Wojciech Nowicki, polski młociarz i medalista igrzysk olimpijskich w Rio: Czułem, że mogę zdobyć złoto

Gdybym wygrał, to byłoby zbyt pięknie. A tak, jest nad czym pracować – mówi Wojciech Nowicki, polski młociarz i medalista igrzysk olimpijskich w Rio.

Aktualizacja: 20.09.2016 13:08 Publikacja: 19.09.2016 22:00

Foto: AFP

Rz: Na czym mijają panu dni po powrocie z igrzysk w Rio?

Wojciech Nowicki: Mam sporo spotkań, odbieram przeróżne nagrody. Brakuje czasu, by odetchnąć. W tym całym zamieszaniu staram się poświęcić jak najwięcej czasu rodzinie. Nie było mnie w domu przez prawie dwa miesiące. Teraz to nadrabiamy.

Przecinanie wstęg pana nie męczy?

Rzeczywiście wolę domowe zacisze od zgiełku, ale mnie to absolutnie nie męczy. Podchodzę do tego inaczej. Jestem teraz osobą publiczną i mam więcej obowiązków prócz treningu. Na szczęście moja żona jest wyrozumiała.

Może pan swobodnie wypić kawę na rynku w Białymstoku?

Oczywiście. Ludzie na ulicy mnie poznają, podchodzą, gratulują, mówią, że cieszą się z mojego sukcesu. To bardzo miłe i w ogóle mi nie przeszkadza. Na spacer mogę pójść bez kłopotu.

Po tym, jak wywalczył pan brązowy medal, radość przemieszała się z niedosytem.

Ale ja się naprawdę bardzo cieszę z tego medalu! Z jakiegokolwiek nie jest kruszcu, to wielki sukces.

Ale po konkursie wyglądał pan na zawiedzionego...

Media to trochę przekręciły. Przecież nawet nie marzyłem o podium! Dotarło to do mnie dopiero, kiedy pani Irena Szewińska wręczała mi medal, gdy dostałem go do ręki. Kiedy rozmawiałem z dziennikarzami, byłem jeszcze w szoku. A moje wypowiedzi o tym, że czuję się zawiedziony, dotyczyły konkursu. Jeszcze nim żyłem. Żałowałem, że się tak ułożył, bo miałem szansę na złoto. Kiedy teraz oglądam finał, to wydaje mi się, że sędziowie zrobili swoje, a dwa spalone ich zdaniem rzuty były wręcz śmieszne. Nie wiem, może chcieli mnie wyrzucić z finału? No i wtedy zaczęła się nerwówka.

Szkoda, bo z formą trafiłem idealnie, trenerka przygotowała mnie perfekcyjnie na te trzy dni, kiedy trwały eliminacje i finał. Czułem, że mogę oddać rzut na złoto. Ale zadecydowały dwie pierwsze kolejki. Szkoda mi więc konkursu, a nie medalu.

Szansa była tym większa, że odpadł faworyt – Paweł Fajdek.

Tego też było szkoda. Upieram się, że pierwszy absolutnie nie był spalony, nawet nie dotknąłem pierścienia. A to był rzut na prawie 77 metrów. Gdyby był zaliczony, to głowa zaczęłaby inaczej pracować. A tak była nerwówka, szarpanie się ze sobą... Ale jest brąz. Może to dobry znak? Gdybym wygrał złoto, to byłoby zbyt pięknie. A tak, jest nad czym pracować, mam cel, by się piąć. A trzecie miejsce lubię – mam brąz mistrzostw świata i Europy, teraz brąz z igrzysk, jestem też trzeci w challen- ge'u IAAF. Ale mam ambicję, by wejść wyżej.

Co w Rio było najtrudniejsze?

Poradzenie sobie z emocjami. Nawet nie wiem do czego porównać wielki stres, który mi towarzyszył. Żonie powiedziałem, że nie stresowałem się tak nawet wtedy, gdy dwa lata temu rodziła naszą córkę. Bo na igrzyskach adrenalina trzymała trzy dni. Nie dziwię się, że wiele osób nie wytrzymuje presji.

Chodzi o Pawła Fajdka?

Uważam, że on jest i zawsze będzie lepszy. I ode mnie, i od całej reszty. Jest dominatorem, między nim a resztą świata jest przepaść. Kiedy jestem drugi w konkursie, a on jest na pierwszym miejscu, to i tak się cieszę tak, jakbym sam wygrał.

Rozmawialiście w samolocie, w drodze powrotnej?

Nie bardzo... Nie chciałem poruszać tego tematu. Tzn. może i chciałem, ale wiedziałem, że to może rozdrażnić Pawła. Może kiedyś o tym porozmawiamy. Jak opadną emocje, jak Paweł ochłonie. Na świeżo nie chciałem wypytywać. On musi się pozbierać.

Dla pana medal oznacza swobodę finansową. Kamila Lićwinko, skoczkini wzwyż z Białegostoku, mówiła, że w pewnym momencie kariery musiała dorabiać pracą w drogerii. A pan miał chwile zwątpienia?

Nie zawsze było kolorowo, ale o rzuceniu sportu nigdy nie myślałem. Po studiach rozmawialiśmy z żoną, z czego będziemy żyć. Miałem do spełnienia obowiązki rodzinne, to był dla mnie priorytet. Ale podjęliśmy decyzję, że trenuję do igrzysk, a potem zobaczymy. Cieszę się, że żona we mnie uwierzyła. Teraz mogę spokojnie trenować, mam znakomite zaplecze.

Czyli medal należy się też żonie.

Oczywiście! Od początku powtarzam, że to nasz wspólny sukces. Bez jej wsparcia nie byłoby mnie na podium igrzysk. To ona mnie nakierowywała, wierzyła, że będzie dobrze. Ja tylko wykorzystałem szansę, którą dał mi los.

Otoczył się pan znakomitymi kobietami...

Tak, prócz żony jest też moja trenerka Malwina Sobierajska-Wojtulewicz. Mam te swoje dziewczyny i się ich trzymam.

Wie pan już co zrobi z premią za medal?

Nie myślałem o tym. Jak pieniądze wpłyną na konto, to wtedy się zastanowimy. Na razie nic nie przyszło. Nie dzielę skóry na niedźwiedziu. Jak przyjdzie przelew, to usiądziemy z żoną przy stole i na spokojnie pomyślimy.

Ale i bez tej premii nie mogę narzekać. Mam wsparcie od miasta, do tego znakomite zaplecze treningowe, boisko rzutowe, siłownię... A do tego stypendium, nagrody za medale. Kiedy rozmawiam z kolegami i koleżankami z innych miast, to narzekają na warunki, niskie stypendia. Nasz skromny Białystok w porównaniu z wielkimi ośrodkami, wypada naprawdę dobrze. Złego słowa nie powiem.

W Białymstoku zaczynał pan od gry w piłkę w Jagiellonii. Dlaczego porzucił pan futbol?

To nie było to. Poszedłem na treningi jako dzieciak, marzyłem o karierze. Ale szybko zrozumiałem, że to nie mój klimat. Nie podobał mi się styl bycia piłkarzy, ich zachowanie na boisku, gra nie przynosiła mi radości. Nie moja bajka. No i wtedy wyszedł ten młot...

Kiedy?

W liceum. Trener wypatrzył mnie na lekcji WF-u. Zobaczył, że jestem postawny, mam wysoki zasięg ramion. I zaproponował treningi. Spodobało mi się i już zostałem. A wyniki przyszły bardzo szybko.

To w ogóle fascynująca historia, bo trener widział mnie w szkole tylko raz, rzucił jedno spojrzenie i od razu powiedział, że będę rzucał młotem. Kiedy wróciłem z Rio spotkaliśmy się. Podziękowałem za to, że wynalazł mi taki fajny sport.

Skoro ma pan finansowy spokój, to znaczy że szykuje się pan do igrzysk w 2020 roku?

Oj, nie! W ogóle o tym nie myślę. Cztery lata to jest kawał czasu i wszystko może się wydarzyć. Teraz myślę o przyszłorocznych mistrzostwach świata w Londynie. Chciałbym obronić brąz z Pekinu. A prócz tego chcę pobić życiowy rekord, bo było blisko. Igrzyska gdzieś się tlą, ale podchodzę do tego na spokojnie. Tak jak powiedział mi pan Skolimowski, tata śp. Kamili: małymi kroczkami, aby do przodu, a zawsze wyjdzie na Twoje.

CV

Wojciech Nowicki: 27-letni polski lekkoatleta specjalizujący się w rzucie młotem. Brązowy medalista igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro. Zdobył także brąz na mistrzostwach Europy w Amsterdamie w 2016 roku oraz na mistrzostwach świata w Pekinie rok wcześniej. Jego życiowy rekord wynosi 78,71 m. Urodził się, mieszka i trenuje w Białymstoku.

Rz: Na czym mijają panu dni po powrocie z igrzysk w Rio?

Wojciech Nowicki: Mam sporo spotkań, odbieram przeróżne nagrody. Brakuje czasu, by odetchnąć. W tym całym zamieszaniu staram się poświęcić jak najwięcej czasu rodzinie. Nie było mnie w domu przez prawie dwa miesiące. Teraz to nadrabiamy.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Regiony
Nie tylko infrastruktura, ale też kultura rozwijają regiony
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?