Powieści „9 bram, z powrotem ani jednej" oraz „Hylaty": Życie i śmierć w Bieszczadach

Ukazały się dwie niezwykłe książki. Pierwsza o tragedii, która wydarzyła się na granicy dziesięć lat temu. Druga o życiu ludzi, dla których Bieszczady stały się samotnią z wyboru.

Publikacja: 17.12.2017 23:01

Foto: Wydawnictwo Libra

Ta historia wstrząsnęła Polską we wrześniu 2007 r. W środku jesiennej nocy, w czasie największego załamania pogody, patrol pograniczników z Ustrzyk Górnych natknął się na wycieńczoną kobietę z dzieckiem na rękach. Przerażona prosiła ich w nieznanym języku o pomoc. Szybko okazało się, że jest Czeczenką o imieniu Kamisa. Kobieta zabłądziła podczas nielegalnego przekraczania granicy. Docelowo z pomocą przemytników miała dotrzeć na terytorium Austrii. Wraz z czwórką dzieci planowała przekroczyć zieloną granicę ukraińsko-słowacką, ale pobłądziła i znalazła się na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego w okolicach miejscowości Wołosate.

Kobieta pozostawiona przez przewodnika marzła w środku lasu wraz z trzema córkami (w wieku 6, 10 i 13 lat) oraz najmłodszym synkiem. Gdy dziewczynki z wyziębienia zaczęły tracić po kolei przytomność, matka wraz z osłabionym dwuletnim synem udała się po pomoc. Dziewczynki niestety nie przeżyły. Wszystkie trzy zmarły z wychłodzenia. To była wczesna jesień, ale nocą w górskim lesie temperatura spadła do 3 stopni Celsjusza, a poza tym od tygodnia padały nieustanne deszcze i potęgowały panujący chłód.

Życie po tragedii

Kobieta wraz z mężem i ocalałym synem dostali w Polsce status uchodźców politycznych między innymi dzięki zabiegom prezydentowej Marii Kaczyńskiej. Zamieszkali w wielkopolskim Wolsztynie, gdzie dostali mieszkanie komunalne od miasta. Z czasem jednak zdecydowali się wrócić do rodzimej Czeczenii, gdzie pochowane zostały ich córki. Jak opowiadali znajomi Czeczenów, wciąż tęsknili za rodziną i ojczyzną. Nie czuli się dobrze wśród obcej kultury i ludzi, a także męczyło ich ciągłe wspominanie tragedii. Miał nawet powstać film fabularny o tragicznych wydarzeniach z 2007 r., ale rodzina nie wyraziła chęci, by w jakikolwiek sposób współpracować przy tym projekcie. Pomysł więc porzucono.

Film nie powstał, ale do księgarń właśnie trafiła powieść „Hylaty" Joli Jareckiej, która powstała z wyraźnej inspiracji losami czeczeńskiej rodziny uchodźców. To powieść, a nie reportaż, więc nie należy traktować „Hylatego" jak dokumentu czy świadectwa, co nie znaczy, że nie znajdziemy w nim prawdy o ludziach i miejscu, w którym rozegrała się tragedia.

Historia powieściowej Hali z Czeczenii i jej dzieci rozgrywa się równolegle do dwóch innych wątków. Jednym z bohaterów jest Jerzy, funkcjonariusz Straży Granicznej z opinią służbisty. Ma także status człowieka obcego, bo w Bieszczady przyjechał z zachodniej części kraju, po tym jak Polska została włączona do strefy Schengen i zmniejszono liczbę pograniczników na południowym zachodzie. Jerzy mieszka sam. Dopiero co rozstał się z żoną, która została z nastoletnim synem w ich dawnym domu. Kiedy Hala z dziećmi trafia na pogranicze polsko-ukraińsko-słowackie, Jerzy spodziewa się właśnie wizyty syna, który ma do niego przyjechać na weekend. Wspólny wypad ojca i syna w pobliże wodospadu znajdującego się nad tytułowym potokiem Hylatym koło Zatwarnicy zostanie przerwany pilnym wezwaniem do interwencji w sprawie nielegalnego przekroczenia granicy.

Ubogie małżeństwo

Trzeci wątek stanowią losy Stefana i Hanki, ubogiego małżeństwa z Zatwarnicy, których syn choruje na serce. Stefan cieszy się kiepską opinią w okolicy. Siedział w więzieniu za przemyt, jest znany z kłusownictwa, a uczciwa praca się go nie trzyma. Jednocześnie bardzo pilnie potrzebują pieniędzy na leczenie syna. Kiedy więc w Bieszczady przyjeżdża dawno niewidziany kolega Paweł i wykłada na stół pięć tysięcy złotych „z propozycją roboty", Stefan nie będzie się długo wahał.

Oprócz niego poznajemy też żonę Hankę, za którą ciągnie się historia przesiedleń z czasów powojennej akcji „Wisła". Kobieta pracuje w miejscowej restauracji, a wskutek rodzinnej traumy ma głęboko zakorzenioną potrzebę bezpieczeństwa i stabilności, których nie potrafi zapewnić Stefan. Ma słabość do alkoholu i nie został najwyraźniej stworzony do codziennej pracy.

Debiutująca w prozie Jola Jarecka wpierw napisała tragiczną historię Czeczenki Kamisy w formie scenariusza filmowego, a dopiero potem postanowiła stworzyć powieść, którą wydało rzeszowskie wydawnictwo Libra. Autorka zgrabnie przeplata trzy wątki, tytułując kolejne rozdziały imionami bohaterów, którzy w danym fragmencie są także narratorami. Ich różne perspektywy i historie przypominają obracające się kręgi, które w pewnym momencie zaczynają wzajemnie się przecinać, aż w końcu wszystkie spotkają się w jednym punkcie podczas tragicznej nocy w górskim lesie na granicy. Wielowątkowość pozwala pisarce odrobinę zdystansować się wobec tragedii czeczeńskiej kobiety. W związku z czym zamiast tanich wzruszeń „Hylaty" dostarcza wnikliwej obserwacji społeczno-historycznej Bieszczad.

Jarecka to autorka, o której życiu również można by napisać ciekawą książkę. W 2012 r. kupiła wraz z mężem zniszczone gospodarstwo w Zatwarnicy w gminie Lutowiska. Przeprowadzili generalny remont, by ostatecznie teren dawnego tartaku z kuźnią zmienić nie tylko w dom, ale także w znany na całą okolicę ośrodek kulturalny. Dawną stajnię przerobili na salę projekcyjną nazywaną Kinem Końkret, które funkcjonuje na wzór dyskusyjnego klubu filmowego. Można tam obejrzeć stare filmy z wątkami bieszczadzkimi (m. in. „Hasło" z 1976 r., „Wolną sobotę" z 1977 r. i „Kino objazdowe" z 1986 r.), ale też najnowsze krajowe i zagraniczne produkcje, tj. irańskiego „Klienta" w reżyserii Ashgara Farhadiego, „Piękne dni" Wima Wendersa czy nagrodzony na ostatnim festiwalu w Wenecji „Po tamtej stronie chmur" Akiego Kaurismakiego, którego projekcja odbędzie się w noworoczny wieczór. Oprócz kina, kawiarni i miejsca kulturalnych spotkań na końcu świata Jola Jarecka zajmuje się również rękodziełem, wytwarza biżuterię i szyje tradycyjne bojkowskie stroje.

Piórem i aparatem

Losy Joli Jareckiej przypominają historie, które opisała i sfotografowała Agata Grzybowska i można je oglądać w albumie zatytułowanym „9 bram, z powrotem ani jednej". Publikacja cieszyła się dużą popularnością i pierwszy nakład – mimo dość wysokiej ceny – praktycznie już się rozszedł, więc dopóki nie zostanie zrobiony dodruk, album będzie wydawniczym rarytasem.

Pomysł na „9 bram, z powrotem ani jednej" narodził się, kiedy Agata Grzybowska (rocznik 1984) w listopadzie 2015 r. w poszukiwaniu spokoju i duchowej równowagi wyjechała na kilkumiesięczną samotną wyprawę w Bieszczady. Zabrała ze sobą tylko aparaty fotograficzne i negatywy. Na miejscu poznała ludzi, którzy podjęli podobną decyzję jak ona, ale w przeciwieństwie do fotografki z Warszawy trwają w niej już kilkanaście lub kilkadziesiąt lat.

„Bohaterowie moich zdjęć to ludzie, którzy przyjechali w Bieszczady w latach 50. i 80. – czytamy we wstępie do albumu Agaty Grzybowskiej. – Każda z tych osób przyjechała z innego powodu i żadna już nie wyjechała. Łączy ich motyw porzucenia, zrezygnowania „z czegoś, z kogoś".

Z jednej strony są to ludzie z pękniętymi życiorysami. Ich życie w pewnym momencie uległo załamaniu i mają poczucie klęski, jak choćby jeden z dziewięciu bohaterów fotoreportażu Adam Cichoń, który w wieku 20 lat wrócił w Bieszczady zająć się samotną matką, a teraz sam starzeje się w samotności i nie ma już nikogo, kto mógłby do niego przyjechać. Z drugiej strony są to ludzie samotni z wyboru, w pełni świadomi decyzji, którą podjęli i konsekwencji samotności. A przy tym to także postacie o niezwykłej sile ciała i ducha. Agata Grzybowska pisze o nich, że są „ociosani naturą, mają twarde i zmęczone ręce od fizycznej pracy. (...) Góry wymagają bardzo dużo siły i determinacji – nie ma w nich miejsca dla słabych czy zdegenerowanych cywilizacją ludzi. Żyją czasem bez prądu i bieżącej wody".

Ten pięknie wydany album, a w zasadzie fotoreportaż, podkreśla właśnie wspomnianą surowość bieszczadzkiego życia. Grzybowska na czarno-białych fotografiach wydobywa także piękno przygranicznego pejzażu, z całą dzikością przyrody i kulturowym kolorytem, który często ostał się jedynie w ruinach dawnych gospodarstw oraz szczątkach kapliczek i cerkwi.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: m.kube@rp.pl

Ta historia wstrząsnęła Polską we wrześniu 2007 r. W środku jesiennej nocy, w czasie największego załamania pogody, patrol pograniczników z Ustrzyk Górnych natknął się na wycieńczoną kobietę z dzieckiem na rękach. Przerażona prosiła ich w nieznanym języku o pomoc. Szybko okazało się, że jest Czeczenką o imieniu Kamisa. Kobieta zabłądziła podczas nielegalnego przekraczania granicy. Docelowo z pomocą przemytników miała dotrzeć na terytorium Austrii. Wraz z czwórką dzieci planowała przekroczyć zieloną granicę ukraińsko-słowacką, ale pobłądziła i znalazła się na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego w okolicach miejscowości Wołosate.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Materiał Promocyjny
CERT Orange Polska: internauci korzystają z naszej wiedzy