Nie chcę już podchodzić do ludzi z agresją

Myślę, że wszystkie złe rzeczy, które mnie spotkały w życiu, nie działy się bez przyczyny. To Bóg mnie doświadczał. W ten sposób mówił do mnie, bym się opanował, opamiętał – mówi były bramkarz Arkadiusz Onyszko.

Aktualizacja: 14.04.2016 19:57 Publikacja: 14.04.2016 18:02

Nie chcę już podchodzić do ludzi z agresją

Foto: EAST NEWS

Rz: Do tytułu pierwszej książki „Fucking Polak" dopisał pan w drugiej „nowe życie". To jakie ono jest?

Arkadiusz Onyszko: Bardziej dojrzałe, bardziej boskie. Każdego rana wstaję i dziękuję Bogu za to, że się obudziłem, że mam wspaniałą rodzinę, że możemy wspólnie zjeść śniadanie. W każdej chwili to może się skończyć. W Danii byłem przedstawiany jako okaz zdrowia. Przez 11 lat nie miałem żadnej kontuzji. Jedna wizyta u lekarza zmieniła wszystko. Usłyszałem: panie Arkadiuszu, pan jest inwalidą. Ugięły się pode mną nogi, przez chwilę nic nie słyszałem. A zaraz potem lekarka powiedziała: pan w piłkę nigdy już nie zagra. Przecież ja w życiu potrafiłem tylko to, rozumiesz? Świat nagle mi się zawalił. Co dalej? Słyszę, że mojej nerki nie ma co ratować, tu trzeba się dializować! Wcześniej, podczas badań, przyglądałem się ludziom w szpitalu, było mi ich żal. Czułem się od nich lepszy. Nagle stałem się jednym z nich. Pięć godzin, co drugi dzień, przykuty do maszyny. Kiedy chciałem gdzieś pojechać na dłużej, musiałem sprawdzać, czy na miejscu mają dla mnie stację do dializ. Zadawałem sobie pytania: ile to będzie trwało? Może całe życie? W szpitalu mijałem się z ludźmi, którzy dializowali się od 20 lat, mieli zakładane plastikowe żyły, bo ich naturalne były już tak grube i pokłute, że się nie nadawały do dializy. Oni mieli świadomość, że mogą już nigdy nie doczekać przeszczepu. Cholernie się bałem, że czeka mnie to samo. Ale byłem pacjentem z jajem. Śmiałem się, żartowałem.

Reakcja obronna?

Chyba tak. Nie wszystkim pielęgniarkom się to podobało. Ale chciałem, by wszystkim te trudne godziny mijały jak najlepiej.

Fragmenty o chorobie nerek i nerwowym czekaniu na przeszczep robią wrażenie.

Pokazuję, jak straszna to choroba. Dla tych, którym pierwszy raz opowiadam o swoich przejściach, to jest po prostu kosmos. Nie dowierzają, gdy mówię im, że nagle twoje nerki przestają pracować, a ty nie możesz oddać moczu. Wyobrażasz to sobie? Wszystko, co wypijesz czy zjesz, zostaje w tobie. Odpadki, które w normalnych warunkach filtrują nerki i ich się pozbywają, teraz błądzą po twoim organizmie. Jesteś zatruty, puchniesz, powiększa się twój mięsień sercowy. Dializy ściągają z ciebie tę wodę. To bardzo trudne doświadczenie. Przez te lata dowiedziałem się na ten temat tyle, że chyba mógłbym napisać o nerkach doktorat. To jednak wiedza, którą musisz posiąść, by normalnie żyć.

Może dziś powiedzieć pan o sobie, że jest zdrowym człowiekiem?

Funkcjonuję jak zdrowy. Biorę leki, ale nie myślę o chorobach. Mam świadomość, że nerka nie jest do końca życia, pracuje ileś lat, a potem potrzebna będzie kolejna. Być może znów będę musiał się dializować, moje życie znów wróci do punktu wyjścia. Ale czy mam codziennie myśleć o tym, co będzie jutro?

Pierwsza autobiografia, którą wydał pan na rynku duńskim w 2009 roku, wywołała skandal – i w Danii, i w Polsce. Po co było panu przechodzić przez to raz jeszcze?

Chciałem opowiedzieć swoją historię po raz drugi. Wiem, jak odebrali ją Duńczycy. Okazała się tam bestsellerem. Sprzedała się w ok. 20 tys. egzemplarzy, co na tak mały kraj jest ogromnym sukcesem. Dla Duńczyków była ciekawa, bo opowiedziana oczami człowieka, który wychował się w czasach komuny. Po 11 latach spędzonych w Danii mogę powiedzieć, że tam zasady nie istnieją, każdy robi to, co mu się podoba. Ja opisałem w książce, jak trenowałem w klubie wojskowym, który miał rygorystyczne zasady, opowiedziałem o ojcu, który również był dla mnie surowy. Dla Duńczyków to było coś nowego, coś, czego nie pojmowali.

Największy skandal wywołały jednak wypowiedzi o homoseksualistach.

Powiedziałem, że ich nienawidzę, czego oczywiście zrobić nie powinienem. Biję się dziś w pierś. Z całej książki wyciągnięto jednak właśnie góra trzy zdania na ten temat, no i się zaczęło. Książka jeszcze się nie ukazała, a mnie już zwolnili z klubu. Na drugi dzień po premierze nie miałem pracy. Wiem jednak, że wielu kolegów z szatni podzielało moje zdanie. Mówili mi to w cztery oczy, ale gdy stawali przed kamerami, każdy bronił własnej skóry, potępiał mnie. Mówili: wiesz, Arek, mam rodzinę, kredyt, nie mogę inaczej... Po tym wszystkim nie chciałem mieć z nimi nic do wspólnego.

Po co więc było publikować książkę raz jeszcze, tym razem w Polsce?

Przez ostatnie lata przeszedłem w życiu naprawdę sporo. Choroba nerek, dializowanie, w końcu przeszczep. Tą książką chciałem podnieść na duchu tych, którzy tak jak ja zmagają się z problemami zdrowotnymi. Dać im światło, pokazać, że można wyjść z choćby najgorszego g... No i odwdzięczyć się. Ktoś, od kogo otrzymałem nerkę i możliwość przeszczepu, podarował mi drugie życie. Dlatego w najnowszym wydaniu na ostatniej stronie jest deklaracja o dobrowolnym oddaniu narządów, którą można wypełnić.

Bał się pan, co będzie, jak książka wejdzie do księgarni?

Jak cholera. Kiedy dowiedziałem się, że wyznaczono datę premiery, nie przespałem kilku następnych nocy. Mówię poważnie. Nigdy nie wiesz, jak ludzie odbiorą twoje wspomnienia. Chciałem, by książka była aż do bólu szczera. To mi się udało. Ci, którzy mnie nie znają, a już ją przeczytali, dodają, że jest bardzo mocna. To też prawda. Ale uważam, że mimo wszystko kończy się happy endem.

Było coś, co pan zataił albo chciał ukryć?

Chciałem zataić sprawę z moją byłą żoną, mówię to szczerze. Nie chciałem do tego wracać. Było, minęło, odpokutowałem swoje krzywdy psychicznie i zdrowotnie. Do tego, by opisać całą sprawę, namówiła mnie Iza Koprowiak, współautorka. Stwierdziła, że przemilczenie całej afery byłoby dużym zakłamaniem z mojej strony. Poza tym odebrałbym sobie szansę, by pokazać, jak było naprawdę.

W książce opisuje pan awantury między wami, to, jak został pan skazany.

Po tym, co się między nami wydarzyło, pisano o mnie straszne rzeczy, nie zawsze zgodne z prawdą. Jasne, nie ze wszystkiego, co zrobiłem, jestem dziś dumny – mówię o tym także w książce. Chcę jednak, by czytelnik sam wyciągnął wnioski. By poznał także moją wersję wydarzeń i sam mógł zająć stanowisko, bez pomocy kolorowej prasy. Sporo osób zarzuca mi, że pokazuję w swojej książce zbyt wiele z życia prywatnego. Ja z kolei jestem zdania, że w dzisiejszym świecie coś takiego jak prywatność nie istnieje.

Ma pan kontakt z byłą żoną?

Nie.

A wie pan, czy przeczytała książkę?

Chyba przeczytała.

Śledził pan, co o nowej książce mówi się teraz w Danii?

Nie. Dzwonili do mnie tamtejsi dziennikarze, ale jak widzę numer, to nawet nie podnoszę słuchawki. Znów wyjmą kilka zdań, podkręcą i zrobi się sensacja. W nowym wydaniu jest rozdział o Danii. Uważam, że mimo wszystko napisałem o nich w miarę pozytywnie. Ale oni to mogą odebrać po swojemu i znów zrobią z tego niezłą hecę. Po co mi to? Nie chcę z nimi rozmawiać i tyle.

Tytuł obu książek jest ten sam – „Fucking Polak". Odnoszę jednak wrażenie, że poprzednie wydanie to był wylew frustracji, a w drugim jest pan spokojniejszy. Nawet w podziękowaniach wspomniał pan o swojej byłej żonie.

Coś w tym jest. Podczas pisania tamtej książki byłem już mocno chory, mój organizm był pełen toksyn. Nawet jak patrzę na wywiady telewizyjne, których wówczas udzielałem, mam na nich bardzo wyłupiaste oczy. To pierwsza oznaka choroby nerek. Ta cała agresja, która przez to we mnie rosła, przelała się na tamtą książkę. Teraz, po przeszczepie, jestem bardziej spokojny. Tylko nie z rana, kiedy biorę przepisane leki sterydowe, które mocno mnie pobudzają. Wtedy lepiej ze mną nie zaczynać. Mówiąc już całkiem na poważnie, dziś jestem bardziej pokorny. Myślę, że wszystkie złe rzeczy, które mnie spotkały w życiu, nie działy się bez przyczyny. To Bóg mnie doświadczał. W ten sposób mówił do mnie, bym się opanował, opamiętał. Zacząłem wtedy zadawać sobie pytanie: jeśli dalej będę brnął w to zło, jak będzie wyglądać moje życie? Wtedy otworzyłem się na Boga. To dało mi poczucie ogromnego bezpieczeństwa i spokoju. Ciężko to opisać. W jednej chwili zeszło ze mnie całe napięcie. Nie chcę już podchodzić z agresją do ludzi.

Dość niemodnie afiszować się ze swoją wiarą...

To dla mnie bardzo przykre. Od małego byłem tak wychowany. Chodziłem do kościoła, uczęszczałem na religię. I było mi z tym dobrze. Czułem, że nawet jak się nie układa, to jednak Bóg mnie dokądś prowadzi. To się zmieniło w momencie, gdy wyjechałem grać do kraju, w którym Boga nie ma. I ja też zacząłem podążać tym nurtem. Mogłem przebierać w kobietach, kupowałem mnóstwo biżuterii, bawiłem się na całego. Słowem – byłem bogiem sam dla siebie, to ja ustalałem zasady gry. To się jednak dla mnie źle skończyło. Dziś uważam, że życie bez Boga nie ma żadnej wartości.

Zaryzykuję. Pana książka to pewnego rodzaju świadectwo?

Myślę, że tak. Chciałbym, by ktoś kiedyś dał mi szansę opowiedzieć historię życia w kościele.

O czym by pan opowiedział?

O chorobie, ale i życiu piłkarza i tym, co jest po nim. W trakcie kariery żyjesz z dnia na dzień. Nawet jeśli wchodzisz już w poważny wiek, to wciąż myślisz, że kluby będą przedłużały z tobą kontrakty i w nieskończoność będziesz zarabiał nieprzyzwoite pieniądze. Choć z drugiej strony, czemu myśleć inaczej? Świetnie wyglądasz, jesteś sławny, jeździsz najlepszymi samochodami. I jeszcze ci za to płacą. W moim przypadku to wszystko skończyło się w jednej chwili. Skończyły się pieniądze, sława, musiałem zacząć martwić się o to, z czego opłacić rachunki. Wtedy przychodzi opamiętanie.

To trochę kłóci mi się z wizerunkiem awanturnika, który nieraz z pana wychodził...

Awanturnika, ale szczerego. Ten wizerunek pomagał mi na boisku. Drużyna wiedziała, że w bramce stoi gość, który jest może nieco szurnięty, ale można na niego liczyć, który nigdy nie zawiedzie i który odda za zespół serce. Tyle że ludzie z trybun mogli myśleć, że jestem też taki na co dzień. To nie do końca prawda.

A wiara?

Nawróciłem się, dużo zrozumiałem, ale nie chcę, by ktoś myślał, że robię to na pokaz. Dobrze mi z tym i tyle! Kiedy odmawiam różaniec czy koronkę do miłosierdzia Jezusowego, robię to tylko dla siebie. Najgorsze jest to, że nie mogę przyjąć komunii, bo jestem rozwodnikiem.

—rozmawiał Piotr Wesołowicz

Arkadiusz Onyszko, były bramkarz, m.in. przez 11 lat występował w klubach duńskiej ligi. W 2009 roku wykryto u niego niewydolność nerki. W 2013 r. przeszedł przeszczep. W marcu opublikował autobiografię "Fucking Polak. Nowe życie". Urodzony w Lublinie. Obecnie jest trenerem bramkarzy Górnika Łęczna.

Rz: Do tytułu pierwszej książki „Fucking Polak" dopisał pan w drugiej „nowe życie". To jakie ono jest?

Arkadiusz Onyszko: Bardziej dojrzałe, bardziej boskie. Każdego rana wstaję i dziękuję Bogu za to, że się obudziłem, że mam wspaniałą rodzinę, że możemy wspólnie zjeść śniadanie. W każdej chwili to może się skończyć. W Danii byłem przedstawiany jako okaz zdrowia. Przez 11 lat nie miałem żadnej kontuzji. Jedna wizyta u lekarza zmieniła wszystko. Usłyszałem: panie Arkadiuszu, pan jest inwalidą. Ugięły się pode mną nogi, przez chwilę nic nie słyszałem. A zaraz potem lekarka powiedziała: pan w piłkę nigdy już nie zagra. Przecież ja w życiu potrafiłem tylko to, rozumiesz? Świat nagle mi się zawalił. Co dalej? Słyszę, że mojej nerki nie ma co ratować, tu trzeba się dializować! Wcześniej, podczas badań, przyglądałem się ludziom w szpitalu, było mi ich żal. Czułem się od nich lepszy. Nagle stałem się jednym z nich. Pięć godzin, co drugi dzień, przykuty do maszyny. Kiedy chciałem gdzieś pojechać na dłużej, musiałem sprawdzać, czy na miejscu mają dla mnie stację do dializ. Zadawałem sobie pytania: ile to będzie trwało? Może całe życie? W szpitalu mijałem się z ludźmi, którzy dializowali się od 20 lat, mieli zakładane plastikowe żyły, bo ich naturalne były już tak grube i pokłute, że się nie nadawały do dializy. Oni mieli świadomość, że mogą już nigdy nie doczekać przeszczepu. Cholernie się bałem, że czeka mnie to samo. Ale byłem pacjentem z jajem. Śmiałem się, żartowałem.

Pozostało 85% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Regiony
Nie tylko infrastruktura, ale też kultura rozwijają regiony
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?