Kubacki: Nadal kojarzą mnie z Ursusem

O życiu sportowego emeryta, pracy naukowej i polityce mówi były judoka, dwukrotny mistrz świata, Rafał Kubacki.

Aktualizacja: 28.01.2016 20:54 Publikacja: 28.01.2016 19:02

Kubacki: Nadal kojarzą mnie z Ursusem

Foto: Fotorzepa, Bartosz Zborowski

Rzeczpospolita: Mało pana w mediach.

Rafał Kubacki: Jestem człowiekiem pokornym, znam swoje miejsce w szeregu. Może nie ma na mnie zapotrzebowania? Patrzę na wspaniałych sportowców, moje koleżanki i moich kolegów, którzy żyją złudzeniem, że zainteresowanie mediów i uwielbienie kibiców będą trwać wiecznie. A tak nie jest. Wracamy do codzienności, nowe zadania przed nami, trzeba znaleźć pomysł na życie. A to, co robię, czyli praca z trudną młodzieżą, to nie jest temat na pierwsze strony gazet. Chciałbym wprowadzić program resocjalizacji przez sport, z grupą psychoterapeutów staramy się przeciwdziałać agresji w szkołach. To chyba dziś największy problem i wyzwanie.

Ciężko było rozstać się z matą po nieudanych igrzyskach w Sydney?

Wystawiliśmy tam chyba najmocniejszą reprezentację w historii, pojechało trzech mistrzów świata: Beata Maksymow, Paweł Nastula i ja. Poza tym medaliści mistrzostw Europy. Wygraliśmy tylko jedną walkę. Moja kategoria wagowa była rozgrywana jako ostatnia. Po zawodach podeszła do mnie grupa dziennikarzy z prośbą o wywiad dotyczący sytuacji w polskim judo. Działacze i prezes gdzieś się schowali. Przed kamerami przeprosiłem polskich kibiców za nasze porażki i ogłosiłem, że kończę karierę.

Myślał pan o tym już po niepowodzeniu na olimpiadzie w Barcelonie.

Ale podjąłem wyzwanie i w następnym roku zdobyłem w Hamilton pierwsze złoto mistrzostw świata dla Polski. Podobnie było cztery lata później: znów słabe igrzyska w Atlancie, a potem obroniony tytuł na MŚ w Paryżu. Moja kariera to była taka sinusoida, zrobiłem na ten temat kiedyś nawet takie miniwykłady. Sydney to już inna historia, bo przygotowania zbiegły się w czasie z kręceniem zdjęć do filmu „Quo vadis".

Podobno reżyser Jerzy Kawalerowicz, gdy usłyszał, że nie będzie pan mógł przyjąć roli, powiedział do swojego asystenta: „Musisz zmienić termin igrzysk".

W Polsce trwała wtedy debata nad tym, kto powinien zagrać Ursusa, wymieniano m.in. Przemka Saletę i Andrzeja Gołotę. Ale Kawalerowicz w tej roli widział od początku mnie. Zostałem zaproszony na casting, dostałem do nauczenia jakiś tekst, przyjechałem. Czekam w korytarzu, jest przerwa, podchodzi do mnie pan Jerzy, mówi, że mnie zna i że bardzo by chciał, bym zagrał w jego filmie. Odpowiadam: „Bardzo mi miło, ale to niestety niemożliwe, bo przygotowuję się do swojej ostatniej olimpiady". I wtedy Kawalerowicz zwraca się do drugiego reżysera, Krzysztofa Zbieranka: „Chłopie, to zmień termin tych igrzysk".

Dziś zrezygnowałby pan z gry w „Quo vadis"?

Z jednej strony udział w epokowej produkcji, światowa premiera w Watykanie w obecności papieża Jana Pawła II. Z drugiej – olimpijska pokusa. Chyba zostałbym jednak przy filmie, ale nie byłoby to łatwe.

W jednym z wywiadów stwierdził pan, że stał się ofiarą czegoś, co można określić syndromem „Czterech pancernych i psa" czy „Klossa".

Kiedyś Mieczysław Kalenik, grający Zbyszka z Bogdańca w „Krzyżakach", opowiadał mi, że ta rola to jego największe przekleństwo. Podobnie było ze Stanisławem Mikulskim – wszyscy wołali na niego Kloss. Franciszek Pieczka, którego poznałem na planie „Quo vadis", również mówił mi, że po „Czterech pancernych" miał taki moment zaszufladkowania. Dużo osób, które nie są kibicami, kojarzy mnie z Ursusem. Wydawało mi się, że zostanę w branży na dłużej, posypią się kolejne propozycje.

Ale się nie posypały, a działacze zarzucali panu, że zbyt szybko pan się poddawał, gdy coś nie szło po pańskiej myśli.

Prawdziwa cnota krytyk się nie boi – tak mógłbym to podsumować. Ale to za proste. Proszę spojrzeć na mecz polskich siatkarzy z Niemcami o zachowanie szans na igrzyska w Rio. Założyłem się z moją córką, że nasi chłopcy podniosą się z kolan i wygrają. Po zwycięstwie mówię: „No i co, Jowita? – Tato, rzeczywiście miałeś rację. – Widzisz, bo ja już to kiedyś przerabiałem". Młodym ludziom powtarzam: przegrywasz nie wtedy, gdy upadłeś, ale kiedy nie chcesz się już podnieść. Po Barcelonie albo po Atlancie jeden z działaczy miał do mnie pretensje: „Panie Kubacki, powinieneś nas pan przeprosić, bo zajmujesz miejsce innym zawodnikom". To mnie zmobilizowało tak bardzo, że zostałem mistrzem świata. Takiej motywacji nikt mi nigdy nie dał.

Zdobył pan na wielkich imprezach tyle medali, że ludzie, spotykając pana na ulicy, wołają: „To mistrz olimpijski!".

Coraz rzadziej to prostuję. Mam medale wszystkich kolorów z różnych kategorii wagowych i w świadomości ludzi utarło się, że jestem tym mistrzem. Na Wikipedii przeczytałem z kolei, że zostałem odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. A ja nigdy takiego orderu nie otrzymałem. Co prawda razem z Beatą Maksymow zostaliśmy przez nasz klub zgłoszeni do odznaczenia i pojechaliśmy do Pałacu Prezydenckiego z okazji 80- albo 90-lecia AZS, ale zaproszono nas jedynie do zdjęcia. Ukazało się ono w jednym z folderów z podpisem: „Olimpijczycy odznaczeni przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego". Zastanawiam się, czy nie zwrócić się w tej sprawie do kancelarii.

Karierę judoki zaczął pan dość późno – jako 15-latek. Wcześniej pan pływał.

Pływanie trenowałem w Juvenii Wrocław od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Z biegiem lat stawałem się jednak za ciężki do tego sportu. Mistrzowie pływaccy mają i po 2 metry, ale nie ważą dużo powyżej 100 kg.

Ostatnio pływa pan w morzu polityki.

Od 2006 roku jestem członkiem PSL, ale od dłuższego czasu stoję z boku polityki. Mam zdrowy stosunek do tego, co się dzieje, i swoje przemyślenia. Ludzie popadają w jakieś psychozy, przeżywają traumy. Powtarzam im, że to już było, historia kołem się toczy. Jest taka książka „Rzeczpospolita koleżków" napisana przez Roberta de Jouvenela za czasów I Republiki Francuskiej. Pokazuje, jakie są mechanizmy w polityce.

Zaczynał pan w UD, potem była UW i Samoobrona.

Z Samoobrony startowałem na prezydenta Wrocławia i zostałem radnym Sejmiku Województwa Dolnośląskiego. Po nieudanych wyborach do europarlamentu zakończyłem współpracę z Samoobroną i po roku zgłosiło się do mnie z propozycją PSL. Z ramienia tej partii kandydowałem na prezydenta Wrocławia i do Sejmu, ale nie liczyłem na efekty. W moim okręgu PSL nie ma wystarczającego poparcia. Teraz jestem urlopowanym politykiem, obserwatorem życia politycznego i jednocześnie nic mnie, panie redaktorze, nie dziwi.

Nawet deklaracja Przemysława Salety, który tak boi się rządów PiS, że chce wyemigrować do Tajlandii?

Przemka trochę znam, ma swój świat, stał się celebrytą. Żyjemy w państwie demokratycznym i każdy ma prawo do swobodnej wypowiedzi, ale ja bym się tak ostro nie wypowiadał. Urodziłem się w Polsce, zdobyłem tu wykształcenie i nie zamierzam wyjeżdżać. Proponuję Przemkowi, żeby zaangażował się w pracę u podstaw.

A zatem: Polska w złotym wieku czy w ruinie?

Nie chcę się wymądrzać, bo się na wszystkim nie znam. Mogę ocenić swoją działkę: sport czy pewne formy edukacji. Myślę, że nie jest źle. Nie powinno się potępiać wszystkiego i popadać w skrajności. W Polsce mamy kłopot z autorytetami, jest ich mało, a te, które są, się niszczy. W USA szanuje się prezydenta, a flaga i hymn są szczególnie chronione jako wartości ponadczasowe. Jeżeli my o tym zapomnimy, będziemy zatracać swoją tożsamość.

A polskie judo jest w ruinie?

Mamy obiecujących zawodników i wspaniałych trenerów, wykonujących ciężką codzienną pracę. Chwała im za to, bo to oni trzymają polskie judo. Problemem jest natomiast organizacja. Rządzą moi koledzy z maty, ale nie zgadzam się z ich spojrzeniem. Należy zmienić podejście, kierować związkiem jak firmą, skonkretyzować misję, wizję i cele strategiczne. Ludzie muszą wiedzieć, w którą stronę płynie ten okręt i kto jest jego kapitanem. Inaczej trudno mówić o przyszłości, jakimś systemie szkolenia. Na razie wygląda to tak: „jest judo, to się udo".

Pan zgłaszał nowatorskie pomysły na wyprowadzenie judo z wieloletniego kryzysu, ale w środowisku nie spotkały się z aprobatą.

Odebrano mi mandat delegata. Mamy kryzys przywództwa. Uważam, że w sytuacjach zagrożenia – czy to w sporcie, czy w polityce – zarządzanie autokratyczne jest najlepszym i jedynym sposobem na przetrwanie.

Czuje się pan czarną owcą?

Nie, jeżdżę na zawody, robię szkolenia. Coraz więcej kolegów trenerów mnie zaprasza. Byłem niedawno na spotkaniu w Warszawie z młodymi ludźmi. Chcę pokazać trochę inny aspekt judo: ma ono przede wszystkim wychowywać. 95 proc. młodzieży w Polsce nie nadaje się do wyczynowego uprawiania sportu. Nie są odporni na dwie rzeczy. Po pierwsze – na porażkę, bo często są pod zbyt dużą presją rodziców. Po drugie – nie potrafią podporządkować się regułom gry i dotyczy to nie tylko tych niedostosowanych społecznie. Trzeba dla nich stworzyć ofertę szeroko pojętej kultury fizycznej.

Co zrobić, by judo znów stało się w Polsce popularne? W latach 90. pan, Waldemar Legień i Paweł Nastula wygrywaliście plebiscyt „Przeglądu Sportowego". Dziś nawet wśród 20 nominowanych nie ma co szukać judoków.

Sukces zależy od liczby ćwiczących. Dla osoby z zewnątrz, która pierwszy raz przychodzi na zawody, judo jest mało czytelne: gesty, komendy w języku japońskim. Umiejętność padania to pierwszy krok, który można by wykonać w kierunku wzrostu popularności dyscypliny. W Japonii sala podzielona jest na pół. Na tatami odbywają się zajęcia judo i kendo, a obok znajduje się parkiet dla gier zespołowych. Nie ma wątpliwości, że judo przydaje się w innych sportach. W Dortmundzie przeprowadzili badania i okazało się, że 30 proc. absencji ich piłkarzy wynika z nieprawidłowego upadania na boisko i zderzania się. Dziwi mnie, że w strategii rozwoju polskiego sportu judo nie ma ugruntowanej pozycji. Zwracałem uwagę kolegom, że nie pilnują takich rzeczy. Ale na razie to wszystko polega chyba tylko na mieleniu budżetowych pieniędzy. Brak pomysłu, jak przyciągnąć sponsorów.

W Polsce bohaterami zbiorowej wyobraźni stali się Mamed Chalidow czy Mariusz Pudzianowski. To nie jest chyba pana bajka?

W moim przekonaniu MMA nie jest dyscypliną sportową. Może to kiedyś nastąpi. Popularność zawdzięcza sprawnemu marketingowi. Przerażają mnie zachowania zawodników. Pamiętam walkę chłopaka z Krakowa, który leżał nieprzytomny i był okładany przez przeciwnika. Brak reakcji trenera, brak reakcji sędziego. Oglądali to młodzi ludzie, a obraz przemawia bardzo mocno. Z tego, co mi wiadomo, zawodnicy MMA nie są badani na obecność dopingu. Ale ludzie chcą chleba i igrzysk, widocznie potrzebują współczesnych gladiatorów.

Rzeczpospolita: Mało pana w mediach.

Rafał Kubacki: Jestem człowiekiem pokornym, znam swoje miejsce w szeregu. Może nie ma na mnie zapotrzebowania? Patrzę na wspaniałych sportowców, moje koleżanki i moich kolegów, którzy żyją złudzeniem, że zainteresowanie mediów i uwielbienie kibiców będą trwać wiecznie. A tak nie jest. Wracamy do codzienności, nowe zadania przed nami, trzeba znaleźć pomysł na życie. A to, co robię, czyli praca z trudną młodzieżą, to nie jest temat na pierwsze strony gazet. Chciałbym wprowadzić program resocjalizacji przez sport, z grupą psychoterapeutów staramy się przeciwdziałać agresji w szkołach. To chyba dziś największy problem i wyzwanie.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Regiony
Nie tylko infrastruktura, ale też kultura rozwijają regiony