Samorządom nie po drodze ze startupami. Boją się ryzyka

Shutterstock

Startupy nie chcą startować w przetargach przez skomplikowane zasady. A samorządy wolą sprawdzone rozwiązania.

Samorządy nie kryją, że mają wysokie oczekiwania wobec startupów. – Obserwujemy ścisłą specjalizację podmiotów i mocną segmentację rynku dostawców usług i produktów IT. Istnieje więc przestrzeń dla podmiotów małych i średnich, głównie w zakresie produktów standardowych czy usług prostych – tłumaczy nam Grzegorz Jędrek, rzecznik prasowy prezydenta Lublina.

CZYTAJ TAKŻE: Przetargi nie dla każdego, czyli pozorna miłość samorządów do startupów

– Najczęściej prowadzimy duże lub bardzo duże postępowania przetargowe dotyczące obsługi informatycznej nie tylko urzędu, ale także dużej części podmiotów podległych Gminie Lublin – opowiada. – Ze względu na użytkowanie przez miasto oprogramowania specjalistycznego oraz wysokie wymogi stawiane potencjalnym wykonawcom w zakresie dostępności usług, gwarantowanego SLA (poziomu usług – przyp. red.) czy możliwych kar za przekroczenie terminów usuwania awarii zainteresowanie podmiotów z sektora małych i średnich przedsiębiorstw czy startupów w takich postępowaniach jest nieznaczne – przyznaje.

Zbyt szczegółowa specyfikacja

Ale są i pozytywne przykłady. Wrocławski startup Biotts – działający w obszarze biotechnologii, w którym rozwija autorskie receptury leków w obszarze onkologii, dermatologii oraz chorób autoimmunologicznych – dostrzega pole do współpracy.

Coraz częściej samorządy wyodrębniają specjalistyczne spółki celowe, jak parki technologiczne, centra badawczo-rozwojowe, ośrodki rozwoju technologii czy inkubatory przedsiębiorczości – mówi „Życiu Regionów” Konrad Krajewski. partner zarządzający Biotts. – Nawiązują one współpracę ze startupami i wspierają ich rozwój poprzez dostarczenie zasobów w postaci np. powierzchni biurowej, laboratoryjnej lub podstawowej infrastruktury produkcyjnej. Pracownicy tych jednostek to osoby z doświadczeniem w prowadzeniu działalności lub pracach badawczo-rozwojowych, ich wiedza jest ogromnym wsparciem dla raczkującego biznesu. Klucz do sukcesu tej współpracy? Przede wszystkim sprawna komunikacja, szybkie reagowanie na zmiany rynkowe i elastyczność w stosunku do potrzeb klientów i partnerów biznesowych – wylicza.

CZYTAJ TAKŻE: Wydłuża się lista miast przyjaznych startupom

Michał Misztal ze Startup Academy zwraca uwagę, że jeśli definiujemy startupy jako innowacyjne organizacje, redefiniujące dotychczasowy sposób świadczenia usług lub sprzedaży produktów, możemy uznać, że takim organizacjom trudno jest brać udział w przetargach. Przyczyna jest prosta: dokumentacja przetargowa często tworzona jest w sposób tradycyjny, opiera się na istniejących już usługach czy modelach. Oznacza to, że specyfikacja istotnych warunków zamówienia często szczegółowo definiuje sposób, w jaki oferent ma dostarczyć usługę lub produkt. Taki precyzyjny opis z jednej strony jest zabezpieczeniem dla urzędu – z drugiej jednak eliminuje możliwości kreatywnego i innowacyjnego podejścia do zamówienia.

– Większość firm, które wspieramy jako Startup Academy, swojego źródła klientów upatruje raczej w rozproszonych modelach B2C lub sprzedaży usług do firm – podkreśla Misztal. – Cieszy jednak fakt, iż powstały liczne inicjatywy, których zadaniem jest zbliżanie instytucji publicznych do innowacyjnych firm. Przykładem może być np. projekt Gov Lab lub samorządowy komponent w programie Connect and Scale Up, oba realizowane przez PARP – zaznacza.

Przykład z Warszawy

Zdaniem Krzysztofa Piecha, ekonomisty i eksperta nowych technologii, rozwiązaniem problemów na linii samorządy-startupowcy byłyby regionalne inkubatory innowacyjności współpracujące z każdym większym miastem. – W większych miastach są kadry urzędnicze będące w stanie wziąć na siebie część ryzyka związanego z innowacyjnością. Wtedy tego typu inicjatywy mogłyby promieniować na mniejsze miejscowości – ocenia.

CZYTAJ TAKŻE: Coraz mniej polskich startupów ma globalny potencjał

– Absolutnie konieczna byłaby aktywizacja miasta stołecznego Warszawy, które dotychczas nie zasłynęło jeszcze w Europie ze wspierania innowacyjności. W efekcie warszawskie startupy mają łatwiej w Berlinie niż w Warszawie. Pozytywne przykłady z Warszawy byłoby o wiele łatwiej implementować w mniejszych miejscowościach, w odróżnieniu od sytuacji, w której startupy przebijałyby się bezpośrednio ze swoimi koncepcjami do mniejszych gmin – argumentuje.

Co ciekawe, polski rynek funduszy venture capital bije w ostatnim czasie rekordy. Przynajmniej teoretycznie, bowiem innowacyjnych startupów z realnymi sukcesami na koncie wciąż jest niewiele. Udział transakcji typu venture capital w PKB Polski wynosi 0,048 proc., rok wcześniej było to 0,006 proc.

Inkubator w każdej gminie

Wzrost to efekt m.in. programów Narodowego Centrum Badań i Rozwoju i PFR Ventures. A pieniędzy będzie jeszcze więcej: ogłoszony niedawno program Icos III jest wspierany przez trzy duże korporacje, które na innowacje chcą wyłożyć 80 mln zł. I znów: nie są to samorządy.

– Samorządy często wybierają sprawdzone rozwiązania dużych zachodnich lub krajowych firm. Raczej nie są to rozwiązania startupów – wskazuje Piech. – Jest kilka wyjątków w tym zakresie, ale wprowadzanie ich za każdym razem wymaga odwagi urzędników. Odwagi do tego, by w razie niepowodzeń, które często zdarzają się w startupach, wziąć na siebie ryzyko. Ale przecież chodzi o rozwój przedsiębiorczości i innowacyjności lokalnej czy regionalnej. Tego typu procesy powinny się rozwijać bez większych ograniczeń – dodaje.

Gotowość do poniesienia porażki to absolutna podstawa – w końcu szacuje się, że tylko 1 na 10 startupów „przeżywa” do momentu, w którym mogą się same sfinansować. Trudno zatem oczekiwać, by wszystkie pomysły się przyjęły. Z drugiej strony samorządom nie zależy jednak na eksperymentowaniu. I trudno je za to winić.

CZYTAJ TAKŻE: PFR pomoże samorządom szukającym innowacji

W efekcie włączenie startupów w gospodarkę samorządową pozostaje wyłącznie w sferze teorii. Podobnie jak pomysł Wiosny Roberta Biedronia, która w ubiegłym roku postulowała, żeby w każdej gminie powstał inkubator startupów. Zgodnie z ówczesnymi wyliczeniami roczne utrzymanie takich jednostek miałoby kosztować 3 mld złotych. Dziś o tym pomyśle nikt już chyba nie pamięta.

Realia pozostają zaś niezmienione: startupy to w olbrzymiej większości gmin abstrakcja. – Tartaki?!… – upewniał się jeden z samorządowców, zapytany o startupy na swoim terenie. Pozostaje mieć nadzieję, że było to tylko zakłócenie na linii.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

John McLaughlin w Katowicach i „Aida” w stolicy

W sali NOSPR wystąpi światowa sława jazzu, a w warszawskiej Romie grany jest musical ...

Drastycznie rosną opłaty za parkowanie w miastach

Samorządy podwyższają opłaty za pozostawienie aut w strefach płatnego parkowania. Rozszerzają też granice stref, ...

Mecenasi z ratusza

Samorząd Gdańska co roku kupuje dzieła sztuki nowoczesnej za 400 tys. zł. Gdynia stawia ...

Wielkopolskie: zdalna praca uczniów możliwa dzięki polskiemu rozwiązaniu

Już w poniedziałek wszystkie placówki oświatowe zostaną zamknięte. W Wielkopolsce nie będzie to jednak ...

Polskie wschodzące rynki inwestycyjne

Dobrze przygotowane, położone przy węzłach komunikacyjnych tereny inwestycyjne, do tego korzystny klimat dla biznesu ...

Radomski Łucznik: „Fabryka” w fabryce

W blisko stuletnich zabudowaniach po radomskim „Łuczniku” powstanie nowoczesne centrum biurowo-usługowe. Wzniesione w latach ...