„Wyzwolenie" Stanisława Wyspiańskiego powraca do Teatru im. Słowackiego w Krakowie

11 lutego powróciło na deski Teatru im. Słowackiego „Wyzwolenie" Wyspiańskiego. Z myślą o tej scenie powstało, tu pokazano je po raz pierwszy w 1903 roku.

Aktualizacja: 13.02.2017 13:55 Publikacja: 12.02.2017 20:30

Wszystko zaczęło się od interdyscyplinarnego projektu „Wyspiański wyzwala", który przygotował w listopadzie na otwarcie swojej dyrekcji Krzysztof Głuchowski z pomocą kuratora do spraw artystycznych Bartosza Szydłowskiego. Spektakularne widowisko powstało z zetknięcia przestrzeni Teatru im. Słowackiego, który w historii polskich scen, ale i architektury teatralnej jest osobną planetą – oraz dziedzictwa Stanisława Wyspiańskiego, dla którego krakowski teatr, funkcjonujący wówczas pod nazwą Miejski, był domem. Starał się nawet o dyrekcję teatru, rywalizację z nim wygrał jednak Ludwik Solski, który po objęciu dyrekcji na szczęście zaprosił poetę do współpracy.

Dramat miejsca

Wyspiański, najwybitniejszy polski artysta przełomu stuleci, poeta i malarz, genialny inscenizator, scenograf obdarzony wizjonerską wyobraźnią, wystawił w Teatrze Miejskim większość swych dzieł, w tym także krakowskiego „Bolesława Śmiałego". Dotykały i współczesności, i historii, uderzały w narodowe wady, prowokowały, porażały nową estetyką. To tu 16 marca 1901 roku miała miejsce legendarna prapremiera „Wesela". To po niej Wyspiański otrzymał wieniec z symboliczną liczbą 44, nawiązująca do „Dziadów" Adama Mickiewicza i oznaczającą Zbawcę Polski. W mniemaniu fundatorów wieńca liczba miała miała być symbolem czwartego wieszcza narodowego.

Wyspiański potraktował wyróżnienie jak zobowiązanie. Również w 1901 roku, jako pierwszy, wystawił wszystkie części „Dziadów", a jego adaptacja przez 20 lat na polskich scenach była kanoniczną wersją arcydramatu narodowego. Na „Dziady" przygotował też własną odpowiedź – właśnie „Wyzwolenie".

Jest ono dramatem szczególnym i do dziś fascynuje swoją nowoczesnością. Jego bohaterem jest bowiem Konrad z inscenizacji „Dziadów". W prapremierze efekt ten został podkreślony poprzez fakt, że bohatera Wyspiańskiego grał ten sam aktor co Konrada w inscenizacji Mickiewicza – Andrzej Mielewski. Akcja rozgrywała się, na scenie teatru krakowskiego, podane są nawet jej dokładne wymiary. Wyspiański, chciałoby się dziś powiedzieć, w postdramatyczny sposób przełamał iluzję sceniczną, pokazując tworzenie spektaklu w pustej przestrzeni, bez dekoracji.

Właśnie to zainspirowało nową dyrekcję Teatru im. Słowackiego do rozpisania spektaklu „Wyspiański wyzwala" na całą przestrzeń teatru i uczynienia zeń bohatera teatralnego wieczoru, a jednocześnie wehikułu tematyki związanej ze społecznymi powinnościami artysty i sztuki. W podróż po budynku teatru widzów zabrali aktorzy oraz zainspirowani myślą Wyspiańskiego artyści, którzy przygotowali siedem części spektaklu. To „Wejście" Alicji Patanowskiej – będące reinterpretacją spojrzenia na sam budynek Teatru im. Słowackiego, „Westybul" Bartosza Szydłowskiego ze specjalnym udziałem Krystiana Lupy, zaproszeniem do dyskusji o Wyspiańskim, wyzwoleniu i roli artysty we współczesnym świecie. „Korytarze" przygotował Jakub Roszkowski, Remigiusz Brzyk zaś – „Widownię" powracającą do historycznej roli Dużej Sceny jako mitu założycielskiego. „Foyer/Nad foyer" zaaranżował Paweł Świątek, który wcielił się również w postać Maski, rozmawiając z Jerzym Trelą o jego legendarnej roli Konrada. „Scenę", spektakl koncert poszukujący w dziele Wyspiańskiego pęknięć i momentów granicznych – zrealizowała Małgorzata Warsicka. Premiera odbyła się w listopadzie, powtórne pokazy zaś – podczas Boskiej Komedii w grudniu.

Radykalny gest

– Na tej scenie krakowskie „Wyzwolenie" ma niezwykłą tradycję. To nie tylko dziedzictwo Wyspiańskiego – twierdzi Bartosz Szydłowski. – Po nim sztukę wystawiał Kazimierz Dąbrowski i Maciej Prus na inaugurację dyrekcji Bogdana Hussakowskiego. Teraz zaprosiłem do pracy Radka Rychcika, bo nie boi się radykalnych gestów interpretacyjnych, a ja cenię sobie takie ryzyko, bo tylko ono może nieść ze sobą szansę na odkrycie nowych pól identyfikacji z klasycznym tekstem. Otwarcie na artystyczne ryzyko jest istotą mojej dyrektorskiej powinności. Bez zaufania i miłości do realizatorów, bez głodu wyprawy w nieznane teatr pogrąża się w zachowawczości i konformizmie, a tego mamy za dużo w życiu codziennym. Czyż nie o tym jest ten wyzwoleniowy sen Wyspiańskiego? O wyrwaniu się z oczywistości, wyłamaniu się z utartych torów, z przewidywalności. O rozbiciu skorupy, w której jesteśmy zamykani. O nieśmiertelnym marzeniu, o nieskrępowanym niczym locie, czyli wolności: o tym, co w człowieku najpiękniejsze.

Radek Rychcik zasłynął z nowego podejścia do polskiej klasyki. Słynne poznańskie „Dziady" pokazał przez pryzmat popkultury amerykańskiej, tarnowską „Grażynę" z perspektywy boiska koszykarskiego, rzeszowską „Balladynę" poprzez motywy seriali o I wojnie światowej, katowickie „Wesele" zaś– używając klucza konfliktu społecznego i religijnego z irlandzkiego Belfastu.

– Mogę chyba wyznać, że podobnie jak w naszych „Dziadach" wystąpi dedykacja, tym razem ze „Studium o Hamlecie" Stanisława Wyspiańskiego – powiedział nam Radek Rychcik. – To słynne:

„AKTOROM POLSKIM

OSOBOM DZIAŁAJĄCYM

NA

SCENIE

NA DRODZE PRZEZ

LABIRYNT

ZWANY

TEATR

KTÓREGO PRZEZNACZENIEM

JAK DAWNIEJ TAK I TERAZ

BYŁO I JEST

SŁUŻYĆ

NIEJAKO ZA ZWIERCIADŁO NATURZE

POKAZYWAĆ

CNOCIE WŁASNE JEJ RYSY

ZŁOŚCI ŻYWY JEJ OBRAZ

A ŚWIATU I DUCHOWI WIEKU

POSTAĆ ICH I PIĘTNO"

Wolność i Zagłada

Zapytałem Radka Rychcika, jaką ma opinię na temat klasycznych wystawień „Wyzwolenia", choćby inscenizacji Konrada Swinarskiego z Jerzym Trelą i czy to jest dla reżysera współczesny punkt odniesienia?

– Znam to przedstawienie z taśmy i wielbię je, tak samo jak zarejestrowane w pięknej zresztą interpretacji Andrzeja Wajdy przedstawienie „Umarłej klasy" Tadeusza Kantora – odpowiedział. – I dlatego akcja naszego „Wyzwolenia" nie dzieje się w teatrze jak u Wyspiańskiego czy Swinarskiego, ale we współczesnej szkole, w klasie, jak u Kantora. Konrad jest nauczycielem, belfrem. Akcja dramatu toczy się w szkole, a główną osią fabularną „Wyzwolenia" jest próba do spektaklu pt. „Polska współczesna" oraz konflikty związane z ową próbą.

Czyli edukacja, klasa szkolna, wolnomyślicielskie lekcje, relacja uczeń–nauczyciel, muzyka wyrażająca wolę serc.

– W czytaniu tak rozumianego „Wyzwolenia" ważny jest dla mnie Jerome David Salinger (1919–2010) i lektura jego „Buszującego w zbożu" (1951), którą Konrad odbywa ze swoimi uczniami – mówi Radek Rychcik. – Ta lektura jest właściwie pretekstem do opowieści o doświadczeniach samego Salingera jako żołnierza, który brał udział w lądowaniu wojsk alianckich na plażach Normandii, w wyzwoleniu Paryża, ale też i Dachau. Wyzwolenie obozu koncentracyjnego w Dachau na trwale pozostawi ślad w psychice młodego wówczas żołnierza i pisarza. To właśnie o tej postaci rozmawia z uczniami nasz Konrad (Rafał Dziwisz).

„Wyzwolenie", choć dla nas dziś zawoalowane, ma konkretne adresy usytuowane w naszej przeszłości, postaciach historycznych i literackich. Wyspiański nadał im sceniczne pseudonimy: Muza, Karmazyn, Hołysz, Prezes, Przodownik, Kaznodzieja, Prymas czy Mówca. Zapytany, czy będzie wchodził w ten polski-historyczno-literacki labirynt, reżyser odpowiada:

– Raczej nie. „Wyzwolenie" to dla mnie szukanie prawdy w sobie, podróż do najgłębszych poziomów swojej podświadomości. Co właściwie znaczy „wyzwalać"? Przywrócić wolność, niezależność? Uwolnić z czegoś krępującego ruchy, spowodować nagłe uzewnętrznienie się? Pozbyć się jakichś cech, uczuć? Chodzi o doświadczenie oczyszczające. Podobnie jak wizyta w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Przed rozpoczęciem prób, z całym zespołem, właśnie tam pojechaliśmy.

Konfrontacja z miejscem zagłady poruszyła zespół, obudziła w nim głębokie emocje, dała początek kolejnym pytaniom na temat życia, śmierci i dokonywanych przez nas wyborów.

– Sięgamy do teatru Zagłady – mówi Radek Rychcik. – Pytamy, czy wyzwolenie zawsze wiąże się ze śmiercią. To wszystko łączy się w impresje, które dają przebłysk innego świata. Może właśnie świata, który siedzi w nas, zamknięty i czekający, by go wyzwolić.

Reżyser nie ukrywa, że praca w spektakularnej secesyjnej przestrzeni wywołuje zawrót głowy.

– Wystarczy spojrzeć w sklepienie i obrócić się kilkakrotnie – mówi.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: j.cieslak@rp.pl

Wszystko zaczęło się od interdyscyplinarnego projektu „Wyspiański wyzwala", który przygotował w listopadzie na otwarcie swojej dyrekcji Krzysztof Głuchowski z pomocą kuratora do spraw artystycznych Bartosza Szydłowskiego. Spektakularne widowisko powstało z zetknięcia przestrzeni Teatru im. Słowackiego, który w historii polskich scen, ale i architektury teatralnej jest osobną planetą – oraz dziedzictwa Stanisława Wyspiańskiego, dla którego krakowski teatr, funkcjonujący wówczas pod nazwą Miejski, był domem. Starał się nawet o dyrekcję teatru, rywalizację z nim wygrał jednak Ludwik Solski, który po objęciu dyrekcji na szczęście zaprosił poetę do współpracy.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Materiał Promocyjny
Jakie są główne zalety systemów do zarządzania zasobami ludzkimi?
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Regiony
Nie tylko infrastruktura, ale też kultura rozwijają regiony