W Australii grało się najlepiej

Odnoszę wrażenie, że walka o zdrowie żony uzupełnia się z walką na korcie – mówi Tadeusz Kruszelnicki, jeden z najlepszych od lat na świecie tenisistów na wózkach.

Publikacja: 29.06.2017 21:30

62 lata i 30. miejsce w światowym rankingu tenisistów. Jak to możliwe?

Tadeusz Kruszelnicki: Sam się nad tym czasem zastanawiam, a czas mija. Już po igrzyskach paraolimpijskich w Atenach w 2004 roku – gdzie byłem na miejscu 5–8 – pomyślałem: wystarczy. Ale okazało się, że w kolejnych latach odnosiłem największe sukcesy. Dlaczego przerywać coś, co tak dobrze idzie? Cztery lata później, po paraolimpiadzie w Pekinie, miałem dwa lata przerwy, ale wróciłem do gry – wygrałem pięć kolejnych turniejów i znów wskoczyłem do czołowej dziesiątki rankingu.

Zaczynał pan późno – w wieku 38 lat. Tenis był pierwszym wyborem?

Przed wypadkiem grałem trochę w piłkę nożną, natomiast już jako niepełnosprawny zajmowałem się wieloma sportami – od lekkiej atletyki, poprzez siatkówkę, maratony, po podnoszenie ciężarów. Ta wielość wynikała z prostej przyczyny – kilka dyscyplin dawało większą szansę wyjazdów.

Pozostał ktokolwiek z tych, którzy grali, gdy pan zaczynał?

Austriak Martin Legner (także znajduje się około 30. miejsca w klasyfikacji ITF – red.). Ostatnio do gry wrócił Holender Ricky Molier, mistrz paraolimpijski z Atlanty (1996 rok, wtedy debiutowałem w igrzyskach). On zawsze miał niesamowite warunki – najszybszy serwis w tourze, ponad 170 km/h. Obecnie jest klasyfikowany około 50. miejsca. Jest jeszcze kilku innych, ale nie są tak wysoko.

U pana to kwestia motywacji czy sprawności?

Mam teraz trochę kłopotów rodzinnych – nie jest łatwo, ale odnoszę wrażenie, że walka o zdrowie żony uzupełnia się z walką na korcie. Obie te sprawy wzajemnie się „napędzają" – w domu ładuję baterie do gry i na odwrót. Mimo swoich lat nie mam problemów z wysiłkiem fizycznym, nie trzymają się mnie kontuzje – co więcej, myślę, że gdybym podjął rzetelny, codzienny trening, mógłbym poprawić miejsce w rankingu. Teraz trenuję na 60 procent.

A gdyby trenował pan na 100 procent?

Piotr Jaroszewski (kolega z reprezentacji Polski – red.) widzi mnie około 15. miejsca. Kupuję to.

Finały wielkoszlemowe wciąż są w zasięgu?

Byłoby ciężko. Teraz do finałów kwalifikują się zawodnicy z czołowej ósemki. Dawniej – kiedy sam grałem w finałach Australian Open – udało mi się to z 11–12. miejsca w rankingu.

Pana drugi finał w Melbourne, z 2006 roku, był bardzo zacięty. Była szansa na tytuł?

Rzeczywiście przegrałem wtedy 6:7, 4:6 z Francuzem Michaelem Jeremiaszem. Walka niesamowita, byłem niezwykle zmotywowany, grałem bardzo ryzykownie. Michael powiedział, że gdybym zdobył tego pierwszego seta, to pewnie wygrałbym i cały mecz, bo on nie byłby już w stanie wygrać dwóch kolejnych partii.

Pozostałe turnieje wielkoszlemowe też pan lubi? W Roland Garros i US Open był pan w ćwierćfinałach.

W Australii grało mi się najlepiej – nie tylko dzięki wynikom, ale też z racji obecności licznej Polonii. Dzięki nim miałem wszystko zapewnione i spokojną głowę do gry.

A trawa?

Wimbledon zrobił na mnie ogromne wrażenie – atmosfera, tradycja, zasady. Kiedy tam występowałem, rozgrywaliśmy tylko debla z udziałem czterech najlepszych par (single na wózkach rozgrywane są na Wimbledonie od 2016 roku – red.). Mój slice robił tam duże szkody, w dodatku potrafiłem się dość sprawnie poruszać po trawie. Ale poza tym Anglia nigdy mi nie leżała – brytyjska część Wielkiego Szlema na wózkach rozgrywana jest w Nottingham (turniej British Open z cyklu Super Series odbywa się na twardej nawierzchni – red.).

Były okazje do spotkań z gwiazdami?

Taka ceremonia jak podczas Wimbledonu – we frakach, z Rogerem Federerem – zdarza się raz w życiu. Teraz te kontakty się urwały, bo do tego trzeba jeździć na duże turnieje... Szkoda – takie relacje pomagają w rozwoju tenisa na wózkach.

Konkurencja się zaostrza?

Ogromnie. To już jest maszyna – jeśli nie wszystko gra, możemy tylko pomarzyć o tym 15. miejscu. Spójrzmy na Anglików: przylatują na turnieje cztery–pięć dni przed rozpoczęciem, każdy ma przy sobie dwóch–trzech trenerów. My nie możemy mieć jednego trenera na dwóch zawodników.

Dystans pomiędzy Polską a światem wzrasta?

Nie lubię słodzić, więc powiem otwarcie – brakuje współpracy ze strony Polskiego Związku Tenisowego (organem pomocniczym zarządu związku jest kolegium ds. tenisa na wózkach – red.), źle trafiliśmy też z poprzednim trenerem kadry – dwa zgrupowania po trzy dni przed igrzyskami paraolimpijskimi z Rio to dla mnie żadne przygotowania. Liczę na nowe władze PZT.

Z kim pan trenuje?

Jest nas dwóch – Kamil Fabisiak i ja – którzy są w stanie coś zrobić na świecie. Jednak Kamil, chociaż o 30 lat młodszy, nie jest w stanie wytrzymać ze mną dwóch dwugodzinnych treningów w ciągu dnia. Żeby znaleźć sparingpartnera, musiałbym jechać za granicę. Zapraszają mnie, ale do tego potrzebne są pieniądze na przeloty. Mam trochę szczęścia do sponsorów zagranicznych, gdyby nie to, byłoby trudno.

A nowe twarze?

Nie mamy. Wypatrzyłem kilkoro młodych zawodników w kraju, ale potrzebny byłby związkowy program pozyskiwania nowych graczy: wózek, opłacenie trenera, kortów. Rakiety sam mógłbym przekazać.

Ma pan aspiracje trenerskie?

Cały czas. Od lat mnie pytają: „Ile ty jeszcze Tadek będziesz grał?". A ja bym chciał przekazać te wszystkie wiadomości, które zdobyłem. Staram się je przekazywać każdemu, kto jest chętny, chociaż nie mam papierów trenerskich. Z przyjemnością pojechałbym na obóz dla zawodników z miejsc 4–12 z krajowej klasyfikacji, żeby pokazać, jak trenuję – w końcu jestem graczem z czołowej „30" na świecie. Ale nigdy nie dostałem takiej propozycji.

Ziębicki Klub Tenisowy (ZKT), który pan reprezentuje, działa chyba od niedawna?

Zarejestrowałem go w 2010 roku, bo żaden klub w Polsce mnie nie chciał. A ja potrzebowałem tylko przynależności, ewentualnie księgowej, bo sam zdobywam środki na swoją grę. W ZKT mamy kameralne kilkunastoosobowe grono, działamy lokalnie.

Pewnie zaraził pan tenisem rodzinę?

Rodzina zaakceptowała mój pomysł na życie. Małżonkę trudno dziś odciągnąć od dobrego meczu tenisowego. Syn zrobił papiery na AWF i jest moim trenerem klubowym. Wnuczek jeszcze się nie zdecydował, próbuje różnych rzeczy. Jest zrozumienie, dobrze się wraca do takiego domu.

A na jaki wyjazd pan się teraz cieszy?

Cieszę się na Wrocław Cup (finał 1 lipca – red.), ale bardziej bym się cieszył na nowego trenera kadry i przygotowania z prawdziwego zdarzenia. Liczę, że kolejny sezon rozpocznę już w nowych warunkach, na wyższym pułapie.

CV

Tadeusz Kruszelnicki: Rocznik 1955, mieszka w Ziębicach. Najwybitniejszy polski tenisista na wózku, był na 3. pozycji w światowym rankingu Międzynarodowej Federacji Tenisowej (pierwszy raz w kwietniu 2006 r.). Trafił do sportu po wypadku – gdy miał 16 lat, jego lewa noga wpadła w maszynę do młócenia zboża. Trzeba ją było amputować 6 cm nad kolanem.

62 lata i 30. miejsce w światowym rankingu tenisistów. Jak to możliwe?

Tadeusz Kruszelnicki: Sam się nad tym czasem zastanawiam, a czas mija. Już po igrzyskach paraolimpijskich w Atenach w 2004 roku – gdzie byłem na miejscu 5–8 – pomyślałem: wystarczy. Ale okazało się, że w kolejnych latach odnosiłem największe sukcesy. Dlaczego przerywać coś, co tak dobrze idzie? Cztery lata później, po paraolimpiadzie w Pekinie, miałem dwa lata przerwy, ale wróciłem do gry – wygrałem pięć kolejnych turniejów i znów wskoczyłem do czołowej dziesiątki rankingu.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Regiony
Odważne decyzje w trudnych czasach
Materiał partnera
Kraków – stolica kultury i nowoczesna metropolia
Regiony
Gdynia Sailing Days już po raz 25.
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą