbu Państwa i instytucje państwowe, tam gdzie się da, będą teraz sięgać po polskie firmy, także prywatne. To wśród nich, z poszanowaniem zasad unijnych, mają w pierwszej kolejności szukać wykonawców swoich inwestycji. Zasady te mają też dotyczyć samorządów.

– Nie może być tak, że środki europejskie lub budżetowe trafiają do samorządu, który nie będzie respektował tej idei – przekonywał niedawno premier Donald Tusk. Zapowiedział, że rząd będzie budował ranking samorządów, który będzie pokazywał, jak poszczególne z nich realizują zasadę local content. – Z tego będą wyciągane konsekwencje. Każdy musi się starać – dodał szef rządu.

Co na to samorządowcy?

Mały problem w małych samorządach

– Problem przestrzegania zasad local contentu raczej nas nie dotyczy, a jeśli już, to w minimalnym stopniu, bo zakładam, że w naszym przypadku 99 proc. inwestycji i zadań realizują polskie firmy, zwykle lokalne – mówi Roman Krupa, wójt Kościeliska. Jego zdaniem zagadnienie to w większym stopniu odnosi się do większych samorządów, zwłaszcza dużych miast, gdzie potencjał wolumenu inwestycyjnego jest znacznie większy, gdzie realizowane są wielusetmilionowe przetargi, na przykład na budowę infrastruktury czy zakup sprzętu, w których udział biorą także firmy zagraniczne. – U nas to jest kapitał polski, więc ewentualne restrykcje dla samorządów, które nie wpisują się w zasady local content, raczej nie dotyczą takich samorządów jak nasz – dodaje Roman Krupa.

Czytaj więcej

Miejskie rewitalizacje, czyli nowe życie obszarów zdegradowanych

– Zgodnie z prawem mamy obowiązek ogłosić przetarg nieograniczony, który daje możliwość startowania każdemu podmiotowi, również z Unii Europejskiej. Nie mogę powiedzieć, że ograniczam przetarg do polskich firm, bo po prostu przepisy mi na to nie pozwalają. W praktyce jednak, akurat w naszym przypadku, inwestycje i tak są realizowane przez firmy polskie – mówi nam Jan Golba, burmistrz Muszyny. Wspomina, że przed laty, gdy był burmistrzem Krynicy-Zdroju i nie obowiązywała jeszcze ustawa o zamówieniach publicznych, korzystał z firmy zagranicznej przy budowie kolejki gondolowej. – To jednak były też czasy, kiedy żadna polska nie potrafiła jeszcze zrealizować takiego zamówienia – zaznacza Jan Golba.

Zapewnia, że spojrzałby teraz przychylnie na możliwość jakiegoś preferowania polskich firm z odpowiednimi zabezpieczeniami finansowymi. – Dzisiaj, choć ustawa o zamówieniach publicznych formalnie dopuszcza możliwość wybrania dobrego wykonawcy bez zwracania uwagi na cenę, to jednak w praktyce proces postępowania nie daje nam takich możliwości. Musimy patrzeć przede wszystkim na cenę. Kryterium ceny ciągle pokutuje. A przecież powinna być możliwość wybrania najlepszego wykonawcy, gwarantującego wykonanie kontraktu, oczywiście za rozsądną, akceptowalną cenę – mówi burmistrz Muszyny.

Więksi mają trudniej

Także jego zdaniem większe problemy z wpisaniem się w zasady local content będą miały duże miasta, gdzie w grę wchodzą zakupy tramwajów, wagonów metra czy jakieś znaczące inwestycje komunikacyjne. Tam startować będą także oferenci zagraniczni. – Trzeba też pamiętać, że nie wszystkie kontrakty mogą być zrealizowane wyłącznie przez polskie firmy, bo niektórych rzeczy u nas po prostu nie produkujemy – tłumaczy Jan Golba. – Idea local content jest więc bardzo fajna, ale trzeba brać pod uwagę, że diabeł tkwi w szczegółach – dodaje.

– Jesteśmy małą miejscowością. Nie budujemy autostrad, nie prowadzimy jakichś potężnych inwestycji, którymi byłyby zainteresowane zagraniczne podmioty. Nasze zadania realizujemy generalnie polskimi rękami, często lokalnymi – mówi Radosław Jęcek, burmistrz Karpacza.

Wskazuje, że największą inwestycją, jaką jego miasto będzie realizowało jest oczyszczalnia ścieków za 70 mln zł. – Podejrzewam, że tego typu zadania realizowało już wiele polskich firm i pewnie tak będzie u nas. Nie tak dawno dostaliśmy jednak z Ministerstwa Sportu i Turystyki dofinansowanie do budowy kompozytowego toru saneczkowego. To zadanie w ramach inwestycji o strategicznym znaczeniu dla rozwoju sportu w Polsce. No i proszę sobie wyobrazić, że tego typu kompozytowy tor będzie pierwszą tego typu inwestycją w naszym kraju. Pytanie za 100 punktów: czy do jego realizacji zgłoszą się polskie firmy? Byłoby bardzo fajnie, ale co z ich doświadczeniem? Czy mimo jego braku powinienem wybrać polską ofertę? Tu powinna być dopuszczalna pewna elastyczność – przekonuje Radosław Jęcek.

Czytaj więcej

Szkoły i parkingi z dodatkową funkcją. Przyda się w sytuacjach kryzysowych

– W większości przetargów, nawet tych większych bazujemy na wykonawcach krajowych. Mało tego, często na lokalnych, podlaskich – mówi Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku. Inaczej było przy budowie stadionu, którą realizowała najpierw firma francuska, a po tym, jak miasto wypowiedziało jej umowę, hiszpańska. – Mieliśmy problem z francuskim wykonawcą, ale one zdarzają się także z firmami krajowymi, lokalnymi. Wiele zależy po prostu od kondycji firmy, od jej szefa, od człowieka. Akurat w tej chwili mamy problem z budową fontanny. Firma, która wygrała przetarg, za wyższą cenę niż zakładaliśmy, nie realizuje kontraktu, ciągle wynajduje jakieś preteksty. I tak to wygląda – mówi prezydent Białegostoku.

To, co jego zdaniem w zakresie przetargów i wyboru oferentów utrudnia działania samorządowcom, to gorset, który narzucają im przepisy o zamówieniach publicznych. – Cena jest ważna, to jasne. Ważne powinny być jednak także inne kryteria, a tak nie jest. W efekcie system jest niezbyt wydolny. Wygrywa firma, która daje niższą cenę, a później nie realizuje kontraktu – mówi Tadeusz Truskolaski. – Oczywiście fajnie, żeby to były firmy polskie, ale narzędzia powinny być po naszej stronie, czyli ten gorset braku decyzyjności ze strony samorządu powinien się trochę rozluźnić. Bo tak naprawdę dziś my nie mamy wiele do powiedzenia – tłumaczy.

„Unia nie lubi preferencji krajowych”

Zwraca uwagę, że jest jeszcze problem KIO. – Powiedzmy, że wybieramy ofertę tańszą o milion, ale ma ona jakieś drobne uchybienia formalne. Naprawdę drobne. Konkurent tej firmy idzie wtedy do Krajowej Izby Odwoławczej i ta to jemu przyznaje rację. Tak to wyglądało choćby w przypadku naszej fontanny – rozkłada ręce prezydent Białegostoku. – Każda inwestycja, każdy przetarg, to oddzielna książka, oddzielne problemy. Gdybyśmy mieli większą możliwość ostatecznego rozstrzygania, to ja jestem jak najbardziej za. Niech pan premier da nam do tego narzędzia – apeluje Tadeusz Truskolaski.

– Moim zdaniem w polskich samorządach nie ma wielkiego problemu z local contentem – ocenia Andrzej Porawski, dyrektor biura Związku Miast Polskich. Także w jego ocenie, to, nad czym powinien pochylić się rząd, to procedura zamówień publicznych. – Powinna mieć wyraźniejsze preferencje dla podmiotów krajowych. One wprawdzie zostały tam już jakoś wprowadzone, ale bardzo słabo, no bo wiadomo, że Unia Europejska nie lubi preferencji krajowych, walczy o wspólny, otwarty rynek. Tak czy inaczej, preferencje krajowe oraz preferencje lokalne powinny być silniejsze – przekonuje Andrzej Porawski.

Kolejną istotną kwestią w tym kontekście są jego zdaniem kontrolerzy zamówień publicznych. Tu pojawia się kryterium ceny przy wyborze ofert. – Mamy z tym kłopot, bo jeśli przy wyborze oferty pod uwagę weźmiemy także inne kryteria, kontrolerzy zaczynają się domagać bardzo drobiazgowego uzasadniania tej decyzji. I niechętnie akceptują zamówienia, w których zastosowano inne kryteria wyboru niż cena – tłumaczy dyrektor biura ZMP. – Nie mamy więc nic przeciwko local contentowi. Zależy nam natomiast na wyraźniejszym wskazaniu preferencji dla podmiotów krajowych w przepisach o zamówieniach publicznych, które byłoby dla nas jasną rekomendacją w tym zakresie oraz na odpowiednim przeszkoleniu kontrolerów Urzędu Zamówień Publicznych pod tym kątem – dodaje.