Materiał przygotowany we współpracy ze Związkiem Miast Polskich

Czym są samorządy: częścią szeroko pojętej administracji publicznej czy jakąś odrębną, niezależną od rządu władzą lokalną?

Są oczywiście częścią administracji publicznej państwowej, umocowaną w konstytucji i realizującą ogromną część zadań państwa, szczególnie tę, która służy do obsługi ludności mieszkańców gmin i miast.

To skąd tak silne zarzuty, że rząd centralny ogranicza niezależność i samodzielność samorządów?

Bo niezależność samorządów jest zapisana w konstytucji bardzo wyraźnie. Administracja rządowa może sprawować nadzór nad działalnością samorządu jedynie w zakresie legalności tych działań. W przypadku zadań własnych nie może więc kontrolować i nadzorować celowości tych działań ani gospodarności, bo to robi społeczność lokalna. Zapisy konstytucyjne wymagają też adekwatnego finansowania zadań, bo bez tego samorząd robi się zależny od rządu. A to się niestety teraz dzieje. W przypadku zadań zleconych rząd może narzucić sposób ich wykonywania oraz to kontrolować. Ale tych zadań własnych jest znacząca większość.

To znaczy, że mimo wszystko samorządy nie mogę robić tego, co chcą?

W państwie prawnym nikt nie może robić tego, co chce. Ramy prawne ograniczające zakres działania dotyczą zarówno administracji samorządowej, jak i rządowej. Ona też musi się poruszać w granicach prawa, przede wszystkim konstytucji. Ostatnio mamy bardzo często do czynienia z wykraczaniem poza te ramy i stąd napięcia z samorządami i nawet konflikty z Unią Europejską.

Te napięcia na linii rząd–samorząd są szczególnie widoczne w dużych metropoliach, gdzie prezydentami są politycy związani z partiami opozycyjnymi. Może to jest przyczyną tych konfliktów?

Definicja polityka jest nieostra, a zdecydowana większość prezydentów miast, nawet tych dużych, to nie są członkowie żadnych partii. Nie zostali wybrani jako przedstawiciele partii, tylko startowali z własnych komitetów wyborczych.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Ale Rafał Trzaskowski, prezydent stolicy, jest czynnym politykiem Koalicji Obywatelskiej, kandydował na prezydenta Polski z ramienia tej partii. Trudno powiedzieć, że to apolityczny samorządowiec.

Lech Kaczyński był liderem PiS i prezydentem Warszawy, a potem został prezydentem Polski. W związku z tym pozycja Rafała Trzaskowskiego nie jest niczym dziwnym. Proszę też zwrócić uwagę, że zdecydowana większość prezydentów miast na prawach powiatów, a jest ich tylko 66, to niezależni samorządowcy. Wśród wszystkich miast i gmin jest podobnie, to ludzie pragmatyczni i skupieni na pracy na rzecz swoich społeczności. Te napięcia, o którym mówimy, nie biorą się z prostego sporu politycznego, choć taka jest retoryka rządu, tylko z tego, że rząd chce osłabić samorząd.

Jakie są merytoryczne przykłady na to, że ta niezależność jest ograniczana rzeczywiście, a nie tylko w warstwie retorycznej?

Weźmy przykład programu 500+. Gdy partia rządząca go wprowadzała, obawiała się, że samorządy nie wykonają sprawnie tego zadania, bo może są politycznie niechętne. Okazało się, zgodnie z moimi przewidywaniami, że poszło perfekcyjnie. A teraz to zadanie jest zabierane do ZUS, żeby obywatele przypadkiem nie wyciągali wniosku, że pieniądze są przekazywane przez burmistrza czy prezydenta, przez samorząd. Bo obywatele, zdaniem PiS, muszą czuć, że dostają pieniądze od rządu.

Bo to rząd ma być tym dobrym...

Dokładnie. Tak samo jest z innymi świadczeniami czy zadaniami zabieranymi samorządom. Pierwszym ruchem rządu Zjednoczonej Prawicy było odebranie samorządom regionalnym zarządzania wojewódzkimi funduszami ochrony środowiska, które dziś są instytucjami wprost kierowanymi przez władze centralne.

Jakie w zasadzie ma to znaczenie dla mieszkańców?

Ogromne, bo pieniądze z funduszu ochrony środowiska są wykorzystywane na realizację zadań z zakresu ochrony środowiska. Wcześniej priorytety, zgodnie z tym co najważniejsze, ustalał samorząd wojewódzki. Teraz te priorytety i kierunki wydawania pieniędzy są ustalane centralnie. Myśli pani, że są dostosowane do potrzeb regionu, czy do potrzeb centrali? Kolejny przykład odbierania kompetencji to działalność Państwowego Gospodarstwa Wody Polskie, które przejęło rolę regulatora przy ustalaniu taryf za odprowadzanie ścieków i dostawy wody. I często kwestionuje stawki przedstawione przez samorządowe spółki wodociągowo-kanalizacyjne.

Wody Polskie stoją na stanowisku, że to one bronią interesów mieszkańców, bo nie dopuszczają do nadmiernego wzrostu cen za wodę i ścieki.

Powiem tak – to bezczelność. To samorząd jest reprezentacją mieszkańców, jeżeli ktoś ich broni, to właśnie samorząd, a nie jakiś organ rządowy, który ma cele polityczne. Wody Polskie nie chcą uwzględniać w kosztach działalności spółek wod.-kan. amortyzacji, czyli wydatków na inwestycje i odtworzenie majątku. Rzeczywiście, przez rok czy dwa ceny nie będą rosły, a rząd będzie mógł się chwalić, że uchronił mieszkańców przed podwyżkami, ale potem spowoduje to zapaść w całej gospodarce wodno-kanalizacyjnej.

W jaki sposób?

Sztuczne, odgórne utrzymywanie cen to droga donikąd. To powrót do PRL, gdzie wszystko były wydrenowane tak, że po 1989 r. infrastrukturę gospodarki komunalnej trzeba było praktycznie budować od nowa. Zresztą potrzeby wciąż są ogromne. Wedle szacunków Banku Światowego chodzi o 60–70 mld zł nakładów, by kontynuować proces. Jeśli nie będzie pieniędzy na inwestycje, to rząd popsuje to, co zostało z tak ogromnym wysiłkiem zbudowane przez 30 lat.

Ale rząd dał ostatnio samorządom 4 mld zł właśnie na inwestycje wodno-kanalizacyjne.

Zacznijmy od sformułowania „rząd dał samorządom". Wszyscy go używają, a przecież rząd nic nie daje, tylko wydaje publiczne pieniądze, i to moim zdaniem w sposób nieuczciwy czy wręcz niezgodny z prawem. Ponownie, to władza centralna określa cel i przeznaczenie tych środków i znów rząd mówi, do kogo mają one trafić. Jak uczy nas doświadczenie, zwykle podział rządowych funduszy jest taki, by w dużej mierze trafiły one do samorządów, w których rządzi PiS albo gdzie jest elektorat tej partii. Tak było w przypadku Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych w II i III turze czy Funduszu Dróg Lokalnych. To bardzo ordynarna forma rozdawania pieniędzy publicznych, pieniędzy, które powinny być wydawane przejrzyście. Proszę się nie dziwić, że przeciwko temu protestujemy. Podobnie zresztą obawiamy się, że zmiany związane z Polskim Ładem to powolne ubezwłasnowolnienie samorządu i czynienie ich zależnymi od władzy wykonawczej.

Jak rozumiem, mowa o propozycji rekompensat z tytułu zmian w PIT, które mają kosztować samorządy kilkanaście miliardów złotych rocznie ubytków w dochodach z tego podatku?

Dokładnie tak. Zresztą to już się powoli dzieje. Weźmy Program Inwestycji Strategicznych, gdzie rozdzielono ok. 23 mld zł. Wstępne analizy pokazują, że ok. 93 proc. samorządów dostało pieniądze z tego tytułu, choć miały dostać wszystkie. Co więcej, większe miasta w przeliczeniu na jednego mieszkańca mają otrzymać ok. sześciu razy mniej niż gminy wiejskie. Teoretycznie chodzi o biedne gminy wiejskie, ale tak naprawdę to miasta zostały tak zdołowane finansowo, że w tej chwili trudno wielu z nich uchwalić budżet. To moim zdaniem celowa polityka rządu, który od lat prowadzi operacje na PIT. Dla ludzi to świetnie, mogą się cieszyć obniżkami podatków, ulgami, ale to świadome uderzenie w samorządy miejskie, bo to tam wpływy z PIT są ważnym źródłem dochodów.

Dlaczego miałoby to być celem rządu?

Bo elektorat PiS jest głównie w mniejszych miejscowościach i na wsiach, a opozycja rządzi głównie w miastach, w tym w tych dużych. Największym miastem, na którego czele stoi prezydent wybrany z list Zjednoczonej Prawicy, jest Chełm, który liczy ok. 60 tys. mieszkańców. Wszystkie inne są już zarządzane przez prezydentów i burmistrzów, którzy zostali wybrani z niezależnych albo opozycyjnych list. Takie konsekwentne osłabianie ośrodków miejskich, które jednak są ośrodkami rozwoju państwa, to psucie państwa. To działanie antypaństwowe, podyktowane politycznymi względami.

Ale może mimo wszystko gminy wiejskie bardziej potrzebują wsparcia niż miasta?

Po pierwsze, jak się zabiera samorządom pieniądze z PIT i potem to rekompensuje, to powinno to trafić przede wszystkim tam, skąd się zabrało. To jest chyba prosta logika. Więc jeżeli stracili ci, którzy mieli dochody z PIT, to nie można tych pieniędzy przekazywać głównie tym, którzy mniej stracili. Po drugie, argumenty, że gminy wiejskie są co do zasady biedne, a miasta co do zasady bogate, są z gruntu fałszywe. Jak już mówiłem, polityka rządu zdewastowała finansowo miasta. Wśród miast na prawach powiatu są takie, które są biedne jak mysz kościelna, mają zagrożoną płynność finansową, grozi im prawdziwa zapaść. Są też małe gminy, te obwarzankowe, blisko dużych miast, albo z rozwiniętym przemysłem itp., które mają nieporównywalnie większe dochody per capita niż nawet największe metropolie.

Po trzecie zaś, miasta mają ogromne potrzeby wydatkowe, wynikające z funkcjonowania tak dużych organizmów. Gminy wiejskie też mają swoje potrzeby i potrzebują wsparcia, tyle że nie może się to odbywać kosztem miast. Chciałbym podkreślić, że nie ma konfliktu między samorządami na linii miasto–wieś, ale obecna polityka rządu doprowadzi do stagnacji w miastach. A im one słabsze, tym słabsza Polska.