Zmiany w systemie finansowania to wielkie zagrożenie dla samorządności w Polsce.

Jak prezentuje się kondycja finansowa samorządów? Jakie mają perspektywy na najbliższe lata? Odpowiedzi szukali uczestnicy debaty „Jaka przyszłość czeka polskie samorządy?", która odbyła się w ramach drugiej edycji E-Forum Liderów Samorządowych.

Obejrzyj debatę:

Chmury nad gminami gęstnieją

Dyskusja, trochę w kontrze do tytułu debaty, rozpoczęła się nie od patrzenia w przyszłość, ale od podsumowania zmian, jakie zaszły w ciągu ostatniego pół roku. Okres ten nie jest przypadkowy. Dokładnie tyle czasu mija od pierwszej edycji E-Forum Liderów Samorządowych. Podczas poprzedniego spotkania wielu włodarzy zaznaczało, że idą ciężkie czasy, a najważniejszym tematem były kwestie związane z finansowaniem działalności samorządów. Czy snute wtedy ponure wizje się ziściły?

– Zmieniło się bardzo dużo. Kiedy spotykaliśmy się pół roku temu, idea tzw. Nowego Ładu była dopiero sygnalizowana. Dodatkowo władze centralne wskazywały, że nie będzie żadnych rekompensat po wprowadzeniu ulg podatkowych oraz nowej kwoty wolnej od podatku. Wyglądało to katastrofalnie – rozpoczął dyskusję Zygmunt Frankiewicz, prezes Związku Miast Polskich, senator RP.

– Obecnie jest trochę inaczej. Być może nasze argumenty się przebiły i dzięki temu jakaś rekompensata obecnie jest. Nie taka jednak, o jaką nam chodziło. Dochody własne są sukcesywnie zastępowane transferami z budżetu państwa. To oznacza, że stopniowo postępuje uzależnianie samorządu od władzy centralnej, gdyż te decyzje są uznaniowe – wyjaśniał.

Frankiewicz podkreślał, że obecnie sytuacja nie wygląda lepiej.

– Teraz jest tak samo, tylko więcej i bardziej. Chmury nad samorządami gęstnieją, a zagrożeń jest coraz więcej – powiedział.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Finansowy problem samorządów

Przyszłe przychody oraz ich struktura to obecnie główny problem, z jakim muszą się zmierzyć lokalni włodarze. O jego skali może świadczyć np. sytuacja Białegostoku.

– Planowany na 2022 r. budżet Białegostoku będzie niższy niż w roku obecnym. To już drugi rok z rzędu, kiedy taka sytuacja ma miejsce. Obecnie zakładamy, że różnica wyniesie około 46 mln zł mniej – mówił Tadeusz Truskolaski, prezes Unii Metropolii Polskich, prezydent Białegostoku. Wyjaśniał, że jest tak z kilku powodów.

– Po pierwsze, rząd odbiera nam dystrybucję programu 500+. Wprawdzie myśmy to rozpoczęli i robiliśmy to dobrze, ale potem okazało się, że część ludzi uważa, iż pieniądze daje im samorząd, a nie rząd. To oznacza, że trzeba te fundusze zabrać i przekazać do ZUS. Drugą przyczyną jest spadek dochodów bieżących na poziomie 4,6 proc. Z tego też powodu trudno nam obecnie wypracować nadwyżkę operacyjną, choć w planie wynosi ona tylko 6 mln zł – wskazywał.

W najbliższej przyszłości, co gorsza, trudno jednak spodziewać się poprawy. Odnotowany przez Białystok spadek dochodów bieżących jest powszechny w całej Polsce i wynika w dużej mierze z osłabienia koniunktury w czasie pandemii Covid-19.

Na to nakłada się obecnie koncepcja Nowego Ładu, który dodatkowo je uszczupli. Wprawdzie po naciskach samorządowców rząd zapowiedział wprowadzenie rekompensat, ale nie są one takie, jakich by sobie oni życzyli. Wspominał o nich Zygmunt Frankiewicz. Wprost opisał je Tadeusz Truskolaski. – Powiem bez ogródek. Rząd ma na celu zniszczenie samorządów i zastąpienie obecnego systemu modelem białoruskim. To dalej będzie się nazywało samorząd, ale jego kształt będzie zależał od pieniędzy, które dostanie – lub nie – z budżetu państwa – mówił, podkreślając, że obecne doświadczenia z tego typu transferami nie są najlepsze. Pieniądze z budżetu są w najlepszym razie niepewne. Bez wiedzy, ile ich będzie, samorządy nie są w stanie funkcjonować i np. planować inwestycji.

– Z ostatniego podziału 23 mld zł Białystok otrzymał na inwestycje 46 mln zł. Gdybyśmy jednak podzielili te pieniądze per capita, to Białystok powinien otrzymać 180 mln zł – wyjaśniał Truskolaski.

W identycznym tonie wypowiadał się Adam Neumann, prezydent Gliwic.

– W połowie miesiąca złożyliśmy wieloletnią prognozę finansową miasta, którą przygotowaliśmy zgodnie z zapisami ustawy związanej z Polskim Ładem. Skumulowany ubytek naszych dochodów własnych do roku 2034 wynosi 813 mln zł – powiedział.

Mniejsze dochody odbiją się przede wszystkim na inwestycjach.

– Mamy gotowy projekt szpitala powiatowego, który miałby obsługiwać zarówno miasto, jak i powiat. Łącznie około 300 tys. mieszkańców. Szacunki z wiosny tego roku wskazywały, że projekt będzie kosztował 0,5 mld zł. To oznacza, że wspomniana wcześniej kwota 813 mln wystarczyłaby nam i na inwestycję, i na obsługę kredytu na nią. Moglibyśmy ją zrealizować bez oglądania się na środki zewnętrzne. Obecnie cały projekt stoi pod wielkim znakiem zapytania – mówił Neumann.

Problemy dużych i małych

Jak wyjść z tego impasu? Czy można znaleźć proste rozwiązanie, które zadowoli wszystkich i pozwoli uniknąć cięć? Samorządowcy nie mają złudzeń. Wiedzą, że za całym procesem stoi gra polityczna. Mimo to nie składają broni.

– Na początku nie było mowy o żadnej rekompensacie. W odpowiedzi podniosło się ogromne larum i udowadnianie na liczbach, że na Polskim Ładzie tracimy. W efekcie część pieniędzy nam oddano. Dlatego warto walczyć i pokazywać mieszkańcom, że to ich pieniądze są zabierane – powiedział Jacek Karnowski, prezydent Sopotu.

– Co należy w takiej sytuacji zrobić? Odpowiem tak, jak odpowiedział prof. Marek Belka, zapytany, co należy zrobić, by zatrzymać inflację. Trzeba zmienić rząd. Musimy się zjednoczyć i po prostu zapytać, która siła polityczna widzi miejsce dla samorządowej Polski – powiedział.

Trzeba tutaj zaznaczyć, że sytuacja finansowa Sopotu przez lata prezentowała się bardzo dobrze.

– W 2018 r. nadwyżka finansowa Sopotu wynosiła 23 mln zł. W przyszłym roku będzie wynosiła minus 36 mln zł. Dzisiaj, gdy mamy tylko 23 proc. zadłużenia względem budżetu, jest to jeszcze do opanowania. Za dwa lata już jednak nie – mówił Karnowski.

W dyskusji o przyszłości finansowej samorządów często słyszy się, że jedni korzystają kosztem drugich. Wymienia się podział na mniejszych i większych. Okazuje się jednak, że te stwierdzenia są dalekie od prawdy. Małe jednostki także z niepewnością spoglądają w przyszłość i liczą każdą złotówkę.

– Wcale nie mamy różowo, choć jesteśmy chyba jedną z najbardziej stabilnych finansowo gmin w województwie. Zabieranie dochodów własnych i zastępowanie ich rządowymi programami do niczego nie prowadzi – stwierdził Krzysztof Wołos, wójt Wielkiej Wsi, gminy położonej w bezpośrednim sąsiedztwie Krakowa.

– Jesteśmy gminą, która w Małopolsce jest powszechnie traktowana jako zamożna. Wynika to z tego, że mamy bardzo duży przyrost liczby mieszkańców. Z tego powodu wydawało się nam, że będziemy także notować szybki wzrost dochodów z PIT. Tymczasem okazuje się, dostaliśmy niedawno prognozy z Ministerstwa Finansów, że w przyszłym roku otrzymamy 3 mln zł mniej – powiedział.

Zmiana na minus odbije się na finansach gminy.

– Po raz pierwszy od lat zrównujemy nasze dochody z wydatkami. Przez długi czas notowaliśmy nadwyżkę, którą przeznaczaliśmy na inwestycje. Teraz, jeśli chcemy je kontynuować w przyszłych latach, będziemy musieli się zadłużać. Z tego powodu z dużym niepokojem obserwujemy obecne tendencje – podkreślał.

Większe koszty i droższe inwestycje

Kolejną kwestią, którą poruszono podczas debaty, było zagadnienie coraz wyższej inflacji. Samorządy już teraz muszą się zmagać ze spadkiem przychodów. Teraz okazuje się, że te – już mniejsze – pieniądze, którymi dysponują, coraz szybciej tracą na wartości. Oznacza to coraz wyższe koszty związane zarówno z bieżącą działalnością, jak i przyszłymi inwestycjami. Drożyzna na półkach w sklepach wzmaga także presję pracowników administracji domagających się podwyżek. Na problem zwrócił wagę Marian Buras, burmistrz Morawicy.

– Nakłady na oświatę wzrosną o 2,6 proc., bo o tyle wzrasta subwencja oświatowa. Popatrzmy też na płace, które rosną, oraz na koszty utrzymania szkół. To oznacza, że samorządy będą musiały znacznie więcej dopłacać do systemu edukacji. Jest to ogromne zagrożenie. Koszty bieżącego funkcjonowania bardzo szybko rosną i ten trend szybko się nie zmieni – mówił.

Szalejąca inflacja to ogromne wyzwanie dla samorządów. Zwłaszcza dzisiaj, gdy przychody własne zastępowane są transferami z budżetu państwa. Pierwsze są w miarę stałe i uzależnione bezpośrednio od dobrobytu i przychodów mieszkańców danej społeczności. Drugie są znacznie bardziej niepewne.

– Widzę coraz większe uzależnienie od budżetu państwa, co jest bardzo niebezpieczne. Cokolwiek się z nim stanie, to wiadomo, że są kwestie o znaczeniu strategicznym dla państwa, które trzeba utrzymać i zachować – mówił, tłumacząc, że przypadku dekoniunktury i spadku przychodów do budżetu centralnego samorządy pierwsze ucierpią.

Problemem są także coraz wyższe koszty energii.

– W gminie obok mnie przetarg grupy zakupowej na gaz skończył się otwarciem ofert i 3,5-krotną podwyżką cen. Tego typu zdarzeń nie da się zaplanować – powiedział Artur Tusiński, burmistrz miasta Podkowa Leśna.

– Dzisiaj dochodzi do sytuacji, w której nie dostajemy pieniędzy, które były pieniędzmi mieszkańców. W pewnym momencie będzie nam bardzo trudno skonstruować budżet. Już w tym roku musieliśmy się trochę nagimnastykować. W przyszłym już wiem, że będzie ciężko. Za dwa lata, być może, będzie to niemożliwe. Nawet w Podkowie Leśnej, gdzie jeszcze trzy lata temu mieliśmy 3 mln zł nadwyżki. Według szacunków Związku Miast Polskich Polski Ład zabierze nam ponad 10 proc. budżetu – mówił Tusiński.

Pojawia się jednak pytanie, czy nie jest to wyłącznie kwestia zarządzania. Czy to nie czas, by samorządowcy pokazali, jak dobrzy są z nich menedżerowie?

– My i strona rządowa gramy w dwóch różnych ligach. Jeśli tam są trampkarze, to my jesteśmy ekstraklasa. Podam przykład: program 500+ przez lata realizowany przez samorządy. Popatrzmy na wskaźniki, a dokładnie na koszt obsługi. Wynosi on 0,5 proc. Przy niecałych 4 mln zł wartości programu w przypadku Podkowy Leśnej dawało to nam kwotę 19 tys. zł. Resztę musieliśmy dołożyć z własnej kieszeni. Chciałbym zobaczyć za rok, czy te 0,5 proc. utrzyma ZUS. Obawiam się, że nie – mówił.

– Gdybyśmy źle zarządzali i od lat nie zmagali się z coraz mniejszymi dochodami i problemami finansowymi, jak rozjeżdżająca się subwencja oświatowa, to już dzisiaj mielibyśmy sytuację dramatyczną – podsumował.

Niszczenie JST można zatrzymać

Obecne trendy wyraźnie wskazują, że następuje mocne przesunięcie ośrodka władzy oraz powrót do centralizacji. Uczestnicy debaty porównywali zachodzące zmiany do modelu białoruskiego. Czy tak się stanie? Czy los samorządów jest przesądzony?

– Nie uważam, żeby obecne procesy były już zdeterminowane. To oznacza, że dzisiaj wiele zależy od nas, choć obecny trend prowadzi do przywrócenia TOAP, terenowych organów administracji państwowej za PRL, czyli takiej atrapy samorządności – mówił Frankiewicz.

– Obserwujemy dzisiaj proces podmywania fundamentów samorządów, które były bardzo silne. O ich mocy niech świadczy porównanie z krajami Europy, np. Niemcami. Polskie samorządy na ich tle wyglądają bardzo dobrze. Wiele z nich to właśnie od nas się uczy, a gdy mówimy np. o Ukrainie, to tylko od nas chcą się uczyć. Te fundamenty są obecnie niszczone. Krok po kroku – mówił.

– Jeżeli te fundamenty będą dalej podmywane, to niezależny samorząd przestanie istnieć. Ze wszystkimi konsekwencjami. Mówię o załamaniu jakości usług publicznych i niższej jakości życia. Wtedy odejdziemy w niesławie jako ci, którzy nie dali sobie rady, choć było tak dobrze – dodał.

Zygmunt Frankiewicz podkreślał przy tym, że cały proces przykrywa ogromny parasol propagandy, który przywodzi na myśl czasy PRL oraz Dziennika Telewizyjnego. To oznacza, że samorządowcom, atakowanym ze wszystkich stron, trudno walczyć o utrzymanie standardów życia mieszkańców. Frankiewicz nie traci jednak nadziei.

– Wszystko zmierza w fatalną stronę. Nie chcę się jednak zgodzić z tym, że to tak musi się skończyć. Bardzo dużo zależy od świata samorządu, w którym jest mnóstwo pragmatyzmu, odpowiedzialności i państwowego myślenia. Dlatego właśnie w tej sferze samorządowej widzę ogromną szansę. Nie tylko dla wspólnot lokalnych, ale i dla całej Polski. Jeżeli będzie aktywność i chęć obrony zarówno samorządów, jak i Rzeczypospolitej, to myślę, że będziemy w stanie te trendy odwrócić. Jeśli nam się nie uda, to przyszłość naszych dzieci i wnuków jawi się czarno – podkreślał Frankiewicz.

Przyszłość jawi się w tym bardziej ponurych barwach, gdyż, jak zauważył Adam Neumann, rząd bardzo dokładnie dobiera przekaz związany z Polskim Ładem. Powszechnie powtarza się, że chodzi o obniżkę podatków. Tymczasem nowe regulacje dla wielu osób będą oznaczały zwiększenie danin publicznych.

– Mamy grupę osób mniej zarabiających, które rzeczywiście skorzystają na nowych regulacjach. Mamy jednak także grupę więcej zarabiających. Osób pracujących więcej, bardziej przedsiębiorczych i kreatywnych, które tworzą miejsca pracy dla innych. Dla nich obciążenia podatkowe wzrosną. Moim zdaniem przekroczyliśmy granicę pomocy i transferów socjalnych. Dalsze kierowanie strumienia od bardziej kreatywnych i więcej pracujących do tych mniej pracujących i mnie zarabiających to jest działanie wprost antyrozwojowe. Tę równie pochyłą należy co najmniej zatrzymać, jeśli nie odwrócić – podkreślał.

Zatrzymanie obecnych procesów będzie ogromnym wyzwaniem dla samorządowców. Pytanie tylko, czy możliwym do wykonania. Uczestnicy debaty byli zgodni, że podzieleni i w pojedynkę nie mają na to szansy. Lokalni włodarze muszą wypracować wspólny front, by razem pokonywać kłody rzucane im pod nogi przez administrację centralną. Jest to być może jedyna droga do sukcesu. Potrzebę wypracowania takiego frontu podkreślał również Jacek Karnowski.

– Absolutnie musimy się jednoczyć i nie możemy pozwolić, by rząd budował sobie koncesjonowane samorządy. Dlatego musimy tłumaczyć mieszkańcom, na czym polega samorząd i jak ważny jest dla państwa, by było państwem cywilnym. Chodzi o to, by Polska nie była państwem partyjnym, lecz była państwem cywilnym – obywateli. Jeśli nam się nie uda, to pozostanie nam wyłącznie płacz, zgrzytanie zębów i centralizm polityczny – mówił Karnowski.

By zatrzymać te zmiany, nie wystarczy jednak wyłącznie wola i chęci polskich samorządowców. Lokalni włodarze potrzebują pomocy wszystkich.

– Musimy rozmawiać z mieszkańcami i wyjaśniać im mechanizmy działania samorządów. Muszą zobaczyć i zrozumieć, za co odpowiadamy. Mam wrażenie, że wiele osób tego nie dostrzega. Traktujemy pewne rzeczy jako pewnik, gdy często są one efektem ciężkiej pracy i zabiegów właśnie samorządów. Za chwilę może być z tym problem. Jeśli nasi mieszkańcy to dostrzegą i będą wiedzieli, co jest przyczyną tych problemów, to łatwiej będzie nam wywierać presję na obecną politykę – mówił Krzysztof Wołos.

– Niczego nie zmienimy, jeśli nasi mieszkańcy nas nie wesprą i nie wyrażą swojej opinii w najbliższych wyborach – podsumował.