Przemysław Malinowski, redaktor rp.pl

archiwum

Rowery są obecne w mojej rodzinie, od kiedy sięgam pamięcią. Pierwsze kilometry pokonywałem wspólnie z dziadkiem, gdy jeździliśmy do jego gospodarstwa na wsi. Później rower okazał się niezbędny, jeśli chciało się w moim rodzinnym Sulejówku być w kontakcie z kolegami ze szkoły. Brak internetu i telefonów komórkowych (młodsi czytelnicy mogą nie pamiętać) powodował, że tylko jeżdżąc od domu do domu, mogliśmy wspólnie organizować sobie wolne dni. Po przeprowadzce do Warszawy dwa kółka okazały się być nadal najlepszą formą transportu. Pozwalały przemieszczać się taniej i sprawniej niż komunikacją miejską lub samochodem. Wciąż nie jest idealnie, bo ścieżek rowerowych nieustannie jest za mało, ale sytuacja zmierza w dobrą stronę.

Prawdziwa radość z jazdy pojawia się, gdy już z miasta wyjedziemy, a Polska jest do tego idealna. Z mojej perspektywy, mieszkańca Mazowsza, odnajdą się tu zarówno rodziny z dziećmi, które planują krótkie wycieczki, jak i samotni kolarze, którzy mogą przemierzać trochę zapomniane miasteczka i wsie. Chyba nie pomylę się, jeśli powiem, że urok podróżowania rowerem staje się popularną formą spędzania wolnego czasu, bo mijam na trasach coraz więcej rowerzystów w każdym wieku.

Teraz pierwsze próby zaczyna podejmować mój syn, który coraz częściej od fotelika przymocowanego do mojego roweru wybiera swoje – jeszcze cztery – kółka. Wszystko wskazuje na to, że tradycja rowerów w naszej rodzinie nie zginie.

Mateusz Pawlak, redaktor „Rzeczpospolitej”

archiwum

Cenię wolność ponad wszystko. To właśnie wolność wyznacza standardy współczesnego życia – wolność finansowa, wolność czasu, wolność lokalizacji. Dawne symbole statusu odchodzą do lamusa. Drogi samochód czy wielki dom nie dają swobody finansowej, autonomii decydowania o swoim czasie i możliwości wyboru dowolnej lokalizacji. Są wyłącznie kolejnymi kulami u nogi i elementami konsumpcyjnego zniewolenia.

Rower wpisuje się w taki sposób myślenia. Daje ogromne poczucie wolności przemieszczania się, szczególnie w mieście. Żyjąc poza miastem, pod pewnymi względami musimy przyznać, że samochód ma przewagę i tego nie kwestionuję. Śmigając jednak po ulicach miasta, zachodzę w głowę, jak można mieć w sobie tyle samozaparcia i determinacji, by w samochodzie stać w kilometrowych korkach, męczyć się z poszukiwaniem miejsca do parkowania. Niestety, decyduje nie tylko pewna mentalność, którą trzeba zmienić, ale także wciąż bardzo uboga infrastruktura rowerowa, dająca absolutny priorytet samochodom. Infrastruktura, która mami kierowców ułudą wygody, wpędzając ich w pułapkę samochodowego znoju.

Nie będę rozwodził się nad pozostałymi korzyściami z roweru i jego przewagą nad samochodem. Te finansowe, zdrowotne czy środowiskowe są bezdyskusyjne. Rzadko jednak mówi się właśnie o tym aspekcie psychologicznym, jaką dają cyklistom dwa kółka: bądźmy wolnymi ludźmi. Wybierajmy rower!

Kazik Groblewski, sekretarz redakcji „Rzeczpospolitej”

archiwum

Rower oznaczał dla mnie zawsze emocje. Pierwszy – w kolorze metalizującej wiśni, z dynamem, bez przerzutek – dostałem na komunię. Wprowadzałem go na pobliską górkę i próbowałem zjeżdżać. Na początku pod ramą, bo rower był kupiony na wyrost. Za którymś razem się nie wywaliłem. Tato nauczył mnie kleić gumy, naciągać łańcuch, centrować koła.

Ten komunijny starczył mi do końca podstawówki. Ja dorastałem, a on się starzał. Od czasu, gdy przemalowałem go farbą olejną na brązowo, przestał tak ładnie lśnić.

Potem już nie miałem roweru i nie przepadałem za rowerzystami. Rozpędzeni potrącali mnie, gdy szedłem do redakcji, ignorowali pasy dla pieszych. Aż półtora roku temu zajrzałem do sklepiku przy rondzie Wiatraczna. A tam stał on. Czarny, duży, najładniejszy, jaki kiedykolwiek widziałem.

Poruszam się na nim wszędzie. Nie lubię przestawać jeździć. Z dzieciństwa został mi naganny nawyk wożenia kogoś na ramie. Co rano transportuję tak moją Hanię do szkoły.

Na rowerze dobrze się nie myśli. Nie włączam podcastów ani muzyki, po prostu sobie jadę. Rozglądam się, słucham miasta. Lubię się nie śpieszyć. I za każdym razem, gdy wspinam się Tamką do Świętokrzyskiej, przemieniam się w superbohatera.

Jadąc, czuję, jak pachnie skoszona trawa, zauważam, że kwitną lipy, i widzę mnóstwo szczęśliwych ludzi w kawiarniach, na spacerach i – oczywiście – na rowerach.