Koszty chaotycznej, rozproszonej zabudowy PIE oszacował na ok. 84,3 mld zł rocznie, o czym pisaliśmy w „Rzeczpospolitej" w ubiegłym tygodniu. Na tę kwotę składają się m.in. koszty: nadmiarowej infrastruktury (drogi, kanalizacja, wodociągi), transportu, odrolnienia ziemi, wykupu gruntów.

Zdaniem ekspertów PIE jednym z powodów chaosu jest deficyt planów zagospodarowania. Pokrywają one zaledwie 31,4 proc. kraju. A tam, gdzie nie ma planów, budowle powstają na podstawie luźno określonych decyzji o warunkach zabudowy (tzw. wuzetek).

Wydatki na nadmiarową infrastrukturę społeczną i techniczną rozproszonej zabudowy ponoszą głównie gminy. – To samorząd lokalny jest w największym stopniu odpowiedzialny za rozwój usług publicznych na swoim terenie, co znajduje odzwierciedlenie w strukturze wydatków – mówią eksperci PIE. – Według danych GUS w 2019 r. (ostatni rok przed pandemią) gminy w ramach swoich budżetów wydały na szeroko pojęte usługi 232,2 mld zł, powiaty – 29,6 mld zł, a województwa – 18,8 mld zł.

PIE podaje, że koszty uzbrojenia i utrzymania infrastruktury technicznej (drogi, wodociągi, kanalizacja, energetyka) dla pojedynczych zabudowań, które są oddalone od zwartej zabudowy ponad 180 m, to 7,5 mld zł rocznie.

Chaos ograniczy szybsza praca nad planami? Jacek Grzeszak, analityk z zespołu strategii PIE, zaznacza, że ich uchwalanie to długotrwały i kosztowny, a przy tym nieobligatoryjny proces. – Wydaje się, że bez finansowych zachęt nie jest możliwe skłonienie gmin do zmiany tego stanu rzeczy. Istotnym elementem, zarówno wspomagającym tworzenie planów, jak i pomagającym ograniczyć chaos przestrzenny, mogłoby być wprowadzenie odpowiednio dostosowanych opłat lokalnych – mówi Jacek Grzeszak. – Przykładem mógłby być podatek dla właścicieli niezabudowanych przez długi okres gruntów budowlanych bądź też dla właścicieli domów znacznie oddalonych od zwartej zabudowy – ocenia.

Innym sposobem, jak mówi analityk PIE, mogłoby być ograniczenie (do określonej listy przypadków) wypłacania przez gminy rekompensat właścicielom gruntów w związku z objęciem terenu planem miejscowym lub zmianą ich przeznaczenia w planie. – A to stanowi dziś poważną barierę finansową przy tworzeniu planów – mówi Grzeszak. – Trzeba jednak dobrze wyważyć między ochroną interesów właścicieli a ochroną interesu publicznego.

Architekt Olgierd Dziekoński (był m.in. wiceministrem infrastruktury) komentuje, że plany miejscowe nie są remedium na rozlewanie się zabudowy w sytuacji, gdy są one odwzorowaniem studiów uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego. – Studia ze względu na brak mechanizmów finansowych związanych z rentą urbanistyczną zapewniają znaczący nadmiarowy poziom możliwej zabudowy – tłumaczy Olgierd Dziekoński. – Konieczne jest inne zweryfikowanie studiów właśnie poprzez wskazanie mechanizmu opłaty urbanistycznej dla terenów, które są kwalifikowane jako możliwe do zabudowy. Taki model funkcjonowania systemu gospodarki przestrzennej istnieje u naszych niemieckich sąsiadów.