Medal z Jeziora Paprocańskiego

Pochodząca z Tychów kajakarka, Karolina Naja, zdobyła w Rio de Janeiro już drugi w karierze medal olimpijski.

Publikacja: 13.09.2016 23:00

Medal z Jeziora Paprocańskiego

Foto: Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak

Rz: Kajakarstwo z Górnym Śląskiem raczej się nie kojarzy. A pani wypłynęła z Tychów po dwa brązowe medale olimpijskie, najpierw w Londynie teraz w Rio de Janeiro.

Karolina Naja: Nasza dyscyplina jest mało popularna w całej Polsce, nie tylko na Śląsku. Ale nawet tutaj znajdzie się parę prężnie działających klubów z oddanymi trenerami. Cały czas liczymy na to, że kolejne igrzyska z medalami sprawią, że będziemy mieli więcej kibiców i więcej klubów. Razem z wioślarzami zdobyliśmy w Rio cztery medale na 11. Sporty wodne godnie się zaprezentowały.

Skoro jest to tak mało popularna dyscyplina, to jak to się stało, że pani trafiła do sekcji kajakowej?

Jako dziecko wydawało mi się, że to tak nietypowy sport i mało popularny, że tym bardziej mnie zaciekawił. Kontakt z naturą, wodą spowodował przy tym, że wydawało mi się to atrakcyjne. Inny powód był bardziej prozaiczny. Mieszkałam na osiedlu Z w Tychach, a stąd mam blisko na Jezioro Paprocańskie.

Miała pani szczęście, że trafiła tam na właściwych trenerów.

Dostałam się do MOSM Tychy, czyli Miejskiego Ośrodka Sportu i Młodzieży. W tym klubie pracuje małżeństwo Sylwia i Marek Stanny. Nie wiem od kiedy prowadzą ten klub, ale od bardzo dawna. Ja poszłam pierwszy raz na przystań w 2001 roku, a oni już od kilku lat werbowali dzieciaki do sekcji. Jestem pierwszą olimpijką i pierwszym poważnym zawodnikiem, który wyszedł z tego klubu, ale po mnie było kilka nazwisk, które obiły się o kadrę. Kajakarze i kajakarki zdobywają medal za medalem mistrzostw Polski. Trenerzy robią tam dobrą robotę. Myślą o tym, żeby nie skrzywdzić dzieciaków treningiem, stawiają na rozwój. Bo często, niestety się zdarza, że szkoleniowcy w wieku juniora przeciążają sportowców i potem ci nic nie osiągają.

Jezioro Paprocańskie to dobre miejsce do treningu kajakarstwa.

Jezioro ma dwa kilometry długości, jest płytkie co nie jest wadą, bo pomaga w lepszym czuciu wody. W ogóle jest dobrze przystosowane do sportów wodnych. Wyniki świadczą że wiele tu można zrobić. Z tym, że kajakarze nie są wybredni. Szybko musimy się dostosować i to do każdych warunków, a one często się zmieniają. W tej dyscyplinie istnieje wiele zmiennych. Im szybciej człowiek akceptuje to co jest, tym łatwiej osiągnąć wynik.

Musiała pani jednak wyjechać z Tychów na północ i tam trenować.

Poszłam do Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Przez trzy lata byłam w Wałczu. W klasie maturalnej podjęłam decyzję, że idę do Gorzowa, do AZS. Tu jest baza z prawdziwego zdarzenia, mam zapewnione znakomite warunki do treningu. Najważniejsze, że mogłam połączyć w jednym mieście studia z kajakarstwem. Była tam grupa zawodników, którzy uczyli się, trenowali i osiągali niezłe wyniki. Postanowiłam iść ich śladem.

Często odwiedza pani Tychy?

Rodzice nadal tu mieszkają. W Tychach spędzam święta, czas wolny między zgrupowaniami. Wtedy zaglądam na Jezioro Paprocańskie i tam trenuję. Tu zaczynałam pływać, mam ogromny sentyment do tego miejsca. Niewiele jednak mam możliwości, że zaglądać w rodzinne strony. Na zgrupowaniach spędzam ponad 250 dni w roku, a jeszcze muszę zaliczać zajęcia na uczelni.

Po igrzyskach przyjechała pani do rodzinnego miasta i została uroczyście przyjęta przez władze. Dostała też pani w nagrodę za medal olimpijski nowy samochód.

Nie oczekiwałam tego, byłam kompletnie zaskoczona. Ale przecież nigdy nie ukrywałam związków z miastem, do 19. roku życia reprezentowałam MOSM Tychy. Zawsze mile wypowiadałam się o Tychach. Nie mogło być inaczej, bo otrzymałam wielką pomoc od władz. Bez tego wsparcia nie byłoby takich wyników. To ważny sygnał dla kajakarzy którzy tu trenują, dla innych sportowców, że miasto wspiera sport.

Miałam szczęście podczas kariery w Tychach i później. Zawsze napotykałam ludzi życzliwych i wyrozumiałych. Oni na pierwszym miejscu stawiali pewne wartości, dobro powszechne, a dopiero potem wynik. Dzięki takiemu podejściu środowiska – dyrektorów, trenerów, władz miejskich przywiozłam już z igrzysk dwa medale.

Nie czuje pani niedosytu, że w Rio nie poprawiła pani pozycji z Londynu?

Myśmy z Beatą (Mikołajczyk) maksymalnie wykorzystali to, co mogłyśmy. Pojechałyśmy taktycznie tak, jak miałyśmy to opracowane. Przegrałyśmy z nie byle jakimi reprezentacjami – Niemcami i Węgierkami. To są kajakarscy giganci, potęgi w tej dyscyplinie. Doceniamy ten brąz.

Jak wiele polskie kajakarstwo dzieli od niemieckiego i węgierskiego?

Oj dużo. Nasz trener Tomasz Kryk nie jest tylko trenerem, musi zadbać o sprawy logistyczne. Dobrze, jeżeli zawodniczki są zorganizowane, to wtedy zespół dobrze funkcjonuje. Mamy też fizjoterapeutę, który także jest kierowcą i operatorem kamery. Współpracujemy jeszcze z Instytutem Sportu, z doktorem Sikorskim. Przydałoby się jeszcze dodatkowe wsparcie dla trenerów. Kiedy na zawody przyjeżdża drużyna niemiecka, ma 20 zawodników i 20-osobowy sztab trenerów, obsługi. Jedna pani siedzi przy torze i mierzy prędkość wiatru na 500 i 1000 m. Robią notatki ze startów innych reprezentacji, analizują jak one rozkładają dystans. Niemcy mierzą wszystko, potem wpisują dane do komputera i przekazują je głównemu trenerowi. Na końcowy wynik składa się u nich praca wielu osób. Ale może Polacy muszą mieć ciężkie warunki, żeby osiągnąć wyniki?

Węgrzy mają teorię i technikę, która jest narzucona we wszystkich klubach. U nas nie ma jednej metody wiosłowania. W każdym klubie trener ma swoją wizję i tego się trzymają. Gdybyśmy pracowali według jednego schematu, byłoby efektywniej.

Jesień to dla kajakarzy czas odpoczynku?

Tak. Teraz co najwyżej jeżdżę na rowerze, na rolkach. Nadrabiam zaległości towarzyskie, odwiedzam znajomych, bo przez te zgrupowania czasu nie było. Od połowy października będę ruszać się systematycznie, wtedy pewnie też znów zacznę pływać.

Rz: Kajakarstwo z Górnym Śląskiem raczej się nie kojarzy. A pani wypłynęła z Tychów po dwa brązowe medale olimpijskie, najpierw w Londynie teraz w Rio de Janeiro.

Karolina Naja: Nasza dyscyplina jest mało popularna w całej Polsce, nie tylko na Śląsku. Ale nawet tutaj znajdzie się parę prężnie działających klubów z oddanymi trenerami. Cały czas liczymy na to, że kolejne igrzyska z medalami sprawią, że będziemy mieli więcej kibiców i więcej klubów. Razem z wioślarzami zdobyliśmy w Rio cztery medale na 11. Sporty wodne godnie się zaprezentowały.

Pozostało 90% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Regiony
Nie tylko infrastruktura, ale też kultura rozwijają regiony