Książka „To nie jest miejsce do życia" Krzysztofa Potaczały: historia południowo-wschodniej polski

Nie było jeszcze książki, która równie interesująco i wyczerpująco opowiadałaby o dwudziestowiecznej historii południowo-wschodniej Polski jak „To nie jest miejsce do życia" Krzysztofa Potaczały.

Aktualizacja: 23.01.2018 07:57 Publikacja: 21.01.2018 19:30

Na okładce widnieje Stalin. Wyprostowany, żelbetonowy, z fajką w dłoni. Postawiono go w Ustrzykach Dolnych w 1951 r. Wytrwał przez pięć lat, pozdrawiany skinieniem głowy przelęknionych mieszkańców, ale też często upokarzany. Jak choćby wtedy gdy kilku mieszkańców miasteczka założyło się o litr wódki, że przemienią Generalissimusa w chłopa. Założyli mu poplamiony waciak, obok cokołu postawili rower Ukraina i wsadzili w kieszeń kartkę: „Masz kufajku i maszynu, to się wynoś, skur...!".

Inni bezczelni mieszkańcy potrafili postawić krwawemu Gruzinowi brzozową miotłę u stóp do sprzątania albo wsadzali na głowę blaszane wiadro. Jeden nadzwyczaj rozrzutny dowcipniś zawiesił mu nawet pęto kiełbasy na szyi. Ubecja miała pełne ręce roboty z tym nieszczęsnym pomnikiem, aż wreszcie w 1956 r. zwalono go, ciągnąc końmi w różne strony. Świadkowie wspominają, że długo się bronił, ale ostatecznie uległ i skończył w górskim strumieniu z odłupanymi fragmentami, które mieszkańcy Ustrzyk zachowali sobie na pamiątkę po straszno-śmiesznych czasach.

Nie bez powodu Stalin otwiera książkę Krzysztofa Potaczały. Jej podtytuł brzmi bowiem „Jak Stalin wysiedlał ludzi znad Bugu i z Bieszczad" i stanowi zapis przymusowych migracji ludzi, którzy z Bieszczad zostali wysiedleni lub których przywieziono tu pod przymusem. A wszystko właśnie za sprawą Stalina, który niedbałym ruchem ręki postawił granicę, nie zważając na podziały etniczne, narodowościowe, na lokalne zwyczaje, tradycje i sąsiedzkie stosunki.

Linijką po mapie

„Musiał to zrobić ktoś kompletnie pozbawiony empatii i zdrowego rozsądku, skoro na zimno haratnął na mapie krechę przedzielającą kilka wsi w taki sposób, że część z nich znalazła się po sowieckiej, a część po polskiej stronie. Tym samym rozdzielono sąsiadów, przyjaciół, a nawet bliższych sobie ludzi, którzy znaleźli się w dwóch różnych krajach, choć dzieliła ich niekiedy odległość kilometra" – czytamy u Potaczały.

Autor od lat zajmuje się historią Bieszczad oraz ich kulturowym tłem i kolorytem. W dorobku ma trzy tomy reportaży „Bieszczady w PRL" oraz książkę „KSU. Rejestracja buntu" o znanym zespole punkowym z Ustrzyk Dolnych, który swą nazwę wziął od lokalnego skrótu na tablicach samochodowych.

„To nie jest miejsce do życia" ukazała się w księgarniach nakładem wydawnictwa Prószyński pod koniec 2017 roku i stanowi podsumowanie dotychczasowej pracy Krzysztofa Potaczały, a jednocześnie jest jedną z najważniejszych książek poświęconych regionowi w ostatnim czasie. Jak w pigułce opowiada ona o skomplikowanej historii mieszkańców południowo-wschodnich rubieży.

Książkę o Bieszczadach Krzysztof Potaczała zaczyna niecodziennie, bowiem od historii Nadbużan, którzy zamieszkiwali tereny położone między Bugiem a dzisiejszą wschodnią granicą Polski, mniej więcej na wysokości Hrubieszowa i Tomaszowa Lubelskiego. Były to tereny, które po 1945 r. przypadły Polsce, ale po paru latach połakomili się na nie Sowieci i w 1951 r. złożyli Polakom propozycję nie do odrzucenia. Zaproponowali mianowicie wymianę nadbużańskich, bogatych w czarnoziemy, żyznych terytoriów na bieszczadzkie tereny Bojkowszczyzny i Łemkowszczyzny, przetrzebionych wskutek akcji „Wisła", wymierzonej teoretycznie w nacjonalistyczne organizacje UPA i OUN, a koniec końców uderzającej we wszystkich, których pochodzenie budziło wątpliwości.

Czytamy u Potaczały szczegółowe wspomnienia z procesu przesiedleńczego. Jak przebiegał on krok po kroku, jak wyglądała podróż i co zastali Nadbużanie w nowym miejscu, którego nie ośmieliliby się nazwać domem. Przyzwyczajeni od 1939 r. do tułaczki nie mieli pewności, czy to koniec ich wędrówki ludów.

Potaczała, choć jest dziennikarzem i reporterem, to napisał książkę jak rasowy historyk. Sięga do wspomnień, świadectw i źródeł historycznych. Odtwarza okoliczności polityczne, społeczne i ekonomiczne. Pozwala na moment wczuć się w wysiedlanych ludzi, którzy nie tracili nadziei, ufając, że wyjazd nie jest ostateczny i jeszcze kiedyś wrócą do swoich gospodarstw. Dlatego wielu z nich nie zdecydowało się pojechać na dalekie ziemie zachodnie, bo wciąż żyli nadzieją, że powrót będzie możliwy. A z Bieszczad będzie bliżej nad Bug niż choćby z Pomorza Zachodniego.

Ziemia jałowa

Z kolei w następnych rozdziałach Krzysztof Potaczała przenosi nas w okolice Ustrzyk Dolnych i wraca do ludzkich wspomnień z okresu okupacji sowieckiej, niemieckiej, a potem znowu sowieckiej. Kreśli panoramę narodowości – Polaków, Ukraińców, Żydów, Rusinów i pomniejszych wspólnot narodowościowych oraz religijnych.

Pokazuje, jak z mapy etnicznej znikały kolejne grupy. Na samym początku Cyganie i Żydzi wymordowani przez wojska niemieckiego Wehrmachtu i esesmanów z Einsatzgruppen. Potem Polacy, zabijani i przepędzani przez ukraińskich sąsiadów zaczadzonych nacjonalistycznymi hasłami. Chwilę później Ukraińcy musieli zapłacić za swoje grzechy i sami padli ofiarą kolejnych represji oraz czystek. Na końcu do wyjazdu zmuszani byli wszyscy, którzy nie mieli jednoznacznie polskich korzeni, czyli wszelkiej maści Rusini, Bojkowie i Łemkowie. Bieszczady z każdym rokiem się wyludniały, więc kiedy Nadbużanie przyjechali w 1951 r., zastali tam puste i wyniszczone gospodarstwa oraz leżące odłogiem nieurodzajne pola. Przeciwieństwo tego, co zostawili – wychuchane gospodarstwa i pola przynoszące nadzwyczaj obfite plony.

Zderzenie propagandy i rzeczywistości było dla przesiedleńców wstrząsem. Obiecywano im złote góry, a zastali trudne warunki klimatyczne, nieurodzajną ziemię i nadchodzącą zimę, bo był listopad. „Gdy bladym świtem otworzyły się drzwi, ludzie nie wierzyli własnym oczom. Wielu po raz pierwszy w życiu zobaczyło góry. Nie skojarzyły się im z niczym pozytywnym, nie dostrzegli w nich piękna, a jedynie przeszkodę. Wyobrazili sobie, że zostaną wciśnięci w te wzniesienia i że spomiędzy nich nie będzie już ucieczki. I nikt, dosłownie nikt nie chciał wysiąść" – cytuje jedno z licznych świadectw autor.

Ludzie wpadali w rozpacz, a niektórzy w autentyczne szaleństwo: „W którymś z wagonów podniesiono krzyk; po chwili już we wszystkich tłum lamentował i przeklinał, a stojący przy torach zdezorientowani żołnierze nie wiedzieli, jak reagować. W pewnym momencie dwie kobiety wyskoczyły z wagonów; z wrzaskiem, że wolą zginąć, niż tutaj żyć, pobiegły jak oszalałe do pobliskiej rzeki. Na zewnątrz były może cztery stopnie; pospieszono im na ratunek i dopiero po szarpaninie wywleczono na brzeg".

Bieszczady, które dzisiaj kojarzą się z przygodą i naturą nieskażoną działalnością człowieka, przesiedleńcom prezentowały się niczym ziemia jałowa. Krzysztof Potaczała pisze, że „nikt z przywiezionych w Bieszczady Zabużan nie dostrzegał ich uroku. Nie tylko u schyłku jesieni, gdy trawy zrudziały, a drzewa przybrały złocistobrązowe barwy, ale i później – podczas zim, jakich dotąd nie znali, gdy wioski kąpały się w czystym śniegu, a biały puch podchodził do okien chat i otulał je niby pierzyną. Bali się gór, a jednocześnie ich ciekawiły".

Niektórzy przez wiele miesięcy potrafili siedzieć na spakowanych walizach i kufrach, usiłując w ten sposób zakląć bolesną rzeczywistość. Zwłaszcza starsze pokolenie miało problem z adaptacją.

Autor „To nie jest miejsce do życia" potrafi umiejętnie wyważyć historyczne fakty, statystyki i opisy politycznych uwarunkowań ze świadectwami ludzi, których spotkał ciężki los. Krzysztof Potaczała stara się o nikim nie zapominać. Pisze o Polakach, Żydach, Ukraińcach i przesiedlonych na ziemie zachodnie Rusinach. Interesują go wszystkie strony migracyjnego procesu – ci, którzy przyjechali w Bieszczady, a których potomkowie do dziś tam żyją, ale także ci, którzy z Bieszczad musieli wyjechać i trafili do poniemieckich gospodarstw i kamienic.

Bezcenne świadectwa

Obficie dzieli się szczegółami i obyczajowymi ciekawostkami, czasem nawet humorystycznymi scenkami. Czytamy na przykład o armii rozbestwionych kotów, których w pustych gospodarstwach było w 1951 r. pełno. Wspomina także o greckich uchodźcach politycznych, których w ramach komunistycznej solidarności osiedlono w okolicach Ustrzyk. Ciągle jednak pamięta o dramatycznym ciężarze opowiadanej historii. O zapomnianych grobach partyzantów, o żydowskich kirkutach, na których Sowieci stawiali obory, a także o zniszczonych cerkwiach.

Nie jest to stricte książka historyczna – bibliografia jest zbyt skromna, by uznać ją za pozycję naukową. Z drugiej strony trudno odmówić jej historycznej rzetelności, dlatego znakomicie spełnia rolę popularyzatorską. Bardzo dobrze napisana, wciągająca i konstrukcyjnie przemyślana. Najcenniejszy jest jednak fakt, że Krzysztof Potaczała w pierwszej kolejności oddaje głos świadkom tamtej historii oraz ich potomkom, a sam odsuwa się na daleki plan, słusznie uznając, że autentyczne wspomnienia i relacje są najważniejsze.

Na okładce widnieje Stalin. Wyprostowany, żelbetonowy, z fajką w dłoni. Postawiono go w Ustrzykach Dolnych w 1951 r. Wytrwał przez pięć lat, pozdrawiany skinieniem głowy przelęknionych mieszkańców, ale też często upokarzany. Jak choćby wtedy gdy kilku mieszkańców miasteczka założyło się o litr wódki, że przemienią Generalissimusa w chłopa. Założyli mu poplamiony waciak, obok cokołu postawili rower Ukraina i wsadzili w kieszeń kartkę: „Masz kufajku i maszynu, to się wynoś, skur...!".

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Materiał Promocyjny
Czym charakteryzuje się rola polskich banków na tle innych krajów regionu CEE?