Tenisowy turniej na pziomie na poziomie challengerów ATP - Pekao Szczecin Open - zbliża się do ćwierćwiecza

Turniej Pekao Szczecin Open zbliża się do ćwierćwiecza. Inne, niekiedy znacznie większe imprezy, już zdążyły zniknąć z nowej historii polskiego sportu, ta niezłomnie trwa i tworzy niebanalną tradycję.

Aktualizacja: 19.08.2016 11:59 Publikacja: 18.08.2016 23:00

Tegoroczny turnieju tenisowy w Szczecinie odbędzie się 12-18 września.

Tegoroczny turnieju tenisowy w Szczecinie odbędzie się 12-18 września.

Foto: Fotorzepa/Dariusz Gorajski

Srebrny jubileusz będzie za rok, ale już dziś można śmiało pisać, że w Szczecinie tenis zawodowy na poziomie challengerów ATP znalazł wyjątkową przystań. Poziom w tym przypadku nie znaczy zbyt wiele – jesienny termin sprzyja wielu doskonałym tenisistom, którzy lubią grać na kortach ziemnych, więc korty przy Alei Wojska Polskiego 127 nigdy nie narzekały na frekwencję i brak znanych nazwisk.

Challenger ATP w Szczecinie ma mocną markę, niektórzy sądzą, że tak mocną, iż awans do grupy oficjalnych turniejów ATP World Tour nie byłby wielkim problemem (przymiarki zresztą były), ale siła szczecińskiego wydarzenia nie tkwi tylko w dużej, jak na challengery, puli nagród i bardzo dobrej organizacji. Na otoczonych starą zielenią kortach od lat dzieje się znacznie więcej.

Lider challengerów

Za czas pionierski przyjmuje się 1993 rok, wtedy padł pomysł, by nad Odrą, w Paryżu Północy – tak nie bez powodów (bo place są gwiaździste i secesja równie piękna) piszą sprzyjający miastu żurnaliści – rozgrywać zawody tenisowe mężczyzn z cyklu satelitarnego, czyli najmniejszej wówczas rangi zawodowej. Przez trzy lata organizatorzy zdobywali doświadczenia, a tenisiści pieniądze oraz wiedzę, że w Szczecinie jest im dobrze. Efekt był właściwy – kibicom się spodobało, sportowcom też.

Pamięć podsuwa, że pierwszym zwycięzcą został młody Niemiec Oliver Gross, wtedy debiutant wśród profesjonalistów. Nie był gigantem rakiety, ale dwa lata później, w Barcelonie pokonał samego Pete'a Samprasa i awansował na 60. miejsce rankingu światowego. Lokalną dumę w 1994 roku wzbudził w Szczecinie Bartłomiej Dąbrowski, do dziś jedyny Polak w spisie zwycięzców singlowych. Kiedy po latach organizatorzy wymyślili, żeby wielkie zdjęcia wszystkich mistrzów zawisły na ogrodzeniu obiektu przy Al. Wojska Polskiego, postać pana Bartka też się tam znalazła.

W 1996 roku turniej wszedł do cyklu challengerów ATP (pierwszy zwycięzca to Jimy Szymanski Octaviano z Wenezueli) i już tam pozostał, budując zasłużony prestiż i powodując chęć przyjazdu, najpierw na Plac Rodła, gdzie niemal od zawsze jest hotelowe i komunikacyjne centrum wydarzenia, potem na korty. W 2002 roku wyróżnienie Challenger Award, czyli nagroda ATP i ITF dla najlepszego męskiego challengera na świecie – poszła w dobre ręce.

Kort Pana Bohdana

Można, a nawet trzeba też wierzyć w genius loci – duch miejsca. Kort centralny turnieju Pekao Szczecin Open ma znacznie dłuższą historię, której bohaterem był również legendarny dziennikarz Bohdan Tomaszewski. To on, w czasie powojennych peregrynacji, w 1945 roku przyjechał do Szczecina i tam, poza pracą w „Kurierze Szczecińskim", z innymi pasjonatami tenisa odbudowywał sportowe życie miasta.

Grając kiedyś z przyjacielem z warszawskiej Legii, Lulkiem Popławskim, odkrył, właściwie przypadkiem, schowany między pobliskimi krzewami i pagórkami zniszczony kort z niemiecką ciężarówką pośrodku. Odnaleziony plac miał nawet trybuny, widać było, że pełnił kiedyś znaczącą funkcję, potem cicho czekał na powrót tenisistów. Z pomocą niemieckich jeńców kort odtworzono. Powstający wówczas dzięki przybyszom z Warszawy Szczeciński Klub Tenisowy zyskał kolejny ważny obiekt, na którym wkrótce rozgrywano mecze z Sopotem, z Budapesztem, nawet turnieje ogólnopolskie, na które przyjeżdżała sama Jadwiga Jędrzejowska.

Pan Bohdan opowiadał tę historię nie raz, pokazywał też czarno-białe zdjęcia. Przyjeżdżał potem do Szczecina regularnie, oglądał mecze, ale też siadał w domku klubowym z nieodłącznym papierosem oraz kawą w ręku. Chwila rozmowy i można było się zasłuchać. Doczekał chwili, gdy w piątek 12 września 2014 roku kort centralny uroczyście otrzymał Jego imię.

Hiszpańska klątwa

Sportowy wymiar Pekao Szczecin Open rósł z roku na rok. To, że turniej trwa od dawna, daje właściwy kronikarski dystans. Dopiero po latach widać, jak ważne były mecze, które niekiedy umykały obserwacji. Kiedy dziś spoglądamy na stare drabinki, trudno nie zauważyć, ile tam pojawiło się sławnych nazwisk.

W zieleni szczecińskich drzew wygrywali (i przegrywali) wielkoszlemowi mistrzowie z kortów im. Rolanda Garrosa: Juan Carlos Ferrero, Stan (wtedy jeszcze Stanislas) Wawrinka, Gaston Gaudio, Sergi Bruguera i Alex Corretja, byli obecni wybitni fachowcy od gry ma czerwonej mączce: Nikołaj Dawydienko, David Ferrer, Richard Gasquet, Guillermo Coria, Michaił Jużny, Igor Andrejew, Alberto Berasategui, Fernando Gonzalez, Nicolas Massú, David Nalbandian, Jose Acasuso, Nicolás Lapentti, Agustín Calleri, Juan Ignacio Chela, czarodziej z Maroka Younes El-Aynaoui i jego współczesny następca z Niemiec i Jamajki – Dustin Brown.

Turniej dorobił się dość niezwykłej „klątwy hiszpańskiej", dość trudnej do racjonalnego wytłumaczenia, skoro bywało, że w drabince na 32 nazwiska, 11 było z Hiszpanii, lecz zwycięzcy singla z tego kraju do dziś nie ma. Są na niej tenisiści z 17 krajów (drużynowo prowadzi Argentyna – 4 triumfy, przed Niemcami – 3 i Rosją – 2). Pięciu Hiszpanów siedem razy grało w finale (Alberto Martin i David Sanchez dwukrotnie), lecz na razie klątwa jest skuteczna. Nie zdarzyło się także, by ktoś w Szczecinie obronił tytuł, lub wygrał więcej, niż raz.

W kwestii polskiej trochę opowieści też się zebrało, chociaż o sukcesach singlowych po czasie Bartłomieja Dąbrowskiego trzeba wciąż marzyć. Szczytem był rok 2008: Jerzy Janowicz oraz Łukasz Kubot w półfinałach. W deblu marzyć nie trzeba. Marcin Matkowski i Mariusz Fyrstenberg tu startowali do wielkiej wspólnej kariery i wygrywali trzykrotnie (2001, 2003, 2005). Tomasz Bednarek i Mateusz Kowalczyk (2009) oraz Marcin Gawron i Andrzej Kapaś (2011) zwyciężali po razie. Dawid Olejniczak z Hiszpanem Davidem Marrero też podniósł puchar zwycięzców w górę – w 2008 roku.

Urszula Dudziak na bis

Nastrój turnieju tworzyły mecze, zwłaszcza te w sesji wieczornej na korcie centralnym, gdy, bywało, z ust zmarzniętych widzów leciała biała para, ale na osłodę z pobliskiego wielkiego namiotu dobiegały też dźwięki doskonałej muzyki jazzowej. Długie nocne koncerty to druga twarz Pekao Szczecin Open, namówić do bisów Urszulę Dudziak (także pasjonatkę tenisa) nie było trudno.

Uczestnicy zapamiętali także, że przy Wojska Polskiego w dniach imprezy pojawia się gromada znakomitych hostess turniejowych, uroczych, uśmiechniętych, kompetentnych, znających języki i umiejących się świetnie bawić podczas Players Party. Kiedyś miały obowiązek chodzić na wysokich obcasach, ale ta tradycja, zdaje się, została nieco zaniedbana.

Biuro prasowe, o którego atmosferę (jeszcze starym domku klubowym) długo dbał niezapomniany red. Wojciech Nowosielski, też było przez lata miejscem szczególnym, takim, w którym dystans między tenisistami i dziennikarzami nagle znikał, a prośby o nietypowe wspomnienia, grę na gitarze, połamane rakiety (tworzyły się z nich ad hoc przestrzenne instalacje), albo buty na pamiątkę – wydawały się zupełnie naturalne.

Trudno, żeby było inaczej, skoro inwencji szefom biura i gościom nigdy nie brakowało. W 2003 roku red. Andrzej Roman przekazał turniejowi niezwykły dar – buty Pete'a Samprasa, które amerykański mistrz zzuł po przegranym ćwierćfinale z Jimem Courierem na kortach Rolanda Garrosa w 1994 roku. Obuwie dał red. Romanowi w Paryżu trener przygotowania fizycznego Samprasa – nieżyjący już Walt Landers, dla wtajemniczonych Władysław Kazimierowski, niezwykle barwna postać tenisowego świata.

Buty marki Sergio Tacchini (nr 45) stanęły zatem dobrze oświetlone w akwarium z ceglaną mączką, po finale zastąpiły je buty ówczesnego zwycięzcy turnieju, Nicolasa Massu. Chilijczyk ofiarował je z nadzieją, że kiedyś będzie tak wielki, jak Sampras. Akwarium trwa przy turnieju do dziś, tylko zawartość się zmienia.

Dziennikarze są winni turniejowi wiele dobrych wspomnień, od okolicznościowych wyścigów na quadach, turniejów tenisowych i golfowych po nocne sesje gry w pokera i Blacka Jacka oraz niezwykle barwne wycieczki statkiem po Odrze.

Kto słuchał muzyki, oglądał zawodowy tenis, brał udział w turnieju VIP-ów albo pracowników banku sponsora, może nawet śledził niełatwe sportowe wysiłki artystów estrady i seriali telewizyjnych, albo po prostu spacerował alejkami między kortami wie, że jesienny tenis w Szczecinie to dość rzadka w dzisiejszym sporcie, udana próba połączenia żywiołu sportowego z artystycznym. To przenikanie jest główną siłą, magnesem i wyróżnikiem turnieju.

Jeśli przypomina to komuś naśladowanie Wimbledonu, w którym koncerty jazzu tradycyjnego od dziesięcioleci towarzyszą wizycie na kortach – tym lepiej. Kto był i tam, i tu, wie, że podobieństw, nawet uwzględniwszy skalę, jest więcej.

Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Regiony
Nie tylko infrastruktura, ale też kultura rozwijają regiony
Materiał Promocyjny
Naukowa Fundacja Polpharmy ogłasza start XXIII edycji Konkursu o Grant Fundacji
Regiony
Tychy: Rządy w mieście przejmuje komisarz wybrany przez Mateusza Morawieckiego