Życie po czasach świetności

Praktycznie w każdej suterenie przy kurowskim rynku jest sklep albo pracownia futrzarska. Kożuchy nadal są w modzie. I Kurów na tym korzysta.

Publikacja: 13.04.2017 21:30

Kożuchy i kurtki z Kurowa wciąż znajdują wielu nabywców, chociaż w mieście od dawna nie działa już ż

Kożuchy i kurtki z Kurowa wciąż znajdują wielu nabywców, chociaż w mieście od dawna nie działa już żaden duży zakład futrzarski.

Foto: Rzeczpospolita, Danuta Walewska

Wśród klientów – Ukrainki, Niemcy. Widać auta z dyplomatycznymi rejestracjami. Ale tłoku nie ma, to nie sezon. A w większości zakładów napis: proszę dzwonić. Przy kasie zazwyczaj właściciel.

Oczywiście biznes nie jest już taki jak kiedyś. Nie ma już dużego, kiedyś największego w Polsce zakładu futrzarskiego, z którym małe firmy współpracowały na różne sposoby, a jakości produkcji zazdrościli kuśnierze spod Nowego Targu. Państwowe przedsiębiorstwo nie wytrzymało przejścia z gospodarki planowanej na rynkową i zbankrutowało, mimo że moda na kożuchy w końcu lat 80. panowała w najlepsze. W halach produkcyjnych w najlepszym czasie pracowało tam nawet 2 tys. osób, a Państwowe Zakłady Futrzarskie były jednym z największych pracodawców na Lubelszczyźnie. Wprowadzenie gospodarki rynkowej i otwarcie granic spowodowało, że popyt na kożuchy spadł. Można było wówczas kupić wprawdzie gorszej jakości, ale znacznie tańsze kożuchy rosyjskie. Albo ortalionową kurtkę w Niemczech.

Bo zimy za ciepłe

Zakłady futrzarskie zostały spółką Skarbu Państwa, poddano je restrukturyzacji, po której w zasadzie już się nie podniosły. Zmieniali się prezesi, ostatecznie spółka przeszła w ręce bardzo przedsiębiorczego Bogusława Bagsika, znanego z afery Art-B, który otworzył luksusowy sklep z kożuchami na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie i zabił popyt niebotycznymi cenami. Trzeba jednak przyznać, że Bagsik próbował wszystkiego: zmienił strategię, szukał nowych rynków zbytu, udało mu się zdobyć rządowe kontrakty na szycie kurtek dla pilotów. Ale jednocześnie narastało zadłużenie spółki – w 2003 roku sięgnęło kilkunastu milionów złotych i dług okazał się niespłacalny.

Podobnie było z zakładami produkującymi słynny włocławski fajans, tak modny w latach 70. i 80. Finanse firmy się załamały, zakład został zamknięty. Produkcję podchwyciły i rozwinęły małe zakłady rzemieślnicze, które – tak jak w Kurowie – zaczęły rozkwitać. Tyle że we Włocławku po tym, jak znalazła się przedsiębiorcza nowa właścicielka, zakład wznowił produkcję i działa do dziś. Czy taki obrót sprawy jest jeszcze możliwy w Kurowie? Raczej nie. Z zakładu zostały tylko mury. Maszyny i wszystko, co dało się sprzedać – sprzedano. Bo trzeba było wypłacić m.in. zaległe wynagrodzenia i odprawy. Pod koniec 2016 roku dług zakładów futrzarskich tylko wobec Wojewódzkiego Funduszu Świadczeń Pracowniczych w Lublinie wynosił 3,1 mln zł, z czego większość, bo 1,9 mln zł, to odsetki. Po zakładzie właściwie pozostał tylko grunt, który nie nadaje się nawet do uprawy iglaków, w których wyspecjalizowali się okoliczni ogrodnicy.

Ale kożuchy nadal się sprzedają. I to nie dziwi. Są dobrze skrojone, lekkie. Ich dodatkową zaletą jest to, że nadal kosztują połowę tego, co w wielkomiejskich galeriach handlowych. Albo jeszcze mniej. Ale kurowscy kuśnierze skarżą się na zmieniający się klimat w Polsce. Kilka ostatnich zim było tak ciepłych, że kożuch musiał być wyjątkowy, by go nosić. Stąd klientki zza wschodniej i zachodniej granicy.

Oczywiście wiosna nie jest najlepszym czasem na kupowanie kożuchów czy chociażby futrzanych kamizelek. Najlepsze modele są wyprzedane. Ale z drugiej strony ceny niskie, można jeszcze utargować, a nadal jest z czego wybrać. Mięciutkie skóry, modele może bardziej tradycyjne niż na wystawach w Mediolanie. Oprócz kożuchów – skórzane kurtki, spódnice, spodnie.

Świetne ceny, dobra jakość

Kożuchy z Kurowa są trwałe, skóry wyprawione przez dobrych fachowców, staranniej wykonane niż turecka masówka. Spokojnie można włożyć czarny kożuch na białą bluzkę i żadnych śladów nie będzie.

Krzysztof Reczek, który ma swój sklep przy samym rynku, przy ul. Kilińskiego, nie narzeka na biznes. Wysyła swoje kożuchy do Nowego Jorku i Chicago, gdzie ma stałe klientki. Tam zima jest gwarantowana. Jeździ też po targach i tak znajduje klientów. Z minionego sezonu nie zostało mu już wiele niesprzedanych sztuk. – Chce pani prosty czy taki kiziu-miziu z futerkiem doszytym do kaptura? Bo kaptur nadal jest w modzie.

„Kiziu-miziu" to solidny dodatek lisiego futra. Cała kurtka uszyta ze skóry, która została wyprawiona tak, że wygląda na mocno zużytą. Piękna i miękka. – Chce pani? 900 złotych! I wyraźnie widać, że nie jest to cena ostateczna. Bo została już ostatnia sztuka. – Była tutaj taka jedna pani, której się tak podobała, że gotowa była dla niej schudnąć – mówi Krzysztof Reszek. – Ale nie szyjemy już z tych skór – dodaje.

Dlaczego? Bo zaczęli je podrabiać, i to fatalnie. Teraz już mało kto chce je nosić. Ta, którą oglądam, została z poprzedniego sezonu, bo kojarzy się ze złym gatunkiem.

Bożena Kęsik, która sklep też ma w suterenie, szyje swoje kożuchy nawet ze skór lamy, miękkie, wyjątkowo ciepłe. Teraz wyprzedaje zimową kolekcję i czeka na nowy sezon. Nie kryje rozczarowania, kiedy z jej sklepu wychodzę z pustymi rękami.

Kurowscy kuśnierze nie narzekają. Raczej wskazują na tradycję rodzinną. Najczęściej przynajmniej już pradziadek miał własną firmę i oni nigdy nie myśleli, że mogą robić cokolwiek innego. Tradycje są długie, bo przywilej lokacyjny miasto Kurów otrzymało w 1442 roku, a to umożliwiło powstanie rzemiosła, a jego rozwój wspierali właściciela miasta, w tym Ignacy Potocki w 1774 roku. Już wtedy kuśnierstwo, szewstwo i bednarstwo dominowało w okolicy – czytam w „Kwartalniku Gminy Kurów". W 1930 roku cech kuśnierski skupiał 38 rzemieślników. Biznes osłabiła wojna, ale przetrwała ją duża garbarnia Władysława Gębickiego. Jego zakład po wojnie znacjonalizowano i zaczęto wycinać firmy prywatne.

Wtedy rzemieślnicy założyli Spółdzielnię Pracy w Kurowie i biznes ruszył do tego stopnia, że postanowiono wybudować Lubelskie Zakłady Futrzarskie, a prywatna produkcja ruszyła równolegle w okolicznych domach, bo prawie każdy potrafił to robić. Było to wówczas nielegalne, milicja robiła naloty, ale natychmiast powstał sąsiedzki system ostrzegania i towar udawało się ukryć. Część mieszkańców zajmowała się tzw. faktorowaniem. Faktor czekał na klientów na przystanku autobusowym i prowadził do mieszkań kuśnierzy. Paradoksem jest, że biznes wielu z nich – przedsiębiorców z dziada pradziada – nie przetrwał wprowadzenia wolnego rynku.

Stań tam gdzie tir

Wycieczka do Kurowa to także okazja do spróbowania kuchni regionalnej, w której specjalizują się przydrożne restauracje, rozmieszczone wzdłuż drogi ekspresowej S12 prowadzącej z Radomia do Puław i dalej do obwodnicy Lublina. Karczma Maciejka, Cuda Wianki – zaskakują wielkością porcji i niskimi cenami. Jajecznica z czterech jajek (!) z boczkiem lub szynką po 12 złotych. Do tego półmisek wędlin własnej produkcji, niestety nie na wynos, „bo na taką skalę nie robimy". Gigantyczna porcja żeberek, golonki, placków ziemniaczanych z najróżniejszymi dodatkami po 18–20 złotych. Zupa – tylko 4 zł.

Nie ma co się dziwić, że parkingi zastawione tirami. Ich kierowcy wiedzą, gdzie je się dobrze i tanio.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: d.walewska@rp.pl

Wśród klientów – Ukrainki, Niemcy. Widać auta z dyplomatycznymi rejestracjami. Ale tłoku nie ma, to nie sezon. A w większości zakładów napis: proszę dzwonić. Przy kasie zazwyczaj właściciel.

Oczywiście biznes nie jest już taki jak kiedyś. Nie ma już dużego, kiedyś największego w Polsce zakładu futrzarskiego, z którym małe firmy współpracowały na różne sposoby, a jakości produkcji zazdrościli kuśnierze spod Nowego Targu. Państwowe przedsiębiorstwo nie wytrzymało przejścia z gospodarki planowanej na rynkową i zbankrutowało, mimo że moda na kożuchy w końcu lat 80. panowała w najlepsze. W halach produkcyjnych w najlepszym czasie pracowało tam nawet 2 tys. osób, a Państwowe Zakłady Futrzarskie były jednym z największych pracodawców na Lubelszczyźnie. Wprowadzenie gospodarki rynkowej i otwarcie granic spowodowało, że popyt na kożuchy spadł. Można było wówczas kupić wprawdzie gorszej jakości, ale znacznie tańsze kożuchy rosyjskie. Albo ortalionową kurtkę w Niemczech.

Pozostało 86% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Regiony
Odważne decyzje w trudnych czasach
Materiał Promocyjny
Mity i fakty - Czy to prawda, że elektryczne auta palą się częściej niż spalinowe?
Materiał partnera
Kraków – stolica kultury i nowoczesna metropolia
Regiony
Gdynia Sailing Days już po raz 25.
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę