Sport łączy

Dwukrotny mistrz olimpijski Tomasz Kucharski opowiada o posłowaniu i wiosłowaniu.

Publikacja: 04.01.2017 21:00

Rz: Od roku jest pan posłem. Jak porównałby pan działalność w Sejmie z pracą zawodowego sportowca?

Tomasz Kucharski: Sportowiec ma prostą ścieżkę do tego, żeby realizować swoje cele i zamierzenia – trening, okres bezpośredniego przygotowania, start. Będąc w Sejmie nie można taką drogą podążać, choć się staram, żeby przynajmniej była ona prosta.

A jak to wygląda z pana perspektywy?

Łatwo nie jest.

Miał pan jednak przetarcie, pracując w samorządzie.

Byłem dyrektorem wydziału sportu i turystyki w Urzędzie Miejskim w Gorzowie Wlkp. i na początku dochodziło do zwarć, wiele osób nie darzyło mnie sympatią, bo nie przekazywałem im miłych informacji. Ale ponieważ nie mydliłem oczu, ta szczerość pozwoliła nam później właściwie funkcjonować. To było dobre rozwiązanie.

Nawet na tym niższym politycznym poziomie musiałem diametralnie się przestawić – na działalność z ludźmi, stały kontakt z wyborcami. Sportowiec jest odizolowany, kiedy przygotowuje się do imprezy, trenuje sam w ośrodku, a tam przebywa ograniczona ilość osób. Musiałem się w ekspresowym tempie przystosować. Natomiast bardzo pomógł mi wcześniejszy kontakt z mediami. Byłem obyty z kamerą i mikrofonem.

Sport łączy czy dzieli w polityce?

Przez ponad rok pracy w Komisji Sportu tylko jedna sprawa nas podzieliła, ale podczas dyskusji nad większością zagadnień znajdowaliśmy konsensus. Przed igrzyskami olimpijskimi wprowadziliśmy rozwiązania, dzięki którym Komisja ds. Zwalczania Dopingu w Sporcie mogła dalej funkcjonować i laboratorium antydopingowe szybko uzyskało niezbędny certyfikat. Lada moment pod obrady Sejmu powinna trafić ustawa antydopingowa. Wszyscy – bez względu na przynależność partyjną – zdawali sobie sprawę jak ważne są to sprawy dla polskiego sportu. Byliśmy jednomyślni. Pewne spory dotyczą środków przekazywanych na sport. Na przykład, my uważamy, że polski sport powinien otrzymywać więcej pieniędzy z zakładów wzajemnych w internecie, a partia rządząca w tej sprawie nie lobbowała zbyt gorliwie. Od posłów, którzy pracowali w czasie poprzednich kadencji też usłyszałem, że Komisja Sportu to chyba jedyna w Sejmie, która łączy ludzi.

Potrafi pan wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje?

Mecze reprezentacji Polski, występy polskich sportowców na igrzyskach olimpijskich też nas łączą. Może dlatego.

Pan, jako były wioślarz, mieszkaniec Gorzowa, wokół którego jest mnóstwo terenów zielonych, mocno zaangażował się w rozwój turystyki, zwłaszcza wodnej...

To jest dziedzina bardzo mi bliska. Już jako dyrektor sportu w Gorzowie kontaktowałem się z samorządowymi komórkami w Berlinie zajmującymi się turystyką. Spotkałem w Niemczech mnóstwo osób, które chcą korzystać z naszych rzek, na przykład z drogi wodnej łączącej Berlin z Gdańskiem. To jest droga wodna NDW 70, gdzie można również korzystać z wielkiej pętli wielkopolskiej. Istnieje jeden do dziś nierozwiązany mankament. Prawo bardzo utrudnia montowanie w przystaniach wodnych dystrybutorów z paliwem. Mariny na nabrzeżach nie są przystosowane do obsługi ruchu motorowodnego. To hamuje rozwój turystyki wodnej. Można zawinąć do tych przystani, przenocować przy nich, ale brakuje wielu rzeczy, których oczekują wysoko wykwalifikowani turyści nie tylko z Niemiec, ale i z Europy Zachodniej. Oni potrzebują zatankować motorówkę, oczyścić łodzie z odpadów. Pocieszające jest to, że ci ludzie odkrywają piękno naszego regionu i chcą tu przyjeżdżać, często nawet na weekend. Sam pływałem parokrotnie motorówką, kajakiem, łodzią wioślarską od Gorzowa do Kostrzynia, gdzie część trasy prowadzi przez Park Narodowy Ujście Warty i doskonale wiem, jak urokliwa to kraina. Niemcy też to odkryli. Dla nich jest to coś niebywałego. Nasze rzeki są nieuregulowane, pełno wokół nich ptactwa wodnego, bobrów, choć one niszczą nasze umocnienia, ale jednocześnie przybliżają nas do natury. Myślę, że warto stworzyć także turystom z zewnątrz warunki do swobodnego uprawiania sportów wodnych, dopóki chcą do nas przyjeżdżać. W polskiej turystyce wciąż tkwią ogromne rezerwy.

Często wsiada pan jeszcze do łódki?

W ubiegłym roku nie siedziałem w łodzi. Najwyżej pracowałem na ergometrach. Kiedyś narzekałem na to urządzenie, uważałem, że to najgorszy trening z możliwych, ale dziś je doceniam i spokojnie, choć niezbyt regularnie, godzinę albo półtorej w ten sposób powiosłuję. W poprzednich latach częściej schodziłem na wodę, kiedy uczyłem wiosłować mojego syna. Pływałem wtedy łódką treningową. Ze sprzętu wyczynowego nie korzystałem zbyt często, bo jest go mało w klubie i uważam, że lepiej, żeby korzystali z niego czynni zawodnicy.

Z AZS Gorzów wywodzi się pan, innym złotym medalistą w wioślarstwie jest Michał Jeliński, ale w Rio de Janeiro jedynym olimpijczykiem z klubu był Zbigniew Schodowski pływający w ósemce. Czy tak trudno wychować następców?

Nie zapominajmy, że w Rio reprezentowała AZS kajakarka Karolina Naja i zdobyła medal. AZS jest niewielkim klubem, a mimo to z wielkimi osiągnięciami w sportach wodnych. Mamy ciekawe zaplecze, zawodników którzy zdobywają medale w mistrzostwach młodzieżowych i próbują przebić się teraz do reprezentacji seniorów. Dobry przykład to Olga Michałkiewicz, która jest dwukrotną złotą medalistką młodzieżowych mistrzostw świata w czwórce podwójnej. Od niedawna działa Szkoła Mistrzostwa Sportowego o profilu wioślarskim. Dzięki temu możliwości wychowania przyszłych medalistów olimpijskich znacznie się zwiększyły.

A czy w Polsce wioślarstwo rozwija się dzięki medalom olimpijskim?

Najważniejsze, że udało się zahamować spadek liczby zawodników na mistrzostwach Polski w najmłodszych kategoriach. Sukcesy coś dały.

Trudno jest jednak namówić młodych do uprawiania tak trudnej dyscypliny. Jak pan przekonał syna do tego, żeby zaczął wiosłować?

On trochę nie miał wyjścia.... Ale nie zmuszałem go. Rok powiosłował, nauczył się tego i wybrał inne zajęcie. Gra w szkole w piłkę ręczną. Najważniejsze dla mnie, że uprawia sport, rywalizuje. Patrząc bardziej ogólnie, trudnym zadaniem jest zachęcić do wioślarstwa młodzież w dużych miastach, ale z ościennych miasteczek, wsi chłopcy i dziewczyny sami przychodzą. Najpierw, żeby spróbować, a potem zostają, bo dostrzegają perspektywy, jakie daje uprawianie tego sportu.

A pan nigdy nie miał dość? Zbijanie wagi, kontuzje, bolący kręgosłup, nie zniechęciły pana?

Im więcej czasu upływa od zakończenia kariery, tym mniej jest tych negatywnych wspomnień. One się zacierają w pamięci, ale rzeczywiście były. Walka z wagą, rozłąka z rodziną, było mnóstwo tych trudnych momentów. Chyba najgorszy to ten, kiedy brakowało wyniku sportowego. Najtrudniejszy był 1999 rok i niepewność, czy wywalczymy kwalifikację olimpijską. Byłem bliski tego, żeby zrezygnować z wioślarstwa. Dobrze, że wtedy wsparła mnie rodzina i trener klubowy. Na spotkaniach z młodzieżą opowiadam, że kiedy dąży się do upragnionego celu, nieuniknione są te ciężkie chwile, wyrzeczenia. W żadnym sporcie, w żadnej dziedzinie życia nic nie przychodzi za darmo. Ale tak się hartuje charakter.

Nie żal panu tego, że nie wystartowaliście w Pekinie i nie walczyliście o trzeci złoty medal olimpijski z rzędu?

To był dla mnie najlepszy moment do odstawienia wioseł i to z wielu względów. Nasi wioślarze na tych igrzyskach popłynęli genialnie – czwórka wagi lekkiej sięgnęła po srebro, a terminatorzy z czwórki podwójnej byli najlepsi. Wszyscy potem mówili, że to my z Robertem Syczem zapoczątkowaliśmy erę złotych medali olimpijskich, często mówiło się o nas w kontekście tych sukcesów. Czuliśmy się docenieni i wyróżnieni, choć nas w Pekinie nie było. Zdecydowały też osobiste powody. Miałem dwójkę małych dzieci, szczególnie dla mojej żony był to trudny moment. Nie wiem, jakby to wytrzymała, gdybym znów musiał trenować, wyjeżdżać na zgrupowania. Zaraz po Pekinie zakończyłem karierę, podjąłem pracę w szkole, przygotowywałem się do zawodu samorządowca. Płynnie przeszedłem z życia sportowego do zawodowego, a nie jest to łatwe po 26 latach kariery.

Teraz medale na igrzyskach w wioślarstwie zdobywają kobiety, a mężczyźni są w tle. Czym jest to spowodowane?

Kiedy z Robertem zaczęliśmy zdobywać medale na igrzyskach, Polski Związek Towarzystw Wioślarskich stworzył program wsparcia dla kobiecego wioślarstwa. Dziś zbieramy tego owoce. Ale w męskich konkurencjach nie wypadamy wcale blado. Czwórka była tuż za podium. Inne osady spisały się na miarę oczekiwań. Cały czas jesteśmy w czołówce, potrzeba czasu, wejścia do osady jednej osoby, która nie jest najmocniejsza, ale reprezentacji da nową jakość. Ja nie byłem wcale najmocniejszym wioślarzem, ale w dwójce z Robertem płynęliśmy najszybciej.

Czy kobiecym osadom nie zaszkodzi odejście do reprezentacji Niemiec trenera Marcina Witkowskiego?

Wielka szkoda, ale on dzięki tej pracy zyska więcej doświadczenia. Powiedział mi, że widzi siebie tam do najbliższych igrzysk. Dziś to wydaje się dla nas stratą, ale w dłuższej perspektywie może się okazać wielkim zyskiem dla kadry.

Rz: Od roku jest pan posłem. Jak porównałby pan działalność w Sejmie z pracą zawodowego sportowca?

Tomasz Kucharski: Sportowiec ma prostą ścieżkę do tego, żeby realizować swoje cele i zamierzenia – trening, okres bezpośredniego przygotowania, start. Będąc w Sejmie nie można taką drogą podążać, choć się staram, żeby przynajmniej była ona prosta.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Regiony
Odważne decyzje w trudnych czasach
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Materiał partnera
Kraków – stolica kultury i nowoczesna metropolia
Regiony
Gdynia Sailing Days już po raz 25.
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego