Z tego artykułu dowiesz się:
- Na jakich zasadach inwestorzy będą wynagradzać mieszkańców za sąsiedztwo z elektrowniami wiatrowymi.
- Jakie kwoty mogą trafić do gospodarstw domowych i od czego będzie zależeć ich wysokość.
- Dlaczego samorządowcy uważają, że nowe przepisy, choć potrzebne, pojawiają się zbyt późno.
- Jak dotychczasowe farmy wiatrowe wpłynęły na rozwój gmin i lokalne ceny nieruchomości.
- Czemu rekompensaty finansowe nie zawsze wystarczą do uzyskania społecznej akceptacji dla inwestycji.
Celem projektu ustawy ma być wprowadzenie nowego mechanizmu gratyfikacji, który będzie prosty, a co za tym idzie dostępny dla mieszkańców żyjących w sąsiedztwie elektrowni wiatrowych. Projekt, który ma zostać przyjęty w III kwartale, przewiduje wprowadzenie obowiązku utworzenia przez inwestora funduszu partycypacyjnego, z którego finansowane będą świadczenia dla właścicieli budynków i lokali mieszkalnych położonych w promieniu do 1000 m od elektrowni wiatrowej.
Fundusz ma funkcjonować przez cały okres eksploatacji instalacji. Zasilanie funduszu będzie następować corocznie ze środków wytwórcy, w wysokości 20 tys. zł rocznie na każdy 1 MW mocy zainstalowanej, z coroczną waloryzacją o wskaźnik inflacji. Jeżeli po wypłatach w danym roku pozostaną niewykorzystane środki, będą one przekazywane gminie, na której obszarze znajduje się elektrownia wiatrowa.
Ile mieszkańcy gmin mogliby zarobić?
Zdaniem naszych rozmówców, wójtów z różnych regionów Polski, koncepcja rekompensat finansowych dla mieszkańców za turbiny wiatrowe jest słuszna, ale spóźniona.
– Mieszkańcy oczekują realnych korzyści finansowych lub tańszego prądu. Mieszkańcy gminy Potęgowo, gdzie działa 79 turbin, pytają, dlaczego nie mają tańszego prądu albo bezpośrednich wypłat za życie w sąsiedztwie turbin. Wdrożenie tych przepisów pozwoliłoby na uzyskanie pieniędzy do gospodarstw domowych jako ekwiwalent za akceptację infrastruktury wiatrowej – mówi Dawid Litwin, wójt gminy Potęgowo (woj. pomorskie). Podkreśla jednak, że proponowane rozwiązanie będzie dotyczyło tylko nowych inwestycji, a nie już działających, tak jak w jego gminie. Wójt wyraża nadzieję, że projekt zyska większość parlamentarną i podpis prezydenta, aby rozwiązanie weszło w życie.
Czytaj więcej
Debata publiczna dotycząca liberalizacji przepisów pozwalających na lokowanie lądowych farm rezonuje także w samorządach. Wbrew obawom takie inwest...
Wójt precyzuje, jak ten mechanizm mógłby działać w praktyce. Branża wiatrowa akceptuje maksymalnie 20 tys. zł na gospodarstwa domowe za 1 MW mocy zainstalowanej. Z kolei nowe turbiny mają mieć co najmniej 6 MW, więc jedna turbina wygenerować może 120 tys. zł do podziału dla mieszkańców w promieniu 1 km, z limitem 20 tys. zł na gospodarstwo.
Podobnego zdania jest Tomasz Woźniak, wójt gminy Wróblew (woj. łódzkie). Jak podkreśla, pomysł, aby mieszkańcy w promieniu kilometra od turbiny wiatrowej otrzymywali dodatek finansowy (np. 20 tys. zł od megawata) i mieli niższe rachunki za energię, jest postrzegany jako bardzo skuteczna zachęta. – Zmniejszyłoby to sprzeciw społeczny, zwłaszcza wśród osób, które widzą, że sąsiad dzierżawiący grunt pod turbinę czerpie korzyści finansowe, podczas gdy oni nie otrzymują nic. Taka forma podzielenia się zyskiem z inwestycji przez firmy energetyczne byłaby bardzo wskazana, mimo że nie obejmie już istniejących turbin – wskazuje.
Jak wyglądały zachęty w przeszłości?
Jak przypomina Tomasz Woźniak, w przeszłości i obecnie, kiedy nie istniały i nie istnieją jeszcze mechanizmy takie jak fundusz partycypacyjny, inwestorzy przekonywali mieszkańców poprzez finansowanie lokalnej infrastruktury. – W naszej gminie, przy budowie farm wiatrowych (pierwsze w 2012 i 2014 r.), powstały drogi powiatowe i chodniki, których gmina sama nie dałaby rady sfinansować. Inwestor przeznaczył 3,6 mln zł na wkład własny do budowy drogi za 10 mln zł, a także zmodernizował drogi techniczne, z których korzystają rolnicy. Była to kluczowa zachęta, która przekonała mieszkańców – mówi.
Jak dodaje, stałe dochody z podatków od farm wiatrowych znacząco poprawiły sytuację finansową gminy. – Umożliwiło to realizację licznych inwestycji bez zaciągania kredytów (gmina jest jedyną w okolicy bez zadłużenia). Dzięki temu mieszkańcy korzystają z darmowego transportu dzieci do szkoły, programów profilaktycznych dla dzieci, jednych z najniższych stawek za wodę i śmieci oraz dofinansowania do przydomowych oczyszczalni. Wybudowano nowoczesną salę widowiskową, place zabaw i obiekty sportowe, co podnosi poziom życia – mówi.
Czytaj więcej
Nowelizacja ustawy wiatrakowej, która obecnie leży na biurku prezydenta, znacząco zwiększa znaczenie władz samorządowych przy podejmowaniu decyzji...
Wbrew powszechnym obawom, obecność farm wiatrowych i towarzyszącej im rozbudowanej infrastruktury (zwłaszcza dróg) nie spowodowała – jak podkreśla wójt – spadku wartości działek w gminie. – Wręcz przeciwnie, ceny nieruchomości wzrosły, a zainteresowanie zakupem jest duże. Rozwój infrastruktury sprawia, że gmina staje się atrakcyjniejszym miejscem do zamieszkania – wskazuje.
Nie wszystkich uda się przekonać
Mieszkańcy są często przyzwyczajeni do tego, że gmina pokrywa lub reguluje koszty związane z wodą, ściekami i świadczeniami edukacyjnymi. W tym schemacie postrzegają inwestycje, jak one wpływają na ich oczekiwania wobec nowych projektów – w tym farm wiatrowych – i może to wzmagać niechęć do dodatkowych obciążeń czy zmian w otoczeniu.
– Dlatego też uważam, że narzędzia w rodzaju funduszu partycypacyjnego są sensowne i mogą przechylić szalę tam, gdzie społeczności są blisko akceptacji. Mogą stanowić „kartę przetargową”, ale ich skuteczność zależy od poziomu nastawienia w danej gminie. W miejscach o silnym sprzeciwie nawet atrakcyjne świadczenia finansowe mogą nie wystarczyć – uważa Grzegorz Górski, wójt Grajewa (woj. podlaskie). Jak dodaje, w jego gminie z 51 miejscowościami istnieje silne zróżnicowanie wobec poparcia dla inwestycji w lądową energetykę wiatrową.
– Są obszary zdecydowanie przeciwne, a także takie, które chętnie widziałyby kolejne instalacje. Postawy korelują z profilem demograficznym. Tam, gdzie są społeczności rdzenne, mniej napływowe, rozmowy są łatwiejsze, w miejscowościach z napływem mieszkańców z miast są większe problemy i sprzeciw – wskazuje.