Pomocnik mistrzów

Będąc zawodowcem, trzeba umieć pracować dla każdego. Trzeba dobrze wykonywać swoje zadania bez względu na nazwisko lidera – mówi Maciej Bodnar, zwycięzca etapu w Tour de France.

Publikacja: 24.08.2017 22:00

Maciej Bodnar

Maciej Bodnar

Foto: AFP

Rz: Miesiąc temu wygrał pan w Marsylii przedostatni etap Tour de France. Czy zwycięstwo etapowe w najbardziej prestiżowym wyścigu na świecie zmienia życie kolarza?

Maciej Bodnar: Każdy z nas marzy o tym, żeby wystartować w Tour de France, dla niektórych sam udział to największe osiągnięcie w karierze, a co dopiero wygrana etapowa. Co prawda nie mogę tego porównać ze zwycięstwem w Giro czy w Vuelcie, bo tam mi się nie udawało tego zrobić, ale poczułem, że w Marsylii dokonałem czegoś wyjątkowego. W peletonie mówi się, że tour to tour, podkreślając jego wagę, prestiż, renomę. Wydźwięk zwycięstwa etapowego jest ogromny. Wiem, że zostało wpisane na trwałe do moich osiągnięć i to na pierwszym miejscu.

Czy fakt, że wygrał pan etap w przedostatnim dniu wyścigu, kiedy rozstrzygało się zwycięstwo Christophera Froome'a w klasyfikacji generalnej, nie osłabił rangi tego sukcesu?

Wprost przeciwnie. To był najbardziej odpowiedni moment. Prowadzący Froome jechał jako ostatni, ja byłem wtedy pierwszy i jego czas był porównywany do mojego. Zyskałem na tym medialnie i sportowo. Wygrałem przecież nie tylko z Michałem Kwiatkowskim, którego wyprzedziłem o sekundę, ale z Froomem, nie wspominając o mistrzu świata Tonym Martinie. Gdyby czasówka była rozgrywana na 15. albo na 16. etapie, nie miałaby takiego prestiżu. Odczułem to, bo naprawdę wielu znanych kolarzy gratulowało mi występu, jednym z pierwszych był Froome.

Dwa tygodnie później na mistrzostwach Europy w Danii zajął pan drugie miejsce. Ten wynik nie odbił się tak szerokim echem. Jak pan ten drugi sukces stawia we własnej hierarchii?

Mistrzostwa odbywały się w tym czasie co Tour de Pologne. Trudno było więc się przebić. Ta impreza w świecie kolarskim dopiero wychodzi z cienia. Rozgrywana była po raz drugi w kategorii elity, wcześniej to były tylko mistrzostwa do lat 23. Ranga nie jest jeszcze wysoka.

Został pan specjalistą od jazdy indywidualnej na czas z wyboru czy przez przypadek?

Mówi się, że z tym trzeba się urodzić. W kolarstwie już u młodych zawodników widać, kto się nadaje do sprintu, kto będzie dobrym góralem, a kto świetnym czasowcem. Specjalizacja wynika z cech naturalnych. Odkąd pamiętam, od 13.–14. roku życia, chętnie jeździłem na czas i we wszystkich młodszych kategoriach miałem niezłe wyniki. Przykład dał mi brat Łukasz. On także był czasowcem, a ja bardzo chciałem go naśladować.

Brat wprowadził pana do sportu?

Przynosił do domu mnóstwo trofeów. Nie chciałem być gorszy, zazdrościłem mu. Od niego zaczęło się moje kolarstwo. Łukasz w ubiegłym roku skończył ze ściganiem, jeździł w znanych polskich grupach – CCC, Intel, AcitveJet. Wygrywał dobre polskie wyścigi.

Obaj zaczynaliście w Moto Jelcz Laskowice, klubie o ogromnych kolarskich tradycjach.

Kiedyś to był Moto Jelcz Oława, potem Moto Jelcz, w końcu KKS, czyli Kolarski Klub Sportowy Moto Jelcz Laskowice. Naszym pierwszym trenerem był Józef Szaflarski. Zawodnikiem tego klubu był przed laty Zdzisław Wrona (czterokrotny mistrz Polski, uczestnik igrzysk olimpijskich w Seulu 1988 – przyp. red.). Jesteśmy w stałym kontakcie, bo jego syn jest o rok młodszy ode mnie. Razem trenowaliśmy, na zajęcia przyjeżdżał wtedy pan Zdzisław i udzielał – zawsze mądrych – wskazówek. Był profesorem kolarstwa.

Dolny Śląsk wychował wielu wybitnych kolarzy – Ryszard Szurkowski, Henryk Charucki, Dariusz Baranowski, pan, by wymienić tych najbardziej znanych. Skąd ten urodzaj talentów w regionie?

Kiedy ja zaczynałem jeździć, a było to już prawie 20 lat temu, istniało w okolicy mnóstwo kolarskich klubów i odbywało się sporo zawodów w kategoriach młodzieżowych. Pamiętam, że co weekend jeździliśmy do innego miasta albo wsi, by uczestniczyć w wyścigu o puchar a to prezydenta, a to wójta albo sołtysa. Czasami nie było dla mnie miejsca w busie, ale i tak słyszałem już wtedy dużo narzekania, że kolarstwo nie jest w modzie, bo kiedyś na takie wyścigi zawoziło się młodych zawodników zapełnionym po brzegi autobusem.

Pan jest znakomitym czasowcem, ale w drużynach zawodowych pełni rolę pomocnika. Czy łatwo się z nią pogodzić?

Tak wybrałem, takie też były okoliczności. 11 lat temu zostałem zawodowcem i od razu trafiłem do bardzo silnej ekipy – Liquigas. Jeździli w niej Ivan Basso, Vincenzo Nibali, a ja byłem bardzo młody. Istniała pewna hierarchia, której należało się podporządkować. Musiałem jednak wykonywać zadania pomocnika na tyle dobrze, że zaufano mi, bo podpisywałem kolejne kontrakty i liderzy brali mnie ze sobą na najważniejsze wyścigi. Trzeba również wziąć pod uwagę, że nie miałem predyspozycji do wygrywania większych wyścigów czy nawet tygodniowych. Jestem ciężkim kolarzem. W wysokich górach nie czuję się najlepiej. Mogę pojechać dobrze jeden albo drugi etap, ale po średnich górach. Trudno byłoby mi wygrywać wieloetapowe wyścigi. Jeżeli przyjrzymy się czasowcom, są to na ogół mocni pomocnicy na płaskim terenie lub ewentualnie zawodnicy dobrze jeżdżący klasyki. Teraz pracuję dla mistrza świata, Słowaka Petera Sagana, jednego z najlepszych specjalistów od klasyków. Jestem zadowolony, bo inaczej jest pracować dla przeciętnego lidera, a inaczej dla zwycięzcy najbardziej prestiżowych klasyków. W peletonie doskonale zdają sobie sprawę, że Sagan nie wygrywa sam i doceniają rolę kolarzy takich jak ja – pomocników.

Dla kogo przyjemniej się pracowało – dla Nibalego czy dla Sagana?

Będąc zawodowcem, trzeba umieć pracować dla każdego. Nie ma prawa wyboru. Trzeba dobrze wykonywać swoje zadania bez względu na nazwisko lidera. Różnica jest taka, że z Peterem jesteśmy świetnymi kumplami i łatwiej jest mi właśnie jemu pomagać.

We wrześniu na mistrzostwach świata w wyścigu ze startu wspólnego będzie pan pracował dla byłego mistrza Michała Kwiatkowskiego.

I będę to z kolegami robił najlepiej jak potrafię. Mamy silną drużynę, a Michał po tak udanym sezonie jest teraz bardzo skoncentrowany na mistrzostwach. Chce powtórzyć wyczyn z Ponferrady, gdzie zdobył złoto.

Jakie są pańskie oczekiwania w jeździe indywidualnej na czas?

Ciężko mi określić, czy będę walczyć o to, by poprawić czwarte miejsce z ubiegłego roku z Kataru, czy o pozycję w pierwszej dziesiątce. Na poprzednich mistrzostwach trasa bardziej mi pasowała, w Norwegii jest bardzo dziwna i trudna. W końcówce czeka nas 2,5-kilometrowy podjazd z miejscami z 9-procentowym nachyleniem. Taka trasa faworyzuje lżejszych czasowców. Obawiam się też pogody – zimna, deszczu. Lepiej jeździ mi się w cieple. Ale nie chcę się tłumaczyć, analizuję tylko sytuację. Wystartuję także w jeździe drużynowej na czas, liczymy na dobry rezultat mojej grupy Bora-Hansgrohe.

Wracając do Tour de France, czy po tym wyścigu i zwycięstwie na Stade Velodrome w Marsylii został pan kibicem Olympique?

Nie bardzo orientuję się, kto gra w tym klubie i w ogóle nie mam pojęcia o lidze francuskiej. Oglądam mecze polskiej reprezentacji, mieszkam we Wrocławiu, czasem zerknę, jak radzi sobie Śląsk. Ale stadion w Marsylii jest przepiękny, o świetnej akustyce. Spędziłem na nim trzy godziny. Czekałem w napięciu na tzw. gorącym krześle, śledząc wyniki kolejnych przyjeżdżających kolarzy i słuchając wrzawy 30 tysięcy kibiców. Czułem się trochę jak piłkarz.

CV

Maciej Bodnar, ur. w 1985 w Oławie. Pochodzi z Chrząstawy Małej, obecnie mieszka we Wrocławiu. Czterokrotny mistrz Polski w jeździe na czas. Zwycięzca 20. etapu Tour de France (2017). Czwarty zawodnik mistrzostw świata w Katarze (2016), szósty na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro (2016), wicemistrz Europy w indywidualnej jeździe na czas (2017). Kolarz grupy Bora-Hansgrohe.

Rz: Miesiąc temu wygrał pan w Marsylii przedostatni etap Tour de France. Czy zwycięstwo etapowe w najbardziej prestiżowym wyścigu na świecie zmienia życie kolarza?

Maciej Bodnar: Każdy z nas marzy o tym, żeby wystartować w Tour de France, dla niektórych sam udział to największe osiągnięcie w karierze, a co dopiero wygrana etapowa. Co prawda nie mogę tego porównać ze zwycięstwem w Giro czy w Vuelcie, bo tam mi się nie udawało tego zrobić, ale poczułem, że w Marsylii dokonałem czegoś wyjątkowego. W peletonie mówi się, że tour to tour, podkreślając jego wagę, prestiż, renomę. Wydźwięk zwycięstwa etapowego jest ogromny. Wiem, że zostało wpisane na trwałe do moich osiągnięć i to na pierwszym miejscu.

Pozostało 90% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Materiał Promocyjny
Jak sztuczna inteligencja może być wykorzystywana przez przestępców cybernetycznych?