Moje miasto Łódź

O mundialu w Hiszpanii sprzed 35 lat i relacjach futbolowych w Łodzi. mówi Marek Dziuba, były reprezentant Polski, piłkarz i trener ŁKS oraz Widzewa.

Publikacja: 04.07.2017 23:00

Rz: Wychowanek ŁKS zostaje kapitanem Widzewa. Czy dziś byłoby to możliwe?

Marek Dziuba: Trudno powiedzieć. Animozje były zawsze, co w stosunkach klubów z jednego miasta, o dużych ambicjach jest w sumie dość normalne. Były transfery piłkarzy i trenerów z ŁKS do Widzewa lub odwrotnie, jednak ich bohaterowie nie zawsze byli mile widziani w nowych miejscach. Mój przypadek był inny. Zostałem szybko zaakceptowany przez kibiców.

Młodsi kibice nie wiedzą jak Marek Dziuba grał. A o panu mówiło się, że nigdy na boisku pan nie udawał, nie kalkulował. Taka postawa podoba się każdej publiczności, bez względu na miasto.

Może dlatego mnie tak szybko zaakceptowano, kulisy były też takie, że po 11 latach spędzonych w ligowym ŁKS, ktoś tam uznał, że już się nie nadaję. Pozbyli się mnie bez żalu, więc miałem motywację, by pokazać, że się mylili. A że trafiło na Widzew to inna sprawa. Po kilku miesiącach sami zawodnicy wybrali mnie na kapitana, co sprawiło mi szczególną radość. I choć w ŁKS grałem dłużej, to w Widzewie osiągnąłem największy sukces: zdobyłem Puchar Polski.

Z małym pechem w finale, w roku 1985.

No właśnie. Graliśmy z GKS Katowice, na stadionie Legii w Warszawie. U nas m.in. Heniek Bolesta w bramce, w obronie ja z Romkiem Wójcickim, a w ataku Włodek Smolarek i Darek Dziekanowski. U nich Janek Furtok, a w obronie Krzysztof Zając, obecny prezes Korony Kielce. Po 90 minutach był remis 0:0, a tuż po rozpoczęciu dogrywki odniosłem kontuzję i musiałem zejść z boiska. Na szczęście wygraliśmy na karne. W ten sposób Widzew jedyny raz zdobył Puchar Polski. Naszym trenerem był wtedy Bronisław Waligóra, który w trakcie sezonu zajął miejsce Władysława Żmudy. Pół roku po tym finale kończyłem 30 lat.

Właśnie obchodzimy inną, nie okrągłą wprawdzie, ale ważną rocznicę. 35 lat temu reprezentacja Polski walczyła na mundialu w Hiszpanii...

Wiem, nigdy nie zapomnę, bo to są najmilsze momenty w mojej karierze. Dla takich meczów jak wtedy warto trenować całe życie. A prawdę mówiąc, nie miałem pewności, czy w ogóle na te mistrzostwa pojadę, mimo że w kilku meczach byłem kapitanem reprezentacji. Konkurencja na bocznej obronie była duża. W kadrze znalazło się sześciu obrońców. Zaczynałem mundial jako rezerwowy, a skończyłem jako prawy obrońca trzeciej drużyny świata.

Czuliście, że możecie osiągnąć taki sukces?

A skąd. Mieliśmy poczucie, że nie jesteśmy najgorsi, ale pamiętajmy, że w Polsce trwał stan wojenny i reprezentacja przez pół roku przed mundialem nie rozegrała żadnego oficjalnego meczu. Nie znaliśmy swoich możliwości, atmosfera w kraju też nie sprzyjała koncentracji. Wszystko było postawione na głowie. W dodatku dwa pierwsze mecze – z Włochami i Kamerunem – zakończyły się remisami 0:0 i, mówiąc delikatnie, nie było różowo.

Dziennikarze zadawali sobie pytanie, czy ktoś przyjdzie na lotnisko witać drużynę, która nie wygrała ani jednego meczu.

Wiedzieliśmy, że nasz los zależy od trzeciego meczu – z Peru. Musieliśmy wygrać. W dniu tego meczu, po śniadaniu kazano nam się ubrać w wyjściowe garnitury i zejść do sali konferencyjnej hotelu. Kierownictwo zrobiło nam odprawę, odwołując się do wartości patriotycznych. Padały więc słowa „ojczyzna", „honor" i tak dalej. Zebranie partyjne dla bezpartyjnych. Zupełnie jak byśmy sami nie wiedzieli, że po prostu trzeba wygrać. Ale strach był.

Nawet pan się tak czuł? Przecież znowu zaczął pan mecz na ławce.

W tej atmosferze każdy się bał, że jak popełni jakiś błąd, to może zostać odebrane jak świadome działanie. To było chore. W takich okolicznościach doczekałem się debiutu na mundialu. Janek Jałocha złapał kontuzję i w 26. minucie, pamiętam jak dziś, zająłem jego miejsce na lewej obronie. Z jego bratem Kazikiem grałem w ŁKS. Początkowo czułem się w tym meczu jak debiutant, mimo że miałem za sobą ponad 40 meczów w kadrze. Wszyscy byliśmy spięci. Do przerwy 0:0, pozostało 45 minut, by zapewnić sobie awans, a przecież przez dwa i pół meczu nie strzeliliśmy ani jednej bramki. No i kiedy po przerwie Włodek Smolarek zdobył pierwszą, wreszcie się odblokowaliśmy. W ciągu 20 minut wbiliśmy Peruwiańczykom pięć goli i awansowaliśmy. Tak się zaczęła piękna droga.

A my nagle zaczęliśmy w was wierzyć.

Z kibicami i dziennikarzami tak jest: jednego dnia kochają, drugiego nienawidzą i na odwrót. Piłkarze i trenerzy muszą się do tego przyzwyczaić. Ale faktem jest, że od spotkania z Peru dawaliśmy powody do radości. Zwycięstwo otworzyło nam furtkę na wielki piłkarski świat. Zbyszek Boniek w meczu z Belgią zrobił coś wyjątkowego. Strzelić trzy gole w ćwierćfinale mistrzostw świata to wielka sztuka. No i potem walka z Rosjanami. Zdawaliśmy sobie sprawę, że remis daje nam miejsce w czwórce najlepszych na świecie. To była wojna. Oni grali bardzo dobrze, my też. Każdy pamięta szarże Włodka Smolarka i jego przetrzymywanie piłki przy narożnej chorągiewce, żeby zabrać czas. Ja miałem problem, bo po mojej prawej stronie boiska grał Grzesiek Lato, który był znakomity, ale chwilami już ledwo zipał i cofał się na moją pozycję, by odpocząć. Więc mówię mu, by odpoczywał z przodu, bo tam ktoś go będzie pilnował, a mnie tylko przeszkadza.

Pan musiał pilnować Olega Błochina. To był wtedy ktoś taki, jak Gareth Bale dziś. A może i lepszy, bo zdobył Złotą Piłkę dla najlepszego gracza Europy.

To było moje przekleństwo. Przez Błochina nie pojechałem w 1978 roku na mundial w Argentynie. Graliśmy mecz ze Związkiem Radzieckim w Wołgogradzie. Oni wygrali 4:1, Błochin strzelił dwie bramki, które śniły mi się po nocach. Od tamtej pory Jacek Gmoch nie powoływał mnie do kadry. Teraz wziąłem odwet i Błochin sobie nie pograł. To było trochę ważniejsze niż tamten towarzyski mecz.

Można powiedzieć, że przez kilkanaście dni na mundialu Polska była gospodarzem Camp Nou.

Rozgrywaliśmy tam trzy mecze: z Belgią, ZSRR i półfinałowy z Włochami. Rozbieraliśmy się w szatni Barcelony, a przed meczami spotykaliśmy się w kaplicy, przed figurką Matki Boskiej z Monserrat, do której od lat modlą się najlepsi piłkarze świata. Nastroje radykalnie się odmieniły, nikt nam już politycznych operatywek nie urządzał i gdyby z Włochami mógł zagrać Boniek, to może Polska wystąpiłaby w finale.

Pamiętam inny pański mecz: przeciw Holandii w Chorzowie.

Mundial jest oczywiście poza konkurencją. Ale w czasach trenera Ryszarda Kuleszy pokonaliśmy Holandię 2:0, na oczach prawie 100 tysięcy ludzi. Jeśli mówimy, że jakaś sytuacja z boiska nam się śni, to ja miałem właśnie taką w tym spotkaniu. Biegłem z piłką na pole karne Holendrów i nagle znalazłem się sam na sam ze Schrijversem. Jak rozłożył ręce od słupka do słupka to zgłupiałem. Na szczęście po chwili Włodek Mazur „zrobił Panenkę", czyli strzelił gola z karnego w stylu Czecha z finału mistrzostw Europy. Legendarny skrzydłowy Rob Rensenbrink sobie po mojej stronie nie pograł. Podobno potem pytał, jak się nazywa ten prawy obrońca z Polski, bo mnie nie znał. Miło się takie rzeczy wspomina. Tym bardziej że czuliśmy wtedy wsparcie kibiców z całej Polski, nie było żadnych podziałów na sympatyków ŁKS, Widzewa, Legii czy klubów śląskich.

Teraz znowu tak jest. Może dlatego, że reprezentacja dobrze gra. Ogląda pan mecze?

Z 53 występami w kadrze jestem członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta i Zbyszek Boniek wysyła mi na każdy mecz zaproszenia do loży Stadionu Narodowego. Na spotkaniu z Rumunią też byłem. Ładnie chłopaki grają. Na pewno pojadą na mundial.

Ale piłkarzy ŁKS i Widzewa niestety w kadrze nie ma. Wielkie miasto w centrum Polski, z bogatymi tradycjami futbolowymi nie ma klubu nawet w drugiej lidze.

Co ja panu mogę powiedzieć... Żal. ŁKS roztrwonił przewagę, jaką miał po rundzie jesiennej. Zamiast chłopaków z Łodzi sprowadził piłkarzy z innych miast i źle na tym wyszedł. A u nas talentów nie brakuje. I jeszcze są tańsi, bo nie trzeba im płacić za mieszkania. Mnie w Łodzi zawsze było dobrze. Dopiero na kilka ostatnich lat kariery wyjechałem do Belgii.

To prawda, że pańskim pierwszym trenerem był dziennikarz sportowy?

Jak najbardziej. Pan Władysław Lachowicz, wilniuk, legenda łódzkiego dziennikarstwa. To on stworzył szkółkę piłkarską ŁKS. Jako dziennikarz „Głosu Robotniczego" zamieszczał ogłoszenia o naborze i w ten sposób ja tam trafiłem. Pan Władysław był moim pierwszym trenerem. Miałem wtedy 14 lat. A w wieku 18 zadebiutowałem w meczu ligowym ŁKS. Jego trenerem był wtedy znany pomocnik tej drużyny i reprezentacji Polski Paweł Kowalski. O przejściu do Widzewa 11 lat później już wspominałem. Nie miałem z tym problemów moralnych. Cała Łódź jest moim miastem i nie dzielę jej na ŁKS i Widzew.

Obydwa kluby mają panu co zawdzięczać również jako trenerowi. Z ŁKS zdobył pan mistrzostwo, a z Widzewem wicemistrzostwo Polski. To ostatnie takie sukcesy łódzkiej piłki. Od tamtej pory minie wkrótce 20 lat.

Kiedy w roku 1998 w eliminacjach do Ligi Mistrzów przyjechał do Łodzi Manchester United, to zremisował 0:0. Janek Tomaszewski mówił: gdzie wy pasowaliście do Manchesteru. Może miał rację, ale gdyby wtedy klub nie sprzedał Tomka Kłosa i Mirka Trzeciaka, to kto wie jak by to się skończyło. Mogę sobie gdybać, bo mi żal. Manchester wygrał wtedy Ligę Mistrzów, a to był jedyny mecz, w którym nie zdobył bramki, mimo że miał w składzie Davida Beckhama, Ryana Giggsa, Teddy'ego Sheringhama, Paula Scholesa czy Gunnara Solskjarea.

Rozmawiał pan wtedy z Alexem Fergusonem?

Tylko na konferencji prasowej. Prawdę mówiąc, potraktował nas trochę z góry.

Chodzi pan na mecze ŁKS i Widzewa?

Oczywiście. Widzew nie zaprosił mnie na otwarcie stadionu, a na derby z ŁKS kupiłem sobie bilet w kasie, za 50 złotych. Ważne, że kibice pamiętają. Jestem jeszcze trenerem. To miłe kiedy ojcowie przyprowadzają swoich synów i mówią im, że będzie ich uczył pan, który grał w reprezentacji Polski na mistrzostwach świata.

CV

Marek Dziuba (urodzony 19 grudnia 1955 roku w Łodzi). 53-krotny reprezentant Polski (1973–1984), uczestnik mistrzostw świata w Hiszpanii (1982, III miejsce). Zawodnik ŁKS (1969–1984), Widzewa (1984–1987), Sint-Truidense (Belgia, 1987–1992). W polskiej lidze rozegrał 364 mecze (280 w barwach ŁKS, 84 w drużynie Widzewa). Strzelił w nich 15 bramek. Członek Klubu Wybitnego Reprezentanta. Trener m.in. ŁKS (mistrzostwo Polski, 1998), Widzewa (wicemistrzostwo, 1999), Ceramiki Opoczno, KS Paradyż, Włókniarza Konstantynów Łódzki, Startu Brzeziny, drużyn młodzieżowych Startu Łódź, SMS Łódź. ©?

Rz: Wychowanek ŁKS zostaje kapitanem Widzewa. Czy dziś byłoby to możliwe?

Marek Dziuba: Trudno powiedzieć. Animozje były zawsze, co w stosunkach klubów z jednego miasta, o dużych ambicjach jest w sumie dość normalne. Były transfery piłkarzy i trenerów z ŁKS do Widzewa lub odwrotnie, jednak ich bohaterowie nie zawsze byli mile widziani w nowych miejscach. Mój przypadek był inny. Zostałem szybko zaakceptowany przez kibiców.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Regiony
Odważne decyzje w trudnych czasach
Materiał partnera
Kraków – stolica kultury i nowoczesna metropolia
Regiony
Gdynia Sailing Days już po raz 25.
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą