Joanna Nowaczyk, zastępca dyrektora biura Związku Miast Polskich

mat.pras.

Przygodę z rowerem rozpoczęłam od chęci aktywnego spędzania wspólnego czasu z rodziną. Wszyscy bardzo lubimy zwiedzać i poznawać nowe miejsca. Rower stał się środkiem do osiągnięcia celu. Jeździliśmy nad morzem, po lasach i terenach pagórkowatych.

Z czasem zaczęliśmy poszukiwać nieco więcej adrenaliny i jeździć na południe Polski i do Czech, by odkrywać tamtejsze singletracki. Te naturalnie uformowane, wąskie, kręte i dość wymagające technicznie ścieżki leśne zapewniają sporo dobrej zabawy na trasach. Sprawiało mi to niesamowitą frajdę!

Wszystkiemu sprzyjała sytuacja i podejście mojej rodziny do tej formy aktywności. Synowie uwielbiają rower (osiem i dziesięć lat), mąż od dwóch lat uprawia triathlon, a ja od pewnego czasu zachodzę w głowę, co było pierwsze – jajko czy kura…

Nie byłabym jednak w tym miejscu, w którym jestem, gdyby nie przyjaciele, którzy pokazali mi jeszcze inną stronę rowerowego medalu. Ludzie z wielką pasją mogą sprawić, że niemożliwe staje się możliwe. Kolarstwo szosowe odkrywa jeszcze inne emocje. Prędkość, jazda w grupie, wspólne wyprawy i pokonywanie zdecydowanie większej liczby kilometrów wkręciły mnie na dobre.

Kiedy na to wszystko znaleźć czas? Nie warto go szukać na siłę, warto poszukać wewnętrznej siły do działania, dobrych ludzi wokół, tak aby pasja i cel przykryły preteksty i wymówki, wtedy znajdziesz sposób!

Przemysław Gałecki, dyrektor Wydziału Komunikacji Społecznej, Urząd Miejski we Wrocławiu

mat.pras.

Wychodzimy z domu – sześcioletni Igor zawsze na swojej pomarańczowej strzale, ośmioletnia Lena przeważnie też swoim rowerem. Trzyletni Bruno ma swoje miejsce na moim rowerze, w foteliku. Tak wygląda nasz każdy poranek – przez cały rok, bez względu na pogodę i temperaturę. Rowerami jedziemy do szkoły, przedszkola, żłobka i pracy. Bo tak jest najwygodniej, najszybciej, najprzyjemniej. Trochę ruchu, przyroda w parku, stabilny czas dojazdu i bez niepotrzebnych nerwów przy parkowaniu samochodu.

Szczerze mówiąc, dzisiaj nie wyobrażam sobie innego środka lokomocji, choć jeszcze trzy lata temu do pracy prawie zawsze jeździłem samochodem. Czy rower jest rozwiązaniem dla każdego? Pewnie nie w pełnej skali – w zimę, codziennie, z dziećmi. Ale z pewnością każdy jest w stanie znaleźć swój „rowerowy złoty środek”. Mój sięga zdecydowanie dalej niż poranne dojazdy.

Ale dopiero od dwóch lat, gdy odkryłem świat kolarstwa. Kilka razy w tygodniu przesiadam się na gravela, zakładam kolarskie ciuchy i cisnę, ile mogę po wrocławskich wałach wzdłuż rzek. 60–100 km. Bez odbierania telefonów, bez towarzyszy. Tras nie zabraknie, bo mamy ich ponad 1000 km. Tylko ja, mój Kross Esker 4.0 i ciekawe podcasty w słuchawkach. Raz na jakiś czas dłuższa, całodniowa podróż. I wtedy dzieje się prawdziwa magia – czuję się jak na wyprawie życia i wakacjach jednocześnie. Nogi i płuca palą, a głowa odpoczywa, dojeżdżasz do domu po ośmiu–dziesięciu godzinach i czujesz się, jakbyś zdobył co najmniej Mont Blanc. Polecam każdemu, ale i ostrzegam. To uzależnia.

Piotr Gralak, koordynator produkcji reklam i ogłoszeń w sekretariacie redakcji „Rzeczpospolitej”

mat.pras.

Do roweru jako środka transportu przekonał mnie… motorniczy.

Dzięki rowerowi oszczędzam czas, zdrowie i pieniądze. Na trasie dom–praca–dom zyskuję 30 minut dziennie. Rocznie to ekwiwalent 15 dni urlopu. A przyjemności z jazdy w porannym letnim słońcu nie potrafię opisać, polecam choć raz spróbować. Zapewnia też ona trening cardio, ładowanie endorfin i prysznic – gdy pada, a jeżdżę bez względu na pogodę. Jeśli mocno zacina deszcz czy śnieg, tym bardziej nie widzę przeszkód, wożę za to komplet odzieży na przebranie. Bywa różnie. Raz do domu zostały mi 2 km, ok. 5 minut jazdy. Zaczęło kropić. Zawitała myśl, że szybko przejdzie. Po 30 minutach stania pod drzewem przyszła druga – że bardziej nie da się zmoknąć. Wracałem w ulewie.

Zima. DDR nieodśnieżony. Biegacz na ścieżce. Truchtał po śniegu, bo miękko. Zjechałem na chodnik. Zauważył mnie, zrozumiał, że użytkujemy podłoże odwrotnie do przeznaczenia, i wskakując na chodnik, naprawił błąd. Na uniknięcie kolizji nie miałem szans. Uścisk dłoni w geście pojednania i zrozumienia, że wszystkiego nie da się przewidzieć, załatwił sprawę. Przy skrzyżowaniu na chodniku stoją słupki. Wpadłem na pomysł, że przejadę pomiędzy, skrócę drogę. Wpadłem na łańcuchy, lampka rozbita, baterie na ulicę powypadały.

Latem na ścieżkach rowerowych robi się tłoczno. Zaczyna się sezon wyścigów i walka o pole position. Niepotrzebnie. Sznur rowerzystów i tak wyprzedza stojące w korkach auta.

A motorniczy? Zatrzymał tramwaj, otworzył drzwi i rzekł: nie ma prądu, dalej nie pojedziemy.