Powolny rozruch polskich Cittaslow

Niewielkie miasteczka, gdzie życie płynie w ustalonym od pokoleń rytmie, gdzie wszyscy się znają, celebrują lokalne tradycje, to marzenie wielu zagonionych mieszczuchów z metropolii, podsycane popularnymi serialami.

Publikacja: 16.11.2016 22:00

Anita Błaszczak

Anita Błaszczak

Foto: Fotorzepa / Kompala Waldemar

Jednak marzenia i seriale pomijają zwykle mniej różową codzienność, w tym to, że z tych sielskich dla przybysza miasteczek młodzi często uciekają do dużych miast (czy za granicę) wypychani przez brak perspektyw lub po prostu brak pracy. To problem nie tylko Polski, ale i Włoch, gdzie pod koniec lat 90. wymyślono marketingową koncepcję Cittaslow, czyli powolnych miast zręcznie przetłumaczoną u nas na „Miasta Dobrego Życia".

Jest ona częścią coraz bardziej popularnego na Zachodzie ruchu Slow, który obejmuje także slow movement, slow tourism, a przede wszystkim slow food – promujący tradycyjną, lokalną kuchnię, tradycyjne smaki i uprawy.

To właśnie pochodzący również z Włoch ruch społeczny slow food – zapoczątkowany w latach 80. w kontrze do inwazji barów fast food w Europie – był bazą, na której wyrosły kolejne inicjatywy slow. W tym slow tourism, którego amatorzy w naturalny sposób kierują się do Cittaslow.

Sprzyjają temu zmiany kulturowe, w tym rosnąca liczba osób szukających odskoczni od nerwowej gonitwy w zwykłych prostych radościach z życia, w tym w zdrowej diecie i spokojnych, przyjaznych miejscach. We Włoszech czy Francji takich miejsc – urokliwych miasteczek z wielopokoleniową tradycją – są setki. Przy sprzyjającej pogodzie i kuchni promotorom Cittwaslow nietrudno o sukces. Niestety w Polsce, gdzie w wielu miejscach trudno o spójne, wielopokoleniowe tradycje, musimy bardziej się starać, chcąc uzyskać efekt „Miasta Dobrego Życia".

Pomysł lokalnych władz, by włączyć się do międzynarodowego ruchu i stowarzyszenia Cittaslow jest genialny, gdyż niewielkim kosztem zapewnia miejsce na turystycznej mapie amatorów idei Slow. Jednak pomysł trzeba umieć wdrożyć w codzienne życie oferując coś więcej niż wizję sielskości. No i trzeba przekonać do niego mieszkańców. To oni muszą poczuć, że mieszkają w „Mieście Dobrego Życia", by potem tworzyć przyciągający turystów klimat.

Tego klimatu nie czułam, gdy przed czterema laty wybrałam się z rodziną na sierpniowy objazd warmińsko-mazurskich Cittaslow. Widać było, że miasteczka mają potencjał, choć dalece niewykorzystany, może z wyjątkiem Lidzbarka Warmińskiego. Rozmawialiśmy o tym chodząc po smętnym wówczas Bisztynku czy wołającym wtedy o prace konserwatorskie Reszlu.

Ale te cztery lata to sporo czasu, by korzystając z unijnych pieniędzy udało się poprawić warunki życia i pomyśleć, jak wyróżnić się w szybko rosnącej rzeszy Cittaslow. Bo warto pamiętać, że i za sielską koncepcją slow kryje się twarda konkurencja o turystyczny biznes.

Jednak marzenia i seriale pomijają zwykle mniej różową codzienność, w tym to, że z tych sielskich dla przybysza miasteczek młodzi często uciekają do dużych miast (czy za granicę) wypychani przez brak perspektyw lub po prostu brak pracy. To problem nie tylko Polski, ale i Włoch, gdzie pod koniec lat 90. wymyślono marketingową koncepcję Cittaslow, czyli powolnych miast zręcznie przetłumaczoną u nas na „Miasta Dobrego Życia".

Jest ona częścią coraz bardziej popularnego na Zachodzie ruchu Slow, który obejmuje także slow movement, slow tourism, a przede wszystkim slow food – promujący tradycyjną, lokalną kuchnię, tradycyjne smaki i uprawy.

2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Akcje Specjalne
Firmy chcą działać w sposób zrównoważony
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży