Trójmiasto zawsze miało swój klimat

Lubię muzykę, która rodzi się w ludziach, w garażach, salach prób, klubach, kawiarniach – mówi Wojciech Mazolewski muzyk jazzowy, lider WM Quintet.

Publikacja: 10.04.2017 22:00

Trójmiasto zawsze miało swój klimat

Foto: Rzeczpospolita, Karol Kacperski Karol Kacperski

Rz: Właśnie wydałeś swój pierwszy singiel w Londynie. Nazywa się „London". Rozumiem, że to miejsce szczególne ważne dla ciebie?

Wojciech Mazolewski: Londyn od zawsze był mekką muzyki, miejscem, które nadawało ton. Dlatego cieszę się, że wydaliśmy najnowszy singiel właśnie tam. W zeszłym roku zagraliśmy w Londynie dwa koncerty z muzyką z albumu „Polka". Odbiór londyńskiej publiki był bardzo entuzjastyczny, a naszą muzyką zainteresowali się didżeje radiowi, m.in. Gilles Peterson. Wtedy wytwórnia Lanquidity Records zaproponowała współpracę i tak powstał ten wyjątkowy winyl.

No i w Londynie powstał punk rock, z którego się wywodzisz.

Gdzie dokładnie powstał, można podyskutować, chociażby o tym, że Malcolm McLaren swój pomysł na punk rock przywiózł do Londynu z Nowego Jorku. Nie ma to jednak większego znaczenia, jestem zgodny, że pewna energia, choćby punkrockowa, rodzi się w tym samym momencie w wielu miejscach. I w tym samym momencie wyczuli ją w Londynie i w Nowym Jorku. Londyn inspiruje wszystkich. Jeżdżę tam od lat 90. Po muzykę, ubrania, przyjaciół i przygody.

I to wszystko umieściłeś w suicie „London"?

Mniej więcej. Można tam usłyszeć style muzyczne, które kojarzą mi się z Londynem, od minimalistycznego sola na kontrabasie, później punk, reggae i ska, swing z lat 50., rock lat 70. Nie zabrakło techno, bo takie były moje fascynacje w latach 90. W trzeciej części suity, melodyjnej i śpiewnej, chciałem zawrzeć muzyczną i życiową energię miasta. Londyn nie pozwala zasnąć. Gdy tam jestem, to biegam, załatwiam, gram i mimo że spędzam intensywny tydzień, wracam stamtąd nakręcony.

Bardzo chwalisz Londyn, a twój rodzinny Gdańsk? To chyba miejsce największych inspiracji?

Trójmiasto artystycznie i muzycznie zawsze miało swój klimat i tak jest do teraz. Ma więcej przestrzeni od innych miast. W sensie fizycznym. Chociażby plaże. Dla mnie to mocno wyczuwalne, że ciągle mogę dojść w miejsce, gdzie mój wzrok ledwo widzi horyzont. To jest potrzebne mojej podświadomości, że w każdym momencie mogę wyruszyć w nieznane i odkryć ląd. Ale też ludzie między sobą, w pracy, w zabawie, zawsze pozwalali sobie na więcej radości. To wyrażało się w sztuce, muzyce. Dzisiaj nie mogę być aktywnym członkiem trójmiejskiego życia, rozjechaliśmy się po świecie, działamy w różnych miejscach, z pożytkiem dla wszystkim. Poktazujemy muzykę znad Bałtyku. Rozwijamy się, sięgamy po nowe doświadczenia, nowe wrażenia, które jako wartość przywozimy z powrotem do miejsca, gdzie żyjemy. To wpływa na dalszy rozwój.

A dzisiejsza trójmiejska scena muzyczna? Trójmiasto dość często nadawało ton. Big-bit w latach 60., potem alternatywa lat 80.

Takich sytuacji było wiele. W latach 90. te tradycje kontynuowała scena jassowa. Tworzyliśmy jass, który był bardziej środowiskiem niż stylem muzycznym. Na naszym gruncie polskim był on hippisowskim podejściem bez ograniczeń do świata dźwięków. Moim zdaniem ta ewolucja zapoczątkowała to, co się dzieje do dzisiaj. Gdzieś tam energia sceny trójmiejskiej pozytywnie zakiełkowała. A dzisiaj żyjemy już w globalnej wiosce, więc trudno zachować odrębność jako scena.

Niedawno skończyłeś czterdziestkę i akurat zbiegło się to z wydaniem płyty „Chaos pełen idei". Zaprosiłeś na nią sporo uznanych muzyków prezentujących odmienne gatunki. Trochę wygląda to jak benefis, takie symboliczne podsumowanie.

To jest album, który pokazuje mój sposób postrzegania świata. Świat muzyki jest idealny do tego, żeby tworzyć to, co się chce, być kompletnie wolnym, podążać za intuicją, wyobraźnią. Bez żadnych ograniczeń realizować najskrytsze marzenia. Dla mnie muzyka to wolność, to rodzaj energii, którą potem oddaję ludziom i którą się dzielę. Połączenie utworu „Bombtrack" Rage Against The Machine z tekstem Vienia i zrobienie go po polsku czy też łączenie „Vademecum skauta" Lady Pank z moim „Punkt Gdańsk" to były – jak się zdawało na początku – kompletne wariactwa, których nie wiadomo czy warto robić. Ja jednak byłem przekonany, że warto i że chcę im nadać zupełnie nowy wymiar. Do tego całkowicie na żywo, spotykając się z twórcami tych utworów, razem nadawać im nowy charakter.

No i przede wszystkim odcisnąć na nich swoje piętno.

To też. Współczesny świat dostarcza nam bardzo wielu inspiracji, które można przetwarzać. Na takiej zasadzie, że ludzie gdzieś to już słyszeli, ale nadając czemuś nowy kontekst, dotrzesz do ich wrażliwości od innej strony. Otworzysz nowe drzwi. Myślę, że to mi się udało.

Podobnie chyba było z twoim innym projektem, Bassisters Orchestra, którą kilka lat temu stworzyłeś również z uznanymi muzykami. Ten projekt jeszcze trwa?

Tamten zespół powstał przy okazji współpracy z francuskim teatrem ulicznym, kiedy musiałem stworzyć orkiestrę, która będzie szła razem z teatrem po Gdańsku. To była orkiestra dęta, złożona głównie z uczniów gdańskich szkół muzycznych. Później powstał pierwszy album tej formacji, to była mistyczna, całonocna sesja w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Ta płyta wyszła w wytwórni niezależnej, nie wiem, czy jest gdzieś dostępna. A po latach, przygotowując projekt na jakiś festiwal, uznałem, że tej nazwy będę używał do projektów, w których łączę osobowości z różnych światów muzycznych. I zaprosiłem do składu Waglewskich, Mikołaja Trzaskę, Macia Morettiego, „Bunia" i Tomasza Dudę. I z tym składem nagraliśmy płytę „Numer jeden". I to jest taki pojechany album. Później koncertowaliśmy. Minęło parę lat, nazwa jest otwarta i mogę do niej włożyć cokolwiek. Nie wykluczam tego. Bardzo podobnym kluczem i sposobem posługiwałem się przy „Chaosie pełnym idei".

Rozmawiamy o jazzie, o bliskich mu gatunkach. A gdzie jest punk rock, z którym chyba kiedyś się utożsamiałeś?

Przyjdź na koncert, to zobaczysz.

Widziałem, a raczej słyszałem numer „Holiday in Cambodia" formacji Dead Kennedys. Grałeś ten cover z Pink Freud.

A tak, graliśmy to. Punk rock jest na moich koncertach, jest w mojej muzyce. Cały czas jestem wierny zasadom, rób swoje, zrób to sam. Lubię muzykę, która rodzi się w ludziach, w garażach, salach prób, w klubach, kawiarniach.

Rz: Właśnie wydałeś swój pierwszy singiel w Londynie. Nazywa się „London". Rozumiem, że to miejsce szczególne ważne dla ciebie?

Wojciech Mazolewski: Londyn od zawsze był mekką muzyki, miejscem, które nadawało ton. Dlatego cieszę się, że wydaliśmy najnowszy singiel właśnie tam. W zeszłym roku zagraliśmy w Londynie dwa koncerty z muzyką z albumu „Polka". Odbiór londyńskiej publiki był bardzo entuzjastyczny, a naszą muzyką zainteresowali się didżeje radiowi, m.in. Gilles Peterson. Wtedy wytwórnia Lanquidity Records zaproponowała współpracę i tak powstał ten wyjątkowy winyl.

Pozostało 91% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Regiony
Odważne decyzje w trudnych czasach
Materiał partnera
Kraków – stolica kultury i nowoczesna metropolia
Regiony
Gdynia Sailing Days już po raz 25.
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego