Mniej dotacji dla regionów

autor zdjęcia: Piotr Guzik źródło: Fotorzepa

W związku z brexitem, z tym, że Polska jest bogatsza, że nie mamy sukcesów w zakresie dyplomacji na poziomie UE, szacujemy, że przynajmniej o jedną czwartą będziemy mieć mniej pieniędzy na politykę spójności w Polsce.

Możemy się więc spodziewać, że w województwach też będzie mniej pieniędzy – mówi Olgierd Geblewicz, marszałek województwa zachodniopomorskiego.

Przed nami ostatni rok obowiązywania budżetu UE na lata 2014– 2020. Właśnie z niego finansowane są regionalne programy operacyjne zarządzane przez samorządy. Wiadomo już co dalej?

Olgierd Geblewicz: Programy regionalne będą działać do 2023, ponieważ w tej perspektywie mamy zasadę N+3. To oznacza, że choć budżet jest ustalony do końca 2020, to wydatki będzie można ponosić trzy lata dłużej, do 2023 roku. Do tego czasu będziemy więc żyć w realiach właśnie tych funduszy, które mamy już przyznane. No, ale jednocześnie od 1 stycznia 2021 roku powinniśmy ruszyć z nową perspektywą finansową, a więc również nowymi funduszami.

I ruszymy?

Dzisiaj w to wątpię. Z dotychczasowych doświadczeń wiemy, że choć Komisja Europejska ma ambitne plany, to najpierw musi być wypracowany nowy budżet Unii Europejskiej. Spodziewam się, że to może nastąpić dopiero w połowie przyszłego roku.

Czyli na korzystanie z funduszy, które są kołem zamachowym dla tysięcy inwestycji w Polsce, mamy jeszcze cztery lata.

Tak. Nie trzeba tłumaczyć mieszkańcom, jak wielkie zmiany czynią fundusze unijne. Ci wszyscy, którzy się nimi zajmują, wiedzą, że w dużej części udaje nam się realizować inwestycje w gminach czy też dofinansowywać zachodniopomorskie firmy właśnie dzięki funduszom z tzw. puli regionalnej, a więc z tych środków unijnych, które Bruksela powierzyła bezpośrednio marszałkom. Dla nas, samorządowców, najważniejsza jest właśnie ta pula pieniędzy. Zastanawiam się, ile pieniędzy w perspektywie finansowej na lata 2021–2027 trafi nie tylko do Polski, ale też do województw. W obecnie realizowanym budżecie UE aż 40 proc. wszystkich pieniędzy, jakie trafiły do Polski, przekazano właśnie regionom. To było w sumie 32 mld euro.

Pomorze Zachodnie dostało z tego 1,6 mld euro. Ile udało się już wykorzystać?

Podpisane umowy obejmują około 70 proc. puli. Pieniędzy już wydanych jest mniej, bo stanowią one około 30 proc. Mamy jednak świadomość, że wydatki będzie można ponosić aż do 31 grudnia 2023 roku, myślę więc, że podobnie jak w poprzedniej perspektywie nie stracimy ani jednego euro.

Mówimy o pieniądzach przeznaczonych na politykę spójności.

Tak, na poziomie regionów wykorzystujemy pieniądze w ramach polityki spójności. Składają się na nie trzy fundusze. Przede wszystkim Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego, i z tej puli pochodzi najwięcej pieniędzy w regionach. Bardzo ważny zastrzyk pieniędzy jest też z Europejskiego Funduszu Społecznego, ponieważ w tej perspektywie województwa wydają pieniądze na tworzenie nowych miejsc pracy, podnoszenie kompetencji. Trzecim segmentem jest sam Fundusz Spójności, który jest też używany na poziomie krajowym do budowy infrastruktury, dróg, kolei. Korzystamy z szeroko pojętej polityki spójności, aby w UE nie było dużych różnic w standardzie życia, w poziomie rozwoju. Ci, którzy są słabsi, mają dodatkowe pieniądze, a ci bogatsi płacą je, by wyrównać ich szanse.

Chodzi o szanse i spójność nie tyle na poziomie unijnych krajów, ile ich regionów?

Dokładnie. Pamiętajmy, że na to, jaka część pieniędzy trafia do danego kraju, ma wpływ jego poziom PKB, mierzony również właśnie na poziomie regionalnym. To oznacza, że regiony poniżej 75 proc. średniej unijnej PKB są regionami objętymi polityką spójności. W Polsce było to początkowo 16 regionów, teraz jest ich 15, bo już bez Mazowsza. W przyszłej perspektywie z racji wzrostu PKB mogą wypaść kolejne polskie regiony: Dolny Śląsk, Wielkopolska i Pomorskie.

Granica 75 proc. unijnego PKB jest co prawda sztywna, ale nic nie jest jeszcze przesądzone.

Bo nie wiemy, jaka będzie metodologia liczenia, z którego roku będą wzięte dane. Faktem jest, że kolejne polskie regiony wejdą do puli przejściowej, czyli przekroczą poziom 75 proc. unijnego PKB, ale nie osiągną jeszcze 85 proc. To oznacza, że nie stracą w pełni strumienia pieniędzy, ale ten kurek będzie dla nich już mocno przykręcany i muszą przyzwyczajać się do życia bez środków unijnych. Dalej będą korzystać z funduszy społecznych, z Interregu, ale to już nie są takie finanse, które są głównym kołem napędowym. Tak się dzieje w większości krajów UE, że regiony lepiej rozwinięte nie korzystają z polityki spójności. A dzisiaj część naszych regionów staje się bogatsza niż regiony w Portugalii czy Grecji. Powinniśmy się z tego cieszyć, bo nie będziemy musieli się już utrzymywać z czyichś pieniędzy, ale samodzielnie.

Większość polskich regionów wciąż jednak będzie się kwalifikować do polityki spójności. Dlatego tak ważna jest debata, jaka trwa, na temat budżetu na lata 2021–2027. Jakie zmiany mogą nastąpić dla tych, którzy dalej się kwalifikują do polityki spójności?

W związku z brexitem, z tym, że Polska jest bogatsza, że nie mamy sukcesów w zakresie dyplomacji na poziomie UE, szacujemy, że przynajmniej o jedną czwartą będziemy mieć mniej pieniędzy na politykę spójności w Polsce. Możemy się więc spodziewać, że w województwach też będzie mniej pieniędzy. Poprzedni rząd, czyli PO, mocno stawiał na wymiar regionalny, zdecentralizował zarządzanie znaczną część pieniędzy, dzięki czemu są one wydawane mądrze na autentyczne potrzeby na samym dole, które ludzie dostrzegają. Czy przyszły rząd, który będzie decydował o rozdziale funduszy, też będzie się starał je decentralizować? Boję się, że w związku z tym, że od 4 lat mamy w Polsce mocno centralistyczną tendencję, będzie również pokusa, by centralizować fundusze unijne. To się może skończyć jak z programem „Czyste powietrze”, czyli funduszami unijnymi do walki ze smogiem, które zostały scentralizowane. Mówiliśmy: „Włączcie nas, samorządowców, do programu, bo inaczej nie dacie sobie rady z wdrożeniem, przerobieniem tak dużej liczby wniosków. To są skomplikowane procedury”. Wówczas rząd powiedział: „Nie, my wiemy najlepiej, to rząd będzie rozdawał pieniądze dla ludzi”. Kiedy wpłynęły tysiące wniosków do wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, okazało się, że system się zablokował. Dzisiaj eksperci szacują, że jeżeli w takim tempie te pieniądze będą wydatkowane, to potrwa to jeszcze 40 lat. W tej chwili KE zagroziła, że zabierze pieniądze na działanie antysmogowe. Czy rząd wyciągnie z tego wnioski – tego nie wiemy. Wydaje się, że powinien, ale czasami pokusa zawładnięcia pieniędzmi i władzą jest silniejsza od rozumu. Tego się obawiamy.

Kto decyduje o sposobie wydatkowania?

Wszystkie ciała unijne, a na końcu Rada Europejska, czyli premierzy wszystkich krajów, które muszą osiągnąć kompromis. Druga rzecz to na co pieniądze trafią w nowej perspektywie. Cele tematyczne wyznaczone przez Komisję Europejską są bardzo wąskie. Mamy przede wszystkim innowacyjną gospodarkę i zieloną Europę, a więc wszystkie działania proekologiczne. Na te dwa działania łącznie będzie przeznaczone 65 proc. wszystkich pieniędzy, które dostaną kraje unijne. Polska też będzie zobligowana wydawać środki na te dwa cele. Pozostałe 35 proc. zostanie na infrastrukturę, a więc największe wydatki, jakie dotychczas ponosiliśmy, a także na sprawy społeczne, czyli zdrowie, rynek pracy. Ostatni cel to Europa bliżej obywateli – tutaj jest cały wachlarz działań: od kultury po rewitalizację. To zadania bardzo kosztochłonne, a środki będą ograniczone. I teraz pytanie – jak sprostać tym wyzwaniom? W dodatku, co jest kluczowe, dotychczas przyzwyczailiśmy się, że beneficjent w postaci polskiego samorządu korzysta z 85 proc. dofinansowania. A tylko 15 proc. wynosi wkład własny. Tymczasem UE mówi, że jeżeli jesteście regionem biedniejszym, to dołożymy wam już nie 85 proc., ale 70 proc. Pozostałe 30 proc. musicie dać sami. A jeżeli jesteście już bogatsi, to dofinansowanie może spaść do 60 proc.

Na jakim etapie są te zmiany?

Są umieszczone w dokumentach Komisji Europejskiej, co oznacza, że są wciąż na poziomie negocjacji. Marc Lemaitre, dyrektor generalny ds. polityki regionalnej i miejskiej w KE, mówi mniej więcej tak: dlaczego się martwicie? Dzięki zmianom będziecie mieć więcej inwestycji. A kiedy my pytamy o to, skąd te nasze najbiedniejsze samorządy mają wziąć środki na wkład własny, on odpowiada: nie jest powiedziane, że muszą je mieć samorządy. Tę część przecież może dać wasz rząd. Oczywiście to możliwe, ale na razie widzimy, że w Polsce tendencja jest dokładnie odwrotna.

Nawiązuje pan do zmniejszenia wpływów z tytułu podatku PIT?

W Polsce już nikt nie myśli, że samorządy mogłyby dostać więcej z budżetu państwa, bo już wiadomo, że będą mieć mniej. Zostaną dotknięte tzw. piątką Kaczyńskiego, czyli obietnice Prawa i Sprawiedliwości zostały wprost przerzucone na samorząd.

Kreśli pan dość pesymistyczny scenariusz. Już teraz samorządy dostaną mniej z budżetu państwa, a wkrótce będą miały mniejszy dostęp do środków unijnych. No i nie wiadomo, kto będzie te pieniądze przyznawać.

Rzeczywiście, kwestia, jak dalej mają rozwijać się samorządy, a co za tym idzie Polska, jest dzisiaj bardzo niejasna. Nie wiemy, ile pieniędzy trafi do regionów, a co za tym idzie – do gmin, powiatów i firm z naszego terenu. Wiemy, że samorządom skurczą się dochody ze względu na prezenty przedwyborcze Jarosława Kaczyńskiego oraz przerzucanie kolejnych kosztów na samorządy. Spowoduje to zmniejszenie, a w niektórych sytuacjach wręcz zablokowanie, możliwości zabezpieczania wkładów własnych do inwestycji, a więc zastopowanie dalszego rozwoju gmin, powiatów i regionu. Jeżeli do tego dołożymy konieczność podwojenia wkładów własnych, to rzeczywiście scenariusz nie wydaje się być optymistyczny. To na razie są zagrożenia, na które można jeszcze reagować. Tylko trzeba dobrego i otwartego dialogu na linii rząd–samorząd, a z tym od 4 lat jest niestety duży problem, co widzimy po tym, jak traktowana jest Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego.

W lutym tego roku przygotowywał pan stanowisko Komitetu Regionów dla Komisji Europejskiej w sprawie walki z fake newsami i dezinformacją w sieci. Coś się wydarzyło od tego czasu?

Nie mamy złudzeń, że walka z dezinformacją to proces, który musi trwać i wymaga systematycznej pracy. Niezależnie od działań, które podejmie Komisja Europejska, przymuszając platformy społecznościowe do weryfikacji kont, ograniczania handlu danymi oraz blokowania treści nieodpowiednich, to po naszej stronie, władz samorządowych, leży kwestia edukacji. Staramy się pokazywać cyfrowe zagrożenia zachodniopomorskiej młodzieży. Kilka tygodni temu zorganizowaliśmy warsztaty dla grupy 50 osób, gdzie eksperci prezentowali metody weryfikacji faktów, wyjaśniali mechanizmy stojące za fake newsami. Widziałem niesamowitą pasję i dużą odpowiedzialność, taką postawę obywatelską. Zresztą nie tylko ja, bo wszyscy członkowie Komisji CIVEX, którzy uczestniczyli w wizycie studyjnej w naszym regionie.

Jakie pomysły ma UE na skuteczną walkę z fake newsami? Czy chce ograniczać i wprowadzać obostrzenia wobec platform social mediowych, czy też raczej edukować i wzmacniać tradycyjne media jako kontrę dla nich?

UE ma świadomość, że dezinformacja istniała, odkąd powstał świat. Mamy świadomość, że dzisiaj problemem jest skala, bo w obecnych czasach każdy może być dostarczycielem informacji, nie tylko dziennikarz. I co gorsza, ani ten użytkownik, ani żadna firma nie ponosi odpowiedzialności za treści, które kolportuje. W dotychczasowym ładzie, jaki mieliśmy, nawet jeżeli jakieś medium sprzyjało jakiejś władzy, gdy dochodziło do manipulacji albo przekłamania, to ponosiło pełną odpowiedzialność prawną. Dzisiaj nikt za nic nie odpowiada. Z drugiej strony nie możemy ludziom zakazać wypowiadania się. Tutaj wchodzimy w fundament Europy, jakim jest europejska karta praw podstawowych.

Czyli po prostu wolność słowa.

Tak. I w związku z tym zestaw narzędzi, jakie mamy w Europie, jest wąski. Trzeba działać na wielu płaszczyznach. Z jednej strony należy twardo wymagać od firm, które zarabiają gigantyczne pieniądze na tym, że sami sprzedajemy im swoją prywatność, żeby nas z tej prywatności w pełni nie obdzierały, nie wystawiały nas w sposób ordynarny na kłamstwa, manipulacje i dezinformacje. Żeby po prostu nie handlowały naszymi danymi i ich nie sprzedawały. To jest rola instytucji, ale nie da się tego wyrugować w stu procentach. Dlatego tak ważny jest czynnik miękki, czyli edukacja i uświadamianie.

Czy w przyszłym budżecie unijnym mają być na to środki, na wsparcie mediów instytucjonalnych, na edukację?

Tego wprost nie widać, bo to również wrażliwa sprawa. Łatwo sobie wyobrazić, że ktoś kto ma władzę, będzie używać unijnych pieniędzy do kupowania sobie mediów. KE jest w pełni tego świadoma. W związku z tym będzie pytanie, w jaki sposób wspierać media odpowiedzialne i media tradycyjne, jednocześnie nie uzależniając jednych od drugich, bo to, co stanowi największą wartość mediów w demokracji, to ich niezależność. Niestety, każda władza ma pokusę do uzależniania. Jedna ma większą, co w Polsce widzimy na przykładzie PiS, ale dzieje się to też w innych krajach w różnym stopniu.

Boicie się, że pieniądze będą środkiem nacisku i wpływu?

Nie chodzi o nasze odczucia, to powszechne odczucie w samej Komisji Europejskiej. Z jednej strony wspieranie mediów odpowiedzialnych, a więc budowanie społeczeństwa świadomego, jest w naszym interesie, ale z drugiej trwa dyskusja, czy da się to zrobić, nie uzależniając mediów od pewnych czynników politycznych, bo to też uderzałoby w nasze prawa podstawowe.

A pana zdaniem – da się to zrobić czy nie?

W mojej opinii da się, jeżeli wymusi się na poziomie wszystkich dysponentów funduszy unijnych bardzo dużą transparentność, jeżeli chodzi o wybór chociażby ogłoszeniobiorców, promocji unijnej. W tym zakresie, jeżeli chodzi o fundusze centralne, tej transparentności u nas nie ma, a wiemy doskonale, że fundusze, które idą na budżety reklamowe, pozwalają utrzymywać się tradycyjnym mediom. Tylko zwiększanie transparentności daje szanse. Pieniądze na promocję projektów unijnych były, ale nie potrafię odpowiedzieć, czy będą na budowanie świadomego społeczeństwa. Nie mam cienia wątpliwości, że jasne warunki gry muszą być narzucone przez Brukselę. Nie wierzę, że w Polsce czy na Węgrzech powstaną tego typu warunki. Ale trzeba próbować. ©℗

—rozmawiał Michał Stankiewicz

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Regiony zdają egzamin z unijnych dotacji

Choć różnice w wykorzystaniu funduszy UE pomiędzy województwami są spore, opóźnień nie ma już ...

Park wodny na warszawskim Moczydle

Jak gorąco, to na basen

Rewitalizacja starych pływalni i budowa nowoczesnych parków wodnych – tak miasta chcą zapewniać ochłodę ...

Urząd miasta też musi uważać na RODO

Jednym z powodów nałożenia kary w wysokości 40 tys. na burmistrza było to, że ...

Prezydent Łodzi: pracownicy przyciągają inwestorów

Ulgi w podatkach były bardzo istotnym czynnikiem dla potencjalnych inwestorów, ale straciły na znaczeniu. ...

Równość w urzędzie

Równe traktowanie ze względu na płeć, wiek, stan zdrowia, niepełnosprawność, pochodzenie, narodowość, rasę, religię, ...

Łódź staje się nową stolicą stand-upu     

Największe gwiazdy polskiego stand-upu wystąpią w listopadzie w Atlas Arenie podczas pierwszej edycji „Łódź ...