Wszystkie koncerty mojego życia

Publiczność chce, by rozwijać jej gusty i upodobania – mówi Czesław Grabowski, szef Filharmonii Zielonogórskiej.

Publikacja: 02.06.2016 23:00

Czesław Grabowski

Czesław Grabowski

Foto: Filmahrmonia Zielonogórska

Rz: Pana kadencja zaczęła się 30 lat temu, jeszcze w poprzednim ustroju. Jej efektem jest m. in. budową nowej sali zielonogórskiej filharmonii. Jakby pan podsumował ten okres?

Czesław Grabowski: Całkiem niedawno zastanawiałem się, jak wytrzymałem tak długo w jednym miejscu, bo chyba jestem dyrektorem instytucji artystycznej o największym stażu w Polsce. I chyba jest jeszcze parę lat przede mną. Pewnie najważniejsze okazało się to, że zawsze stawałem sobie konkretny cel: a to wspomniana przez pana budowa, a to wykonanie wybranej kompozycji lub powiększenie składu orkiestry. W ten sposób trzy dekady minęły na dążeniu do realizacji kolejnych celów. A kiedy o tym mówię, mam już cel kolejny, czyli rozbudowę filharmonii, którą chciałbym skończyć za parę lat. Może dlatego trzydzieści lat minęło mi jak, może, pięć, góra sześć. A tak naprawdę jest to dobry przykład na to, że można ze sobą długo wytrzymać. Oczywiście, zdarzały się momenty wspanialsze i gorsze, a także problemy dnia codziennego, jakie dotykają również artystów. I jeśli udało nam się przez ten czas żyć w zgodzie, to chyba dobrze o nas świadczy, bo przecież działamy na najwyższych obrotach i mamy swoje ambicje. Warto z nas brać przykład..

Czy kolejna rozbudowa oznacza, że grono melomanów rośnie i nie mieszczą się już w obecnej sali?

Byliśmy jedną z pierwszych filharmonii w Polsce, która wybudowała po 1989 roku nową salę. Otworzyliśmy ją w 2004 roku. Nie jest olbrzymia, posiada czterysta miejsc, ale to liczba wystarczająca na taki ośrodek jak Zielona Góra. Cel przebudowy jest inny. Przez 12 lat zmieniły się standardy takich budynków. Dlatego musimy zmienić oświetlenie, zainstalować klimatyzację. Chcemy też wybudować nowe wejście i foyer. Wszystko musi nadążać za wymaganiami publiczności i muzyków.

Pana mistrzami są wybitni profesorowie, pianista i kompozytor Bolesław Woytowicz i dyrygent oraz kompozytor Jan Hawel...

Spotkanie z Bolesławem Woytowiczem ukierunkowało wszystko. Każda lekcja była wielkim przeżyciem, ponieważ składały się na nią rozmowy na wiele tematów – o książkach, filmach, kobietach, polityce. Dopiero po latach uświadomiłem sobie, że przez te rozmowy, pozornie oderwane od muzyki, profesor kształtował moją osobowość, a ona jest u artysty najważniejsza, niezależnie od spraw warsztatowych i gatunku, w jakim się specjalizuje. Bo to, co możemy przekazać ludziom przechodzi przez filtr naszych, oby jak największych, osobowości. Wtedy to jest ciekawe i głębokie. Z kolei Jan Wincenty Hawel to mój przyjaciel, który zaszczepił we mnie wiele śląskich zachowań, opartych na rzetelnym stosunku do muzyki i pracy. Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że okres śląski to fundament mojego późniejszego, czyli zielonogórskiego okresu życia.

Jak pan odbierał Zieloną Górę, kiedy objął pan dyrekcję i jak zmieniała się przez trzy dekady?

Przyjechałem tu zupełnie w nieznane. Nigdy wcześniej w Zielonej Górze nie byłem. Zdarzył się kaprys chwili i okazja, z której skorzystałem, bo zwolniło się miejsce w dyrektorskim fotelu. Przez trzydzieści lat Zielona Góra wykonała nieprawdopodobny skok. Trzeba go zresztą widzieć w kontekście szerszego zjawiska w naszym kraju – nie tylko duże miasta, ale także mniejsze ośrodki, na przykład Białystok, Olsztyn, Jelenia Góra, rozwijały się niezwykle dynamicznie dzięki rozwojowi samorządności. Nowa sala Filharmonii Zielonogórskiej została zbudowana wyłącznie dzięki środkom wojewódzkim i miejskim, bo resort kultury odmówił nam wsparcia. Nową salę zawdzięczamy więc wspaniałej, obywatelskiej postawie lokalnego społeczeństwa. To był piękny i ważny moment w historii naszej instytucji, bo potwierdzał, że jesteśmy mocno zakorzenieni w najbliższym nam środowisku. Trzydziestolecie mojej dyrekcji to odpowiedni moment, żeby wszystkim za to podziękować. Przecież na co dzień czujemy sympatię ludzi i możemy liczyć na pomoc. Również dlatego mogę powiedzieć, że Zielona Góra stała się moim drugim miejscem na ziemi po Śląsku. Tutaj osiadł również mój syn, z czego bardzo się cieszę. Co ciekawe, młodzi muzycy, którzy przychodzą do zespołu. też w Zielonej Górze zostają. To dobrze świadczy o filharmonii, która spełnia ich oczekiwania artystyczne, i mieście, które staje się ich domem..

Czy ma pan kontakt z melomanami, stara się pan poznać ich oczekiwania?

Wydaje mi się, że znam ich oczekiwania, ale czuję też ich zaufanie, jeśli chodzi o wskazywanie im kierunków nowych zainteresowań, bo przecież siłą rzeczą moje wybory artystyczne odcisnęły na ich upodobaniach swoje piętno. Podobnie można powiedzieć o kulturze w mieście. Inteligentna i chłonna publiczność wcale nie oczekuje, żeby jej schlebiać, tylko chce, żeby rozwijać jej gusty i upodobania. Dlatego proponuje taki repertuar, który kulturalny człowiek znać powinien. Chodzi o pełniejszy rozwój i świadomość. Tego uczył mnie profesor Woytowicz i do jego wzoru powracam..

A gdyby miał pan wskazać kilka najważniejszych wykonań w czasie swojej dyrekcji – o czym by pan wspomniał?

To jest bardzo trudne pytanie, bo każdy kolejny koncert jest dla mnie najważniejszy. Tak było, gdy prowadziłem niedawno koncert z okazji 60-lecia Filharmonii Zielonogórskiej z „Symfonią fantastyczną" Hektora Berlioza. Tak samo będzie, gdy będę prowadził „Harnasi" podczas swojego jubileuszu. Na tym polega moje wielkie szczęście, że każdy koncert jest koncertem mojego życia.

Rz: Pana kadencja zaczęła się 30 lat temu, jeszcze w poprzednim ustroju. Jej efektem jest m. in. budową nowej sali zielonogórskiej filharmonii. Jakby pan podsumował ten okres?

Czesław Grabowski: Całkiem niedawno zastanawiałem się, jak wytrzymałem tak długo w jednym miejscu, bo chyba jestem dyrektorem instytucji artystycznej o największym stażu w Polsce. I chyba jest jeszcze parę lat przede mną. Pewnie najważniejsze okazało się to, że zawsze stawałem sobie konkretny cel: a to wspomniana przez pana budowa, a to wykonanie wybranej kompozycji lub powiększenie składu orkiestry. W ten sposób trzy dekady minęły na dążeniu do realizacji kolejnych celów. A kiedy o tym mówię, mam już cel kolejny, czyli rozbudowę filharmonii, którą chciałbym skończyć za parę lat. Może dlatego trzydzieści lat minęło mi jak, może, pięć, góra sześć. A tak naprawdę jest to dobry przykład na to, że można ze sobą długo wytrzymać. Oczywiście, zdarzały się momenty wspanialsze i gorsze, a także problemy dnia codziennego, jakie dotykają również artystów. I jeśli udało nam się przez ten czas żyć w zgodzie, to chyba dobrze o nas świadczy, bo przecież działamy na najwyższych obrotach i mamy swoje ambicje. Warto z nas brać przykład..

2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Regiony
Odważne decyzje w trudnych czasach
Materiał partnera
Kraków – stolica kultury i nowoczesna metropolia
Regiony
Gdynia Sailing Days już po raz 25.
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego