Dla statystycznej pogodynki w lecie „góry" ograniczają się do Podhala i Tatr, a w wersji klaustrofobicznej oznaczają wyłącznie Zakopane. Niektóre pogodynki słyszały jeszcze o Bieszczadach, przy czym synonimem Bieszczad są... Karpaty. Najwyraźniej teren między Tatrami a Komańczą według pogodynek należy do jakiegoś innego łańcucha górskiego albo nie jest godny uwagi, bo nie pielgrzymują tam tłumy turystów.

W zimie prognoza pogody ulega zmianie przez narciarzy. Teraz „góry" to oprócz Tatr i Bieszczad/Karpat także Beskidy. Niech nikogo nie zwiedzie liczba mnoga. Chodzi wyłącznie o Beskid Śląski. Beskid Sądecki pojawia się w prognozach jedynie w formie szczątkowej pod hasłem Krynica. W tym momencie wyłączam telewizor, bo wiem rzecz najważniejszą: mój Beskid Sądecki ciągle nie jest objęty prognozą pogody, bo dalej nie jeżdżą tam tłumy barbarzyńskich turystów. Znowu obok mojej chałupy przy szlaku na Przehybę przejdzie na szczęście tylko kilka osób z plecakami.

Chwała Bogu, bo jakoś nie mogę znaleźć ukojenia w Tatrach, gdzie w dwa wakacyjne miesiące tego roku przebierało nogami w kolejce na Giewont i w kolejce do kolejki na Kasprowy ponad 1 mln 200 tys. „turystów". Gdzie za sprawą żądnych dudków właścicieli fasiągów trasa do Morskiego Oka powinna nosić nazwę „Czyż nie dobija się koni?". Gdzie pseudoturyści (podobieństwo do pseudokibiców nieprzypadkowe) biorą ze sobą w góry zamiast raków i ciepłego swetra puszkę sprayu, by na skałach zostawić ślad swojej miłości do piłkarskiego klubu.

Niestety, zagrożone są nie tylko nasze najwyższe góry. Wójt gminy Ochotnica Dolna w i tak popularne Gorce postanowił przyciągnąć jeszcze więcej letników. Zdobył unijne pieniądze, by wyasfaltować 40 km górskich ścieżek i na kilku szczytach zbudować betonowe tarasy widokowe. Oj, będzie na co popatrzeć! Miejscowa ludność popiera wójta, najwyraźniej podzielając pogląd Sądeckich Lachów, których kiedyś usiłowałem namówić do wspólnego protestu przeciwko wyasfaltowaniu drogi do lasu. Usłyszałem: „Panie Andrzeju. My to uważamy, że im więcej asfaltu, tym lepiej".

Taki pogląd podziela też Ireneusz Raś, jeden z liderów małopolskiej Platformy, który sekunduje takim zmianom w prawie, by w parkach krajobrazowych można było budować wyciągi narciarskie bez wymaganych dotychczas zezwoleń, byle nie zajęły więcej niż 10 hektarów. Poseł uważa, że: „To nie jest żaden duży ośrodek narciarski, raczej mały. Nie ma więc zagrożenia dla krajobrazu". Jasne, że nie ma. Zwłaszcza jak się stoi do niego tyłem, twarzą do Warszawy.