Jako osoba urodzona w Krakowie chcę zapytać – czy mam się martwić o miasto? Bloomberg pisał, że Kraków może stać się polskim Detroit. I że praca stąd zaczyna uciekać.

Można się martwić nie tyle o Kraków, co o polską gospodarkę – bo to nie jest proces tylko krakowski, to jest globalna transformacja gospodarcza. Wchodzi AI, wchodzi automatyzacja, odchodzimy od masowych procesów, od masowych czynności, które do tej pory były domeną polskich Shared Services Center. Przechodzimy do fazy wyższej specjalizacji. Jest jeszcze jeden ważny czynnik – wzrost pensji. Kiedyś przyciągaliśmy centra outsourcingowe, bo byliśmy bardzo tani. Dziś już tani nie jesteśmy – PKB wzrasta, ludzie zarabiają lepiej, tracimy konkurencyjność płacową wobec Indii. Ale to nie jest katastrofa, to jest transformacja. Miasta, które wiedzą, jak dokonać tej transformacji, nie powinny się martwić. To dla nas ogromne wyzwanie, ale też duża szansa na kolejny skok. Na pewno ten proces zmusza nas do nowego spojrzenia na miasto.

Czy Kraków ma już teraz konkretny plan działania, aby nie być biernym obserwatorem tej transformacji gospodarczej?

Tak. Mamy pomysł na Kraków przyszłości. Stawiamy na nowoczesne technologie. Po pierwsze, intensyfikujemy współpracę z krakowskimi uczelniami, żeby dostarczały innowacyjnych rozwiązań, które my jako miasto będziemy transferować do krakowskich firm. Po drugie, ściągamy korporacje, które dalej chcą tu inwestować. Rolls-Royce jest, AbbVie otworzyło nowe biuro, krakowski oddział IBM Software Lab staje się jednym z czterech światowych centrów rozwoju sztucznej inteligencji. Staramy się o gigafactory AI, o europejską agencję kosmiczną. Uwalniamy gigantyczne tereny w Nowej Hucie – przejmujemy je od ArcelorMittal i firma po firmie ściągamy tam duży kapitał. Między innymi 7R, ale nadchodzą kolejne firmy.

Czytaj więcej

Kurierzy i e-handel wydają miliardy na robotykę

Zarzut jest taki, że Kraków właśnie nie ma własnej strategii tej transformacji, tak jak Katowice mają strategię dla Śląska po górnictwie i przemyśle ciężkim.

Właśnie kończymy pracę nad tą strategią. Jesteśmy w fazie konsultacji założeń, lada moment będziemy gotowi. Ale nie czekamy na strategię i stale pracujemy, żeby wzmacniać Kraków w tym wyścigu. Mamy pełnomocnika do spraw współpracy z biznesem i pełnomocnika do spraw współpracy z nauką – wcześniej tych stanowisk nie było, kontakty miasta z uczelniami i biznesem były dużo gorsze. Proszę zapytać na którejkolwiek krakowskiej uczelni i w którejkolwiek firmie, jak wyglądają te kontakty teraz, a jak wyglądały wcześniej. W naszym przypadku większym problemem jest fakt, że biegniemy w tym wyścigu z dodatkowym obciążeniem, jakim jest odziedziczony po poprzedniku stan finansów Krakowa. Poza tym to gospodarka determinuje nasz stan finansów i jakość życia mieszkańców – to jest jedna z najważniejszych kwestii dla Krakowa, o ile nie najważniejsza.

Czego oczekuje pan od rządu w tej sferze?

Oczekuję odpowiednich zachęt dla inwestorów. Oczekuję, żeby środki z SAFE zostały zainwestowane w Polsce i żebyśmy mogli do Nowej Huty ściągać przemysł obronny, bo już niektóre firmy amerykańskie interesują się naszymi terenami. Jesteśmy w bliskości Rzeszowa, Stalowej Woli, Mielca – jesteśmy naturalnym komponentem do budowy przemysłu obronnego w tym rejonie. Oczekuję też odpowiednich regulacji podatkowych i polityki migracyjnej. Minister Andrzej Domański jest z Krakowa, doskonale zna nasze sprawy, jesteśmy w stałym kontakcie. Ale nie jestem od tego, żeby mówić rządowi dokładnie co ma robić, bo to nie dotyczy tylko Krakowa.

Jaka jest w takim razie aktualna projekcja budżetowa? Kiedy sytuacja finansowa miasta będzie opanowana?

To zależy od tego, co uznamy za opanowanie. Czy moment, kiedy zadłużamy się już tylko na inwestycje, bo każda firma i każdy samorząd na inwestycje się zadłuża? Ten etap kończę przypuszczalnie w tym roku. Obejmowałem urząd przy deficycie operacyjnym 770 mln zł za 2023 r. Po roku – właściwie po pół roku mojego funkcjonowania, kiedy blokowałem naprawdę wiele wydatków – zeszliśmy do 300 mln deficytu. W kolejnym roku to już było 130 mln, a w tym mamy zaplanowaną nadwyżkę operacyjną 120 mln zł. Ta krzywa się przecięła. Natomiast jeśli mówimy o spłacaniu długu – musimy wypracować nadwyżkę na poziomie 1-1,5 mld zł. To jest bardzo długa droga.

Ale bez strategii wobec AI dochody z PIT i CIT mogą zacząć spadać. To byłby cios.

Tego akurat się nie boję. Ta tendencja do tej pory nawet nie wyhamowała – mamy co roku wzrosty PIT i CIT powyżej średniej krajowej. Po pierwsze, jesteśmy miastem, które najszybciej rośnie pod względem liczby mieszkańców. Po drugie, mamy najwyższe wynagrodzenia w Polsce, wyższe od Warszawy. Po trzecie, rozmawiałem niedawno z prezesem Heinekena – z jednej strony prowadzą redukcję, ale z drugiej strony prowadzą rekrutację. Redukcja dotyczy stanowisk niższego szczebla, rekrutacja – bardziej wyspecjalizowanych, lepiej opłacanych. Jesteśmy w fazie transformacji, gdzie są turbulencje, ale nie mamy żadnych wskaźników sygnalizujących, że baza podatkowa PIT i CIT w Krakowie będzie spadać.

Czy przez te dwa lata kadencji zdarzyło się coś, czego pan żałuje? Np. czy wprowadzenie strefy czystego transportu jest jedną z takich rzeczy? Bo teza jest taka, że SCT była katalizatorem referendum.

Od początku kadencji słyszałem o referendum, bo były siły polityczne, które parły do tego, żeby je przeprowadzić. Choć wiem, że dziś referendum to bardziej konsekwencja tego, że popełniłem błędy i podjąłem decyzje, które nie spotkały się z poparciem społecznym, w dodatku skumulowały się w krótkim czasie. Nie żałuję wprowadzenia strefy czystego transportu, bo ta decyzja jest ważna i potrzebna, zwłaszcza w Krakowie, który od lat ma problem ze smogiem. Właśnie dlatego nie wycofaliśmy się z SCT. Dziś wiem jednak, że w kwestii SCT – i nie tylko – popełnialiśmy błędy i poszliśmy o krok za daleko. Stąd wielka korekta. Wiem również, że proces komunikowania SCT mieszkańcom mógł zostać przeprowadzony znacznie lepiej. Spotykam taksówkarzy, którzy mówią, że będą musieli sprzedać auta, a kiedy tłumaczę im, że są zwolnieni jako prowadzący działalność w Krakowie, odpowiadają: „Tego nie wiedziałem”. Takich przykładów jest więcej.

Czytaj więcej

Korekta SCT w Krakowie. Prezydent przedstawił szczegóły

Mówi pan, że nie wycofuje się pan ze strefy, ale jest wielka korekta i potoczyła się głowa dyrektora ZTP Łukasza Franka, co samo w sobie wywołało kontrowersje. Część osób twierdzi, że ugiął się pan pod presją prawicy.

Ze strefy się nie wycofuję. Jest korekta, bo były błędy. Uważam, że rzeczy, które teraz zmieniamy i korekty, które robimy mają głęboki sens. Najważniejsze z nich to kwestia zamieszkania bez zameldowania jako kryterium – to dotyczy dziesiątek tysięcy osób. Poza tym dojazd do wszystkich placówek zdrowia, brak obowiązku rejestracji motocykli, uproszczenie i automatyczne przedłużanie procedur, zmniejszenie opłat dla przyjezdnych z gmin, dojazd do Park and Ride, dojazd wystawców na place i targi, zwolnienie firm krakowskich i organizacji pożytku publicznego, zwolnienie najuboższych. Wymieniłem z pamięci osiem punktów, jest ich więcej. Zmieniamy dużo. Natomiast nie zmieniamy obszaru ani norm – nie uchyliłem się przed tym, co dla mnie najważniejsze: dbaniem o zdrowie mieszkańców.

To wszystko byłoby zrobione przez pana i bez referendum?

Jeśli chodzi o SCT, to na pewno od początku zakładaliśmy, że po jej wdrożeniu będziemy obserwować jak działa i wyciągać wnioski. Ale nie ma co ukrywać – dyskusja referendalna była dla mnie sygnałem, że potrzebna jest korekta naszej polityki i że w pewnych sprawach musimy zrobić krok w tył, a pewne znacznie przyspieszyć. Referendum to taka wiadomość ostrzegawcza od mieszkańców i ja ją odebrałem i wyciągam wnioski.

Na ławkach dialogu – cyklu pana spotkań w mieście – ludzie rzeczywiście pytają o metro? Czy w Krakowie to jest dla ludzi priorytet?

Ludzie przychodzą z przyziemnymi problemami – gdzieś potrzeba zieleni, gdzieś brakuje chodnika, gdzieś skrzyżowanie jest nieprzejezdne. To ich boli na co dzień. Metro nie jest pierwszym pytaniem. Głosy są różne – niektórzy pytają po co i czy jest konieczne, niektórzy zgłaszają uwagi co do przebiegu linii, inni pytają czy to idzie i jak szybko.

To po co w takim razie metro?

Na pierwszej obwodnicy krakowskiej tramwaje już się nie mieszczą. Planujemy nowe linie – na Złocień, na Azory, ale gdzie te tramwaje mają jechać? Nie wybudujemy drugiej obwodnicy tramwajowej nad Plantami. Ruch musi zejść pod ziemię. Barometr krakowski wskazuje cztery podstawowe problemy zgłaszane przez mieszkańców: korki, hałas, zanieczyszczenie powietrza i brak miejsc parkingowych. Transport podziemny istotnie ogranicza wszystkie cztery. Za kilkadziesiąt lat Kraków nie może sobie pozwolić na brak metra.

Kiedy szacuje pan realnie, że ta inwestycja dojdzie do skutku?

Za mniej więcej dziesięć lat.

Co ze wsparciem rządu? Wiceminister funduszy Jan Szyszko odciął się od pana publicznie. Kiedy ogłosił pan zapowiedź rządowego finansowania projektu metra,  Szyszko napisał na X, że „pierwsze słyszy". Jak to rozumieć?

Na zespole parlamentarnym mieliśmy przedstawicieli pięciu ministerstw – finansów, infrastruktury, MON, Funduszu Regionów i MSWiA. Wszyscy mówili, że będą się starać o 10 miliardów euro na program rozwoju transportu podziemnego i kolejowego w polskich miastach. Jeden wiceminister się nie zgadza – rozumiem, że w rządzie mogą być różnice zdań. Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz sam ogłosił w Krakowie, że takie pieniądze będą. To samo potwierdzał minister infrastruktury. Wiem, że mamy więcej przyjaciół krakowskiego metra w rządzie niż przeciwników. Głos wiceministra Szyszki jest odosobniony.

Skoro o rządzie mowa, to jak pilnie oczekuje pan regulacji najmu krótkoterminowego? To w Krakowie jest realny problem. Mowa o tzw. turystyfikacji. Zostało 20 miesięcy kadencji obecnego Sejmu. Czas ucieka. 

Z tego, co wiem, prace nad najmem krótkoterminowym się toczą, podobnie jak nad opłatą turystyczną. Mam nadzieję, że obie ustawy trafią do podpisu prezydenta jeszcze w tym roku. Nie chcemy zakazać krótkoterminowego najmu, ale potrzebujemy regulacji, żeby móc obszarowo kontrolować ten proces, żeby Stare Miasto i Kazimierz nie ulegały pełnej turystyfikacji. Samorząd nie ma dziś żadnego realnego narzędzia, żeby to hamować.

A Kraków to w końcu miasto dla turystów czy dla ludzi, którzy tu mieszkają?

Turystyka dokłada się do krakowskiego PKB i z tych wpływów realizujemy inwestycje, ale musi pozostawać w równowadze z potrzebami mieszkańców. Kraków jest przede wszystkim dla ludzi, którzy tu żyją. Turystyfikację trzeba zatrzymać, co nie znaczy, że miasto turystycznie ma się nie rozwijać. Potrzebujemy deglomeracji czasowej, deglomeracji przestrzennej, Komisji Zrównoważonej Gospodarki Nocy, burmistrza nocnego. I jednocześnie zahamowania wypierania mieszkańców z centrum przez Airbnb i hotele – musi być miejsce dla jednych i drugich. Hoteli jest sporo, to nie znaczy oczywiście, że nie mogą w ogóle powstawać nowe, ale musimy tak zadbać o przestrzeń w mieście, by była w nim równowaga. 

Czytaj więcej

Adam Roguski: Rząd stracił pół kadencji na spory, ale jest światełko w mieszkaniowym tunelu

Skoro wiedział pan od początku, że referendum będzie, to jaką pan ma strategię?

Od samego początku mówiło się, że są pewne osoby zdeterminowane, żeby w trakcie tej kadencji do referendum doprowadzić. Wszyscy w Krakowie wiedzieli. Ale dziś referendum to bardziej efekt rozczarowania mieszkańców Krakowa i muszę zrobić wszystko, żeby uwierzyli, że usłyszałem ich głos, zrozumiałem ich zawiedzione nadzieje i wyciągnąłem wnioski.

Czyli to już jest przesądzone, co pan będzie robił do maja? 17 maja to orientacyjny termin referendum. Wzywanie do bojkotu referendum czy do uczestnictwa i głosowania przeciwko?

Prezydenci i burmistrzowie bronią się wtedy, kiedy w referendum nie ma wystarczającej frekwencji. Ta strategia wydaje się najbardziej optymalna. Przeciwnicy są zawsze bardziej zdeterminowani niż cicha, milcząca większość, która jest zadowolona z tego, co w mieście się dzieje. Zawsze są głośniejsi. Dlatego jeśli ktoś chce, żebym dokończył swoją kadencję, w dzień referendum powinien zostać w domu.

Na bilans kadencji w 2029 r. – co chciałby pan móc powiedzieć, że przede wszystkim zostało w mieście zrobione?

Chciałbym móc powiedzieć, że Kraków wykorzystał swoją szansę i mocno ruszył do przodu. Co to znaczy? Po pierwsze, chcę zrealizować program wyborczy, 150 postulatów. Po drugie, zadbać o krakowską infrastrukturę. Pakt osiedlowy to pół miliarda złotych na doświetlenie przejść dla pieszych, remonty i budowę chodników, drogi rowerowe, parki. Do tej pory Kraków rozwijał się mieszkaniowo, powstawały nowe osiedla, ale zapominano o żłobkach, przedszkolach, chodnikach. To nie jest żaden wielki monument. To zadbanie o to, by w otoczeniu każdego mieszkańca takich braków było jak najmniej. Po trzecie – metro musi iść według harmonogramu, żeby w kolejną kadencję wejść już w budowę, w drążenie tuneli. I oczywiście stabilizacja finansów – bez tego nic z tego się nie wydarzy.

Jest pan optymistą? Pytam oczywiście w kontekście akcji referendalnej i tego, co wydarzyło się przez ostatnie kilka miesięcy w Krakowie.  

Zawsze jestem optymistą, ale przyjmuję to z pokorą. Wierzę, że to, co do tej pory zrobiłem – nawet jeśli nie zawsze potrafiliśmy to dobrze zakomunikować – mieszkańcy na końcu wezmą pod uwagę. I stwierdzą, że warto dać mi dokończyć tę kadencję, a po pełnych pięciu latach zweryfikować, czy to, co obiecywałem, broni się czy nie. Ponad półtora roku w skali całej kadencji to moim zdaniem dosyć krótki okres, żeby to oceniać.