Roman Szełemej, prezydent Wałbrzycha

mat.pras.

Jeżdżę rowerem, bo to jest przyjemne, pozwala na prawdziwą rekreację, oglądanie świata z perspektywy siodełka, poznanie miejsc, których nie dostrzegamy z auta. Jeżdżę, bo chcę być zdrowy, sprawny i niezależny. Rower daje poczucie wolności, satysfakcji po wysiłku – ktokolwiek jeździ na rowerze, czy biega półmaratony, doskonale wie, o co chodzi. Jeżdżę też dlatego, że rower jest eko: nie zatruwa powietrza, nie niszczy środowiska.

Moje wyjazdy jednodniowe to dystans do 150 km, np. okrężną trasą do Ślęży, do Dzierżoniowa, z powrotem przez Góry Sowie czy do Czech. Najdalej dojechałem do Amsterdamu, to była wspaniała wyprawa, ok. 850 km przez Niemcy i Holandię.

Natomiast z punktu widzenia kardiologa wygląda to tak, że jazda rowerem jest jednym z najbardziej efektywnych sposobów na utrzymanie kondycji, wypracowanie przez układ krążenia mechanizmów adaptacyjnych, które pozwalają na zachowanie dużej sprawności i unikanie chorób związanych z bezruchem. Wysiłek fizyczny związany z systematycznym korzystaniem z roweru ogranicza ryzyko nadciśnienia, powoduje spadek masy ciała, obniża wskaźniki otyłości. Kolarstwo nie obciąża układu kostno-stawowego, co jest niezwykle ważne u osób starszych. Jest niezwykle cennym sposobem na zachowanie sprawności układu krążenia, układu oddechowego. Zapobiega chorobom wynikającym z obciążeń cywilizacyjnych, zmniejszając ryzyko rozwoju cukrzycy – największego wyzwania zdrowotnego naszych czasów.

Andrzej Krakowiak, redaktor działu ekonomicznego „Rzeczpospolitej”, redaktor prowadzący „Życia Regionów”

mat.pras.

Rower „od zawsze” służył mi na co dzień. Był narzędziem, dzięki któremu szybciej mogłem znaleźć się na boisku, w szkole, zrobić zakupy, dojechać na uczelnię i do pracy. Turystykę rowerową odkryłem już jako dorosły. I zakochałem się w niej od pierwszego, kilkudniowego wyjazdu. Wtedy zrozumiałem, że rower daje też możliwość dotarcia tam, gdzie nigdy nie zatrzymałbym się samochodem. Dzięki rowerowi poznałem niezliczone GS-y z ich stałymi bywalcami, lokalne bary, gdzie chowając się przed burzą, można posłuchać ciekawej opowieści, wiejskie przystanki dające pretekst do rozmowy z panią czekającą na pekaes. Bo w trakcie wypraw z sakwami, na które jeżdżę regularnie od kilkunastu lat, podstawowa zasada brzmi: zwolnij.

Czyli dokładnie odwrotnie niż na szosie, którą „odkryłem” kilka lat temu, co diametralnie zmieniło moje podejście do roweru. Dziś to przede wszystkim sport, okazja do treningu, z której korzystam, kiedy tylko mogę. Jestem przy tym wielkim szczęśliwcem, ponieważ moi bliscy rozumieją i podzielają moją pasję. Nie muszę czuć się winny, kiedy planowanie wspólnych wyjazdów zaczynam od sprawdzenia, czy znajdę w pobliżu jakieś wymagające podjazdy, a mapy Google'a otwieram nie po to, by dowiedzieć się, jak dojechać na miejsce wypoczynku, ale żeby sprawdzić jakość asfaltu na okolicznych drogach.

Mimo kilkudziesięciu lat kręcenia kilometrów wciąż nie dojechałem do sedna odpowiedzi na pytanie: dlaczego jeżdżę? Na szczęście jest jeszcze mnóstwo dróg, na których mogę szukać dalej.

Michał Płociński, dziennikarz „Rzeczpospolitej”, redaktor magazynu „Plus Minus”

archiwum

Rower jest po prostu najsprawniejszym środkiem komunikacji w mieście. Jeżdżę więc, po pierwsze, z powodów czysto pragmatycznych. Niezależność, jaką dają dwa kółka, którymi mogę podjechać praktycznie pod samo wejście do każdego miejsca, jest wręcz uzależniająca. Jednoślad naprawdę trudno odstawić. Szybko pojawia się irytacja każdą sekundą spędzoną w korku, każdą minutą czekania na autobus. Nagle droga na parking czy przystanek, które wcześniej wydawały się tak blisko, wydłuża się do strasznie męczących wypraw. I ta prześladująca myśl: gdzie już bym zdążył dojechać rowerem...

Po drugie, jednoślad to ciągle szpan. A taki szpan szybko przełamuje lody, czego dziennikarz potrzebuje. Szczególnie gdy naprawdę jest co przełamywać. „O, taki mróz, a przyjechał pan rowerem?”. To wciąż robi wielkie wrażenie. A wiosną, latem – zazdrość, naprawdę szczera. I zawsze kwitowana krótką rozmową, jak to łatwo można zmienić swoje życie na lepsze. Na szczęście coraz rzadziej trzeba do tego przekonywać, bo i coraz łatwiej spotkać drugiego rowerzystę.

Plus codziennie lepszy humor, więcej siły, głębszy sen. A już wakacyjne krajoznawstwo na dwóch kółkach mógłbym zachwalać naprawdę długo. I to naprawdę rozrywka dla każdego, bo spotykałem już na szlaku rodziny nawet z piątką dzieci, w tym z dwójką w przyczepkach, w naprawdę długiej, wielodniowej podróży. Sam tego lata znowu mam w planach zjechać pół Polski.