Rz: MON zarządziło drugie podejście do zakupów wojskowych śmigłowców. Ta dogrywka jest ważna dla Świdnika i Lubelszczyzny?
Krzysztof Krystowski: Dla PZL, jednej z największych firm w regionie, to postępowanie ma kluczowe znaczenie. Nie zmienia tego nawet zmniejszenie przez armię liczby zamawianych śmigłowców. W grę wchodzą wciąż bardzo duże pieniądze. One w biznesie są oczywiście istotne, ale z punktu widzenia Świdnika kto wie czy nie ważniejszy jest impuls rozwojowy, który na dekady określiłby perspektywy przedsiębiorstwa zatrudniającego wciąż prawie 3,3 tys. fachowców i powiązanego z prawie 900 partnerami.
Na co więc liczycie?
Jeśli wojsko wybierze maszyny koncernu Leonardo, do Świdnika mają szansę trafić naprawdę topowe technologie wykorzystywane przy produkcji uzbrojenia. I to takie, którymi dziś nie dysponujemy. Nasze biura konstrukcyjne dzięki nim będą mogły wejść na wyższy poziom, a linie produkcyjne włączone zostaną w łańcuch dostaw innowacyjnych komponentów do maszyn dostarczanych nie tylko polskiej armii, ale też w ramach globalnych kontraktów eksportowych Leonardo Helicopters.
To wszystko pozwoliłoby wzmocnić koniunkturę w krajowej branży lotniczej, zwiększyć zatrudnienie w ważnym dla Lubelszczyzny technologicznym sektorze, wreszcie – podnieść i tak już niebagatelną kwotę płaconych przez firmę lokalnych podatków i danin.
Skąd właściwie na Lubelszczyźnie i w Świdniku wzięły się śmigłowce i lotnicza, skrzydlata tradycja?
W zeszłym roku świętowaliśmy 65-lecie WSK PZL, na liczniku mamy ponad 7 tys. wyprodukowanych śmigłowców, ale nasze zakłady nie zrodziły się na surowym korzeniu. To w Lublinie powstała jedna z pierwszych przed wojną spółek samolotowych – znane i cenione Polskie Zakłady Lotnicze. Spółka Plage i Leśkiewicz była jedną z ikon tamtego czasu i entuzjastycznego wówczas podejścia Polaków do awiacji. Nasza fabryka wiropłatów przejęła tę schedę.
Mówi się, że nie ma w Świdniku rodziny, która nie miałaby bliskich zatrudnionych w WSK.
To miasto nierozerwalnie związane z naszą firmą. Nie będzie przesady, jeśli powiem, że zajęcie znajdują w zakładach kolejne już pokolenia mieszkańców.
Warto wspomnieć, że załoga PZL staranie strzeże także dziedzictwa Solidarności...
Polski Sierpień 1980 r. tutaj zaczął się przecież znacznie wcześniej niż w reszcie kraju – bo już w lipcu. Potem, w najtrudniejszym okresie, protestowano, organizując słynne spacery świdnickie w porze nadawania reżimowego Dziennika TV. Ja jestem przybyszem, ale ogromnie szanuję to przywiązanie do historii i manifestowane na co dzień poczucie osobistej godności.
Jak się tworzy nowe, teraz już polsko-włoskie, tradycje?
Mamy satysfakcję, że od 2010 r., czyli po prywatyzacji zakładów i przejęciu ich przez AgustaWestland (obecnie Leonardo), przychody firmy wzrosły trzykrotnie – dziś to prawie 1 mld zł rocznie. Udało się stworzyć przedsiębiorstwo zaliczane do czołówki technologicznej na Lubelszczyźnie. W rankingach innowacyjności od lat już mieścimy się zresztą w krajowej dziesiątce liderów.
Dzielicie się w regionie tym potencjałem?
Wspólnie z wojewódzkimi władzami jesteśmy inicjatorami powstania Lubelskiego Klastra Lotniczego. Organizacja skupia już ok. 30 firm, integruje środowiska przemysłowe, naukowe i samorządowe. Myślę, że z czasem będzie się coraz bardziej liczyć w Dolinie Lotniczej. Integracja w ramach klastra była naturalna: wynikała z lokalnych związków miejscowych uczelni: Politechniki Lubelskiej, UMCS, KUL oraz WSK Świdnik. Firma od lat zlecała miejscowym laboratoriom politechnicznym badania, obecnie organizuje u siebie staże, funduje stypendia, wreszcie daje pracę młodym inżynierom i absolwentom lubelskich uniwersytetów.