Przemysław Tarnacki opowiada o starcie polskiej załogi Ocean Challenge Yacht Club

Znany żeglarz, Przemysław Tarnacki, opowiada o starcie polskiej załogi Ocean Challenge Yacht Club w słynnych regatach Sydney – Hobart.

Aktualizacja: 09.01.2018 09:42 Publikacja: 08.01.2018 20:00

Foto: ShutterSail/Robert Hajduk

Rz: Czy 36. miejsce w regatach Sydney–Hobart, które zajął jacht „Weddell", którym pan dowodził, jest dobrym wynikiem?

Przemysław Tarnacki: Pobiliśmy rekord Polski przejścia trasy Sydney–Hobart w czasie rzeczywistym – 2 dni 23 godziny 54 minuty i 1 sekundę. Jest to na pewno wynik zadowalający. Przyczyniła się do tego pierwsza doba, kiedy przepłynęliśmy aż 300 mil morskich. 36. miejsce traktuję jednak jako rezultat poniżej oczekiwań.

Dlaczego?

Liczyłem na więcej, ale podczas wyścigu wiał słabszy niż w prognozie wiatr, który z pewnością nie faworyzował ciężkiej oceanicznej jednostki, jaką był nasz „Weddell". Drugi powód to trzy podarte żagle, co w drugiej połowie wyścigu mocno obniżyło tempo i skomplikowało realizację naszej strategii.

To był pana pomysł, by jako czwarta polska załoga w historii wystąpić w tych regatach?

Jestem komandorem Ocean Challenge Yacht Club. W naszych klubowiczach zaszczepiłem ideę występu w Sydney–Hobart i to oni, kierując się swoją odwagą, pasją i marzeniami, urzeczywistnili ten projekt.

Czym jest Ocean Challege Yacht Club?

Klub powstał z pasji i potrzeby znalezienia wspólnego mianownika pomiędzy dokonaniami polskich żeglarzy morskich XX wieku a aktualnymi projektami na morzach i oceanach świata realizowanymi pod polską banderą. Stworzyliśmy elitarną społeczność żeglarzy, pasjonatów jachtingu, amatorów żeglarskiego stylu życia i etykiety, wywodzących się z bardzo ciekawych kręgów biznesowych, kulturalnych i towarzyskich. Nasze starty w najdalszych zakątkach świata, w najznamienitszych regatach, na wspaniałych jachtach morskich to przy okazji niezwykle cenna promocja naszej bandery.

Jak długo trwały przygotowania do regat?

W marzeniach od zawsze, w fazie koncepcji od dwóch lat, a realizowaliśmy go bezpośrednio przez ostatni rok.

Pana klub wydzierżawił jacht „Weddell". Jakimi kryteriami się kierowaliście, żeby wybrać akurat tę jednostkę?

Od samego początku bezpieczeństwo naszej – w znacznej mierze amatorskiej – załogi było dla mnie priorytetem. Jak każdy żeglarz regatowy lubię cisnąć jacht do końca, ale tutaj trzeba było trochę kalkulować. Jachtem tym startowaliśmy już dwa razy w regatach Rolex Giraglia w Saint-Tropez i dobra znajomość jednostki również była bardzo istotna.

Ile osób liczyła załoga?

25, wśród nich jedna kobieta, reprezentujących klub Ocean Challenge Yacht Club. Startowaliśmy pod banderą Polskiego Związku Żeglarskiego, który udzielił nam swojego patronatu honorowego. Na pokładzie było jeszcze dwóch Rosjan, przedstawicieli właściciela jachtu, czuwających nad jego sprawnością techniczną.

Jaka jest rola sternika podczas tak wymagających regat?

Nie różni się od tej, jaką pełnię podczas innych wyścigów. Jako skipper zarządzam załogą, pilnuję jej poziomu sportowego, bezpieczeństwa, motywacji oraz, mając u boku świetnego nawigatora Macieja Marczewskiego, wykonuję strategię nawigacyjno-meteorologiczną. Jednocześnie jako sternik po prostu prowadzę jacht tak szybko, jak tylko się da.

Regaty Sydney–Hobart uważane są za najbardziej niebezpieczne. Czy podczas tegorocznego startu pojawiły się jakieś szczególnie groźne momenty?

12 godzin wcześniej, niż zapowiadano w prognozie, doszło do zmiany wiatru z północnego na południowy. Znajdowaliśmy się już wtedy na wodach przylegających do Tasmanii, a tam nie widać było tego nowego pasma silnego wiatru. Zaszedł on nas zatem z zaskoczenia, zakręcił tak silnie, że przez chwilę straciliśmy kontrolę nad jachtem, który kręcił się wokół własnej osi.

Jak pan wspomina Cieśninę Bassa? 20 lat temu doszło tam do największej tragedii w historii regat – zginęło sześciu żeglarzy.

W tym roku była wyjątkowo życzliwa. Zapamiętam piękne słońce i trzymetrowe fale pozwalające niemal surfować. Gdybyśmy mieli na pokładzie stracone chwilę wcześniej genakery (jeden z rodzajów żagla – red.), dosłownie przelecielibyśmy nad nią.

Co ma w sobie wyścig Sydney–Hobart, że mimo wielu niebezpieczeństw tak przyciąga żeglarzy z całego świata?

W naszym środowisku te regaty są traktowane z wielką czcią, niemal jak religia. W okresie świątecznym tym morskim wyścigiem żyje cała Australia, a będąc w Tasmanii, odniosłem wrażenie, że Hobart czekało przez cały rok tylko na tę imprezę.

Docenili was organizatorzy, przyznając specjalną nagrodę.

Od pierwszych dni w Sydney spotkaliśmy się z bardzo dużym zainteresowaniem ze strony klubu organizującego regaty – legendarnego Cruising Yacht Club of Australia. Komandor John Marcos osobiście spędził z nami dwa wieczory, wydał koktajl na naszą cześć, a finałowego dnia pojawił się w Hobart w naszej załogowej koszulce i uhonorował nagrodą za najdłuższą drogę odbytą w drodze na start regat. John żywo zainteresował się ideą naszego klubu, która z powodzeniem łączy żeglarstwo zawodowe z amatorskim, wprowadzając do naszego sportu najznamienitsze postacie polskiego biznesu.

Wywodzi się pan z żeglarskiej rodziny. Z pewnością dobrze pamięta pan swój pierwszy rejs?

Mój pierwszy rejs morski z tatą odbył się oczywiście na Bałtyku. Pamiętam, że bardzo chorowałem. Trochę się tego obawiałem i teraz, ale na szczęście w Cieśninie Bassa Neptun, lub raczej australijski Huey, mnie oszczędził.

Nadal otrzymuje pan duże wsparcie od taty Bronisława?

Ojciec, uczestnik pierwszych wokółziemskich regat Whitbread Round the World Race 1973, nauczył mnie żeglować i rozkochał w jachtach. Przekazał mi, jak zachowywać się ze spokojem w ciężkich warunkach i nabrać pokory, kiedy jest trochę lżej. Dziś już pewnie ja go częściej wprowadzam we współczesny jachting, jednak jego doświadczenie bardzo mi pomaga w realizowanych projektach. Tuż przed startem w Sydney, zanim wyłączyłem telefon, jego esemes dotarł do mnie jako ostatni. Pisał, że „navigare necesse est", ale żebym uważał na swoich ludzi i na siebie. Wzruszyłem się, bo chciałem, aby był częścią mojej załogi, to było jego marzenie. Ze względów zdrowotnych nie udało mu się tym razem, ale marzę, aby pokazać mu Tasmanię, w której chyba się zakochałem.

Czy to ojciec nauczył pana posługiwać się językiem kreolskim seszelskim?

Spędziłem na Seszelach kawał swojego dzieciństwa. W wieku wczesnoszkolnym dzieci błyskawicznie przyswajają sobie nowy język. Stąd ta znajomość.

Jest pan pomysłodawcą regat Sopot Match Race. Wygrał pan trzy edycje, także ostatnią z nich. Jak pan ocenia rozwój tej imprezy i jak widzi jej przyszłość?

W Polsce potrzebne są cykliczne regaty najwyższej światowej rangi, które są jednocześnie wysokiej jakości widowiskiem, ale i okazją do spotkań elity towarzyskiej i biznesowej. Dzięki temu docieramy z żeglarskim przekazem do coraz szerszej grupy odbiorców. Taka idea przyświeca nam od 15 lat, od kiedy organizujemy te regaty, i w tym kierunku działamy, żeby impreza stała się jeszcze lepsza.

Przemysław Tarnacki (ur. w 1978 r. w Gdańsku). Skipper, komandor polskiego klubu Ocean Challenge Yacht Club, pomysłodawca i organizator największych w Polsce regat żeglarskich – Sopot Match Race. Uczestnik najbardziej prestiżowych regat na świecie – Giraglia Race, St. Maarten Regatta, Les Voiles de St. Bath, Les Voiles de St. Tropez. Wielokrotny mistrz Polski w Match Racingu.

Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Akcje Specjalne
Firmy chcą działać w sposób zrównoważony
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży