Rzeczpospolita: Rok zakończył pan efektownym pchnięciem kulą w ścianę na treningu, co zostało uwiecznione na nagraniu w internecie. Ale jeśli chodzi o swoje możliwości, to do ściany chyba jeszcze pan nie doszedł?

Konrad Bukowiecki: Tamta próba była oczywiście wykonana z przymrużeniem oka, ponieważ wziąłem akurat lżejszą kulę. Był to jednak element treningu, bo czasami trzeba też trochę popracować nad szybkością w kole. Ale faktycznie, pchnięcie wyszło mi całkiem nieźle, dlatego uznałem, że warto to wrzucić do sieci. Jeśli natomiast chodzi o moje możliwości, to wiem, że mam jeszcze duże rezerwy. Mam nadzieję, że będę je odnajdywał.

W ubiegłym roku w hali było świetnie, ale na stadionie nieco gorzej.

Z jednej strony mogę czuć pewien niedosyt, ale z drugiej – mam dopiero 20 lat i cały czas się rozwijam. Kolejne lata treningów robią swoje, z każdym startem nabieram doświadczenia. Sezon halowy to była dla mnie bajka, marzenie. Każdy start kończyłem na podium, a większość tych miejsc było na samej górze. A lato? Były wzloty i upadki, ale tak naprawdę i tak swoje zrobiłem. Wygrałem mistrzostwa Europy do lat 23, czyli w swojej kategorii robotę wykonałem. Na mistrzostwach świata seniorów w Londynie byłem w ścisłym finale i wydaje mi się, że dla 20-letniego gościa nie jest to porażka.

Najważniejsze były oczywiście zwycięskie halowe mistrzostwa Europy w Belgradzie, gdzie pchając 21,97 m, pobił pan absolutny rekord Polski. Po wszystkim powiedział pan, że „to kosmos"...

To był szok, ponieważ miałem wtedy życiówkę na poziomie 21,17 m, a więc poprawiłem się o równe 80 cm. Kosmos, bo nie dość, że poprawiłem rekord Polski Tomka Majewskiego, który jest dwukrotnym mistrzem olimpijskim, to jeszcze zostałem mistrzem Europy seniorów, mając raptem 19 lat. No i sam wynik – to było prawie 22 m, a ja zawsze o czymś takim marzyłem. Nie udało mi się jeszcze przekroczyć tej granicy, ale wierzę, że to jeszcze przede mną.

Ciągłe porównania do Tomasza Majewskiego czasami już męczą?

Nie, bo to nie jest przecież dla mnie żadną ujmą, wręcz przeciwnie. Tomek był świetnym zawodnikiem, jest takim samym człowiekiem, dlatego nie widzę powodu, dla którego miałbym się złościć na takie pytania. Mam świadomość, że takie porównania będę się za mną ciągnąć, tak samo jak i za Tomkiem ciągnęło się nazwisko Władysława Komara. To nieuniknione.

Jakie łączą was relacje?

Bardzo koleżeńskie. Cieszę się, że miałem możliwość startowania razem z nim. Wcześniej, jeszcze jako bardzo młody chłopak, patrzyłem na niego jak na idola, a później rywalizowaliśmy. I już w pierwszym roku tych wspólnych startów nawet z nim wygrałem! Tomek był zresztą na mistrzostwach w Belgradzie, widział mój rekord na własne oczy. Kiedy wychodziłem z hali, od razu mi pogratulował. Autentycznie było widać, że się cieszy, chociaż w pierwszej chwili miałem taką myśl, że może będzie trochę zdenerwowany (śmiech). Na pewno jednak ani ja, ani on nie spodziewaliśmy się, że coś takiego wydarzy się zaledwie pół roku po zakończeniu przez niego kariery. Ale to nie jest tak, że ten wynik nie wziął się z niczego. Przed mistrzostwami w Belgradzie czułem się świetnie, byłem w życiowej formie. Nigdy wcześniej nie czułem się tak na treningach, zarówno na rzutni, jak i w siłowni. Byłem świadomy, że jestem przygotowany na rekord życiowy, ale na pewno nie spodziewaliśmy się pobicia od razu rekordu Polski. Dla nas była to też nauka, bo najwyraźniej tamten cykl treningowy był dobry i trzeba dalej tak pracować. W ubiegłym roku pierwszy raz byliśmy w listopadzie w górach, gdzie robiłem wydolnościówkę. Pierwszy raz pojechaliśmy też na obóz klimatyczny i już w grudniu byliśmy w ciepłym kraju, a nie jak zwykle dopiero w lutym.

Podczas mistrzostw świata w Londynie pana zmorą były – tak jak na igrzyskach w Rio de Janeiro – spalone pierwsze próby. Wie pan już, skąd to się bierze?

Mistrzostwa w Londynie to w ogóle był dla mnie ciężki okres, bo miesiąc przed startem strasznie „pokłóciłem się" z techniką. Kompletnie się pogubiłem, co z resztą było widać po wynikach, które osiągałem. Nagle z poziomu ponad 21 m zjechałem na poziom 20 m, co było jakąś paranoją, bo tak nie może być. Wkręciło mi się coś dziwnego. Musiałem poprawić się przed Londynem i w miarę się to udało, bo na mistrzostwach pchnąłem już 20,89 m. A to, nie oszukujmy się, nie jest dla mnie słabym wynikiem.

Jedną z najgorszych ubiegłorocznych informacji była dla pana utrata złotego medalu mistrzostw świata juniorów z 2016 roku, co było pokłosiem wykrycia w pana organizmie higenaminy – zakazanej substancji, która znajdowała się w odżywce, choć na opakowaniu widniał napis „doping free".

Dla mnie ta sprawa od początku była jasna. Nie chciałbym już do niej wracać, chociaż trudno nazwać ją zamkniętą, bo pewnie będę z tym łączony przez całą swoją karierę. Poza tym historia będzie miała swój finał w sądzie (Bukowiecki już wcześniej zapowiadał złożenie pozwu przeciwko producentowi odżywek, Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna uznała jego tłumaczenie, że środek został wzięty nieświadomie i udzieliła tylko publicznej reprymendy – red.).

Niedawno zamienił pan rodzinne Szczytno na Olsztyn. Dlaczego?

Nie przeprowadzam się, ale zmieniłem klub. Dogadałem się z lokalnymi władzami i będę trenował w AZS UWM Olsztyn. Szczytno (kulomiot był zawodnikiem miejscowej Gwardii – red.) w żaden znaczący sposób mnie nie wspierało. Przez dziewięć lat, od kiedy trenuję, z miasta nie dostałem żadnego stypendium, co jest dla mnie dziwne, bo podejrzewam, że pewnie ponad 90 proc. miast takie stypendia przyznaje. Mimo tych problemów nie chciałem jednak uciekać ze Szczytna gdzieś daleko, chociaż była taka możliwość. Mam w sobie lokalny patriotyzm, a Olsztyn też jest miastem bardzo mi bliskim. Tutaj mam połowę rodziny, tutaj się urodziłem, dlatego w żaden sposób się nie sprzedałem. Nikt mi nie może tego zarzucić. Ale na studia do Olsztyna się nie przenoszę, wciąż będę uczył się w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie.

Studiuje pan bezpieczeństwo wewnętrzne. Jak udaje się to pogodzić ze zgrupowaniami i startami?

Skoro studiuję na drugim roku, to najwyraźniej nie jest źle. Zaliczam wszystko w wyznaczonych mi terminach. Nie jest łatwo, bo często nie ma mnie na miejscu, ale staram się zaliczać kolejne sesje. Mam nadzieję, że nie będzie poślizgów i w trzy lata skończę studia.

Ma pan jakieś postanowienia noworoczne?

Tak, ale wolałbym o nich głośno nie mówić (śmiech). Poza tym postanowić można sobie wiele, ale najważniejsza jest wytrwałość. Nie są to odkrywcze słowa, ale mam nadzieję, że przede wszystkim będę zdrowy. Jeśli tak się stanie, całą resztę zrobię sam.

22 metry są na tej liście?

Muszę to sobie wypracować. 22 metry nie spadną mi z nieba.