W Galicji i na Mazowszu bałagan, gadulstwo, duch wiecznej konspiracji i improwizowania, a w Poznaniu zadziwiające poczucie spokoju, jakby przewalające się przez Polskę koła historii to akurat miasto szczęśliwie omijały. Wszystko było w Poznaniu jakoś bardziej ustabilizowane, porządniejsze, bliższe jakiejś nieosiągalnej w czasach komunistycznych cywilizacyjnej rutynie. Skąd się to brało? To do dziś dla mnie zagadka.
Może kwestia ciągłości historii? Stabilności miasta, z którego nie wyganiano albo nie przeganiano, jak z Warszawy, Krakowa i Wrocławia? Może spokojne poczucie stabilności materialnej, bo przecież Poznania nigdy nie zniszczono, a wielkopolskie mieszczaństwo miało unikalną szansę bogacić się nieprzerwanie od czasów piastowskich? Nie wiem. Takie były moje wrażenia i takie, przyznaję, odrobinę żartobliwe spekulacje.