Co Warszawa instytucjonalnie robi dla uchodźców z Ukrainy?

Pierwszego dnia wojny otworzyliśmy punkty informacyjne na dworcach Wschodnim i Zachodnim, w których naszych gości z Ukrainy informowaliśmy o pomocy, karmiliśmy, poiliśmy, udzielaliśmy im pomocy psychologicznej i medycznej.

Od pierwszego dnia szukaliśmy noclegów dla Ukraińców w potrzebie. Od tego zaczęliśmy. Przez pierwsze dni większość uchodźców, którzy przybywali do Polski, 97–98 proc., była obejmowana opieką przez swoich przyjaciół, rodzinę. Teraz już 30 proc. potrzebuje miejsca na nocleg.

Po kilku dniach od wybuchu wojny, na prośbę Kijowa i Lwowa, zaczęliśmy wysyłać transporty ze wsparciem do Ukrainy. Zorganizowaliśmy wielką zbiórkę darów w pierwszy weekend, na którą warszawiacy odpowiedzieli bardzo tłumnie, i wysłaliśmy pierwsze pociągi do Kijowa. Od tej pory właściwie codziennie wysyłamy transporty do Ukrainy – albo z żywnością, albo z materiałami medycznymi. Pierwsze pociągi, które dotarły do Kijowa, były właśnie z Warszawy – potwierdzał mi to zresztą Witalij Kliczko. Zaczęliśmy od działań doraźnych, ale później trzeba było przygotować się również do tego, żeby zapewnić naszym gościom z Ukrainy dostęp do edukacji, służby zdrowia czy pomocy społecznej.

To pomoc doraźna miasta czy mieszkańców, wolontariuszy i fundacji?

Bez wolontariuszy i organizacji pozarządowych nigdy nie dalibyśmy sobie rady. To wspólny wysiłek. Miasto działania koordynuje, wyszukuje miejsc dla potrzebujących i je weryfikuje. W tych miejscach pracują i zajmują się koordynacją pracownicy miasta i dzielnic, zwłaszcza ośrodków pomocy społecznej. Zorganizowaliśmy także ponad 20 placówek, w których Ukraińcy mogą mieszkać długoterminowo. Fundamentalne jest także wsparcie samych mieszkańców Warszawy, którzy biorą do siebie do domu mieszkańców Ukrainy, bez żadnego kontaktu z miastem. W każdym z tych miejsc nie poradzilibyśmy sobie bez tysięcy wolontariuszy.

Ilu uchodźców z Ukrainy jest teraz w Warszawie?

Przez Warszawę przejechało ponad 500 tys. Ukraińców, a w mieście na stałe przebywa ich około 300 tys. Przez cały czas w mieście odbywa się rotacja naszych gości, część z nich rusza po prostu dalej. W szczycie kryzysu, dziesięć dni temu, przez nasze punkty przewijało się 30 tys. osób dziennie. W tej chwili jest chwilowy spadek – ok. 8–10 tys. osób korzysta z punktów każdego dnia. Część z nich spędza w stolicy tylko noc – i temu właśnie służą duże ośrodki recepcyjne, jak Arena Ursynów czy utworzony przez rząd, często z pomocą przedsiębiorców, Torwar czy Nadarzyn. Duża część naszych gości potem jedzie dalej w Polskę lub w Europę. Część jest rozdysponowana po mieszkaniach prywatnych albo po tych lokalach, które sami zaadaptowaliśmy do przyjmowania naszych gości z Ukrainy. Problem polega na tym, że to jedna wielka improwizacja. System, który przygotowaliśmy, działa – ale na końcu bywało tak, że po nocach musieliśmy dzwonić do naszych przyjaciół samorządowców i oni wysyłali autobusy, żeby 200 osób umieścić w Gdańsku, 50 w Płocku itd. Przyjeżdżały autobusy z całej Europy. Przez wiele dni wszystko było organizowane ad hoc. Dlatego właśnie potrzebny jest mechanizm dobrowolnej relokacji na poziomie europejskim i koordynacja rozdysponowania uchodźców w całej Europie, a nawet świecie.

Nie dało się przygotować na falę uchodźców? Rząd już w listopadzie wiedział, że może dojść do ataku Rosji na Ukrainę.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Na pewno można było zrobić dużo więcej z wyprzedzeniem. Rządzący przygotowali się do tego, jak powitać Ukraińców przy granicy. Tam bardzo szybko zorganizowali centra recepcyjne. Ale jeśli chodzi o rozsyłanie pociągów, to dopiero po dziewięciu dniach naszych próśb zostały one rozesłane z granicy nie tylko do Warszawy, ale po całej Polsce. Centra recepcyjne w dużych miastach pojawiły się po wielu dniach. W tej chwili mam ręce pełne roboty. Nie zamierzam tracić czasu na krytykę rządu, ale na pewno można było lepiej przygotować się na wielką falę uchodźców miesiące przed wybuchem konfliktu.

Jak wygląda współpraca samorządu z rządem?

Staramy się wspólnie rozwiązywać problemy. Większość obowiązków związanych z kryzysem uchodźczym jest jednak przerzucana na barki samorządowców. Dziwi mnie również to, że często to my musimy suflować rządzącym strategiczne rozwiązania – na przykład zasugerowaliśmy ministrowi edukacji, żeby nie przyjmować wszystkich dzieci od razu do polskich szkół, tylko żeby przyjąć trzyfilarowy system. Czyli umożliwić większości ukraińskich dzieci zdalną formę nauczania – do tego zachęca też Ministerstwo Edukacji Ukrainy – i po godzinach oraz w weekendy uczyć ich polskiego. A tylko młodzież najbardziej zmotywowaną lub znającą podstawy polskiego przyjmować od razu do naszych placówek, w ślad za 12 tysiącami ukraińskich dzieci, które już przyjęliśmy do warszawskich szkół.

I w końcu trzeci filar systemu, najtrudniejszy do zrealizowania – szkoła ukraińska. Mamy taką placówkę przy ambasadzie. Można ją rozbudować, można udostępnić na podobny cel kolejne budynki. Gościmy w Warszawie mnóstwo ukraińskich nauczycieli, którzy byliby skłonni uczyć dzieci według ukraińskiego programu.

Rządzący na barki samorządowców delegują większość obowiązków dotyczących edukacji, służby zdrowia, ale również obowiązki czysto administracyjne – np. zadanie wydawania numerów PESEL czy 40 zł dla każdego Polaka, który przyjmuje Ukraińca pod swój dach. Większość pracowników pomocy społecznej, którzy normalnie zajmują się wszystkimi potrzebującymi pomocy w Warszawie, dziś zajmuje się uchodźcami, często nie śpiąc po trzy dni i trzy noce z rzędu. Tak ten system nie może wyglądać. Większość pracy w terenie jest wykonywana przez wolontariuszy oraz przez organizacje pozarządowe. To wielkie pospolite ruszenie. Wszyscy jesteśmy z tego dumni, ale tak nie da się pracować na dłuższą metę.

Nikt sobie samotnie nie poradzi z wyzwaniem tej miary. Dlatego właśnie PiS powinien wystąpić do Unii Europejskiej o uruchomienie platformy solidarności. Rząd powinien zaprosić wszystkie agendy ONZ i UE do systemowej pomocy w Polsce.

Wydaje się, że na przyjęcie mechanizmu relokacji nie ma szans, bo nie tylko Polska jest przeciwko?

Nie rozumiem dzisiejszego stanowiska rządu. Przecież nie chodzi o relokację opartą na obowiązkowych kwotach, tylko o relokację całkowicie dobrowolną. Olbrzymia większość państw Unii Europejskiej jest na to gotowa. Mamy deklaracje gotowości przyjmowania uchodźców właściwie z każdego kraju UE. Nie należy wracać do rozwiązań z 2015 r. Należy utworzyć system relokacji w pełni dobrowolnej. Jeżeli jest jakieś państwo, które chce przyjąć tylko 1000 osób – proszę bardzo. Są na pewno tacy, którzy będą chcieli przyjąć znacznie więcej osób. Co jednak najważniejsze, trzeba ten proces sensownie skoordynować.

A nie jest tak, że pan trochę zrzuca winę na rządzących? Są np. kolejki do urzędów dzielnic po dokumenty, czekający po paszporty z Ukrainy są w jednej kolejce z Polakami. Nie da się wprowadzić systemów informacyjnych, żeby rozładować te kolejki i żeby łatwiej mieli tak Ukraińcy, jak i mieszkańcy Warszawy?

Do tego konieczna jest wystarczająca liczba sprzętu i kart szyfrujących – a te rozwiązania zapewnia rząd. Konieczna jest odpowiednia liczba urzędników posiadających odpowiednie uprawnienia, a samo ich nadawanie trwa kilka dni. Tworzymy miejsca rejestracji poza urzędami dzielnic, ale nie mamy sprzętu, nie mamy setek ludzi z uprawnieniami. A jak się okazało, nadawanie tych uprawnień urzędnikom administracji centralnej wymaga zmian ustawowych, na co zresztą od początku zwracaliśmy uwagę.

Apelujemy od pierwszego dnia – i my, i rząd – do wszystkich Ukraińców: nie ma konieczności załatwiania PESEL-u w pierwszych dniach, można to równie dobrze załatwić za tydzień lub dwa. Prawa Ukraińców są zagwarantowane ustawowo. Rządzący obiecują więcej sprzętu, kart i mamy nadzieję, że uda nam się przeszkolić więcej urzędników samorządowych. Idźmy dalej – rządzący wymyślili wsparcie 40 zł na każdego Ukraińca i powiedzieli: samorząd ma to wsparcie wypłacać. Więcej, ustawa stanowi: samorząd ma także cały proces weryfikować. Tylko jak to zrobić? Mam przekierować tysiące urzędników czy funkcjonariuszy straży miejskiej do tego, żeby chodzili ludziom po mieszkaniach i sprawdzali, czy należy im się pomoc? Przecież kontrole mogłyby stłumić nasz odruch solidarności.

A skąd różnice w dofinansowaniu? Ptak Warsaw Expo dostaje 95 zł na uchodźcę, a reszta 40.

Nie chcę krytykować Ptaka i Expo, który w odruchu solidarności przygotował tak dużą liczbę miejsc, bo gdyby nie ten gest prywatnego przedsiębiorcy, to nie wiem, gdzie rządzący wysyłaliby Ukraińców. Ale fakt faktem, że najpierw wszystkim obiecywano stawkę 120 zł za osobę. Wynajęliśmy dodatkowe hotele, pensjonaty, żeby tam umieścić Ukraińców. Wiem, że moi koledzy samorządowcy przygotowali umowy z ośrodkami nad morzem czy w górach i były przygotowane miejsca o lepszym standardzie niż te na sali gimnastycznej. 120 zł dziennie z wyżywieniem to stawka porządna, za którą można organizować pomoc naprawdę na dobrym poziomie. Ale już 40 zł dziennie to stawka, za którą trudno jest wynająć łóżko w nawet kilkunastoosobowym pokoju razem z pełnym wyżywieniem. W związku z tym większość tego systemu się z miejsca rozleciała. Niektórzy samorządowcy podpisywali umowy, umawiali się z kontrahentami na 120 zł i dzisiaj muszą się z tych umów wycofywać. W takiej sytuacji postawił ich rząd.

Ile Warszawa wydała już na wsparcie uchodźców?

Do tej pory około 20 mln złotych, ale sumy rosną z dnia na dzień. Możemy powiedzieć, ile konkretnie nas kosztowało podstawienie autobusów do dowożenia uchodźców do Nadarzyna, ile nas kosztowało postawienie punktów informacyjnych, punktów medycznych, obsługa codzienna, wydawanie posiłków tam, gdzie one nie pochodziły z darów czy z dobrego serca mieszkańców. Na razie dostaliśmy od rządu pierwszą transzę finansową – ok. 3 mln zł Dostosowanie miasta do potrzeb 300 tys. ludzi to jednak będą koszty naprawdę bardzo poważne. A to dopiero początek.

Jaka jest pojemność miasta? Ilu jeszcze uchodźców jest w stanie przyjąć Warszawa?

Tego nikt do końca nie wie. Nie wiemy, ile dokładnie osób jest w prywatnych mieszkaniach. Pytanie, czy mieszkańcy, którzy się dopiero poznali z Ukraińcami, są przygotowana na to, żeby gościć ich u siebie miesiąc, trzy lub rok? Za miesiąc czy za dwa mogą się pojawić problemy. Właśnie dlatego jest potrzebny europejski międzynarodowy system relokacji, bo na dobrej woli mieszkańców, darczyńców i wolontariuszy nie da się polegać w nieskończoność.

Dziwi mnie, gdy słyszę, kiedy premier mówi, że cieszy się, iż u nas nie ma dużych obozów dla uchodźców czy centrów recepcyjnych. Po pierwsze – premier twierdzi, że to dzięki rządowi, a wszyscy wiemy, że to nieprawda. A po drugie – skąd wie, co będzie za jakiś czas. Zachęcam rządzących do wystąpienia o pomoc unijną. Polska nie poradzi sobie samodzielnie z 3–5 mln uchodźców. Nie da się powiedzieć, ile jeszcze osób jesteśmy w stanie przyjąć, bo pewnie na jedną noc możemy w Warszawie przyjąć kolejne 100 tys. osób, ale już nie na miesiące czy na lata.

Dlaczego koordynacja pomocy na dworcach, Torwarze czy w OPS-ach pozostawia wiele do życzenia? W niektórych miejscach OPS-y są, pomagają, a w niektórych ich nie ma, np. na Mokotowie. Dlaczego?

Miasto odpowiada za dwadzieścia kilka miejsc, w których przebywają Ukraińcy. Wszystkie te miejsca są obsługiwane przez pracowników OPS-ów. Pracownicy pomocy społecznej są dzisiaj najbardziej obciążonymi ludźmi w kraju, jeżeli chodzi o ilość pracy. To właśnie oni pomagają wszędzie, gdzie mogą – również na dworcach Zachodnim i Wschodnim (bo na Dworcu Centralnym prace koordynuje wojewoda). Pracownicy OPS Mokotów pracują między innymi w punkcie zakwaterowania uchodźców na ul. Wołoskiej, gdzie jest ponad 400 osób. Koordynowanie pracy na dworcach nie jest proste, bo trzeba było m.in. wynegocjować dostęp do parkingów, toalet, prądu, przestrzeni i trzeba było tę przestrzeń zagospodarować. Dzisiaj system działa już coraz lepiej, ale też przy wsparciu organizacji pozarządowych, bo to one postawiły namiot na Zachodnim. Na Wschodnim natomiast powstała olbrzymia baza dla uchodźców stworzona przez WOŚP i Jurka Owsiaka oraz przez norweską organizację pomagającą uchodźcom. Wszędzie wspierają nas tysiące wolontariuszy, wszędzie współpracujemy też z ludźmi wojewody.

Czy Warszawa wystąpiła o dofinansowanie, czy czeka na wsparcie ze strony rządu?

Rozmawiam ze wszystkimi, prosząc ich o to, żeby pieniądze trafiały nie tylko do rządu, ale też do samych uchodźców, NGO-sów oraz bezpośrednio do nas. Rozmawiałem o tym między innymi z premierem Holandii, premierem Kanady, przewodniczącą Parlamentu Europejskiego i przedstawicielami Komisji Europejskiej. Agendy ONZ są w stanie od razu zapewnić pewną pomoc bezpośrednio samorządom czy organizacjom pozarządowym. Na przykład UNICEF może zapewnić wsparcie psychologiczne, czy pomóc zorganizować nam naukę dla ukraińskich dzieci. Z tego będziemy korzystać, ale to nie zadziała jako pomoc strategiczna.

Powtarzam, trzeba wezwać Unię do uruchomienia mechanizmu solidarności wobec Polski. Trzeba zaprosić do nas agendy ONZ i podpisać z nimi porozumienie, tzw. memorandum of understanding, żeby te organizacje mogły systemowo działać w Polsce, a nie tylko dostarczać doraźną punktową pomoc samorządom czy organizacjom pozarządowym. Czas wielkiej improwizacji się skończył.

Na ile warszawiakom może starczyć cierpliwości i dobrego serca dla naszych przyjaciół ze wschodu?

Im lepszy system, bardziej dopracowana relokacja, im więcej rozwiązań strategicznych, dotyczących np. edukacji czy służby zdrowia, tym dłużej wytrwa nasza solidarność. Kiedy rozmawiam z ministrami, z którymi na co dzień współpracuję, to oni są tego świadomi. A my z nimi współpracujemy na bieżąco. Tylko nie od nich zależą decyzje strategiczne dotyczące systemu wsparcia międzynarodowego. W mojej ocenie premier powinien podjąć decyzję o uruchomieniu pomocy międzynarodowej oraz systemu dobrowolnej relokacji uchodźców – tym bardziej że wkrótce możemy mieć do czynienia z kolejną falą uchodźców.

—współpraca Jakub Czermiński