Tomasz Bagiński: Podlasie to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi

Zwiedziłem dużą część świata, byłem prawie na wszystkich kontynentach i, proszę mi wierzyć, uważam Podlasie za jedno z najpiękniejszych miejsc na globie - mówi Tomasz Bagiński, światowej sławy reżyser, Honorowy Obywatel Podlasia.

Aktualizacja: 18.10.2016 14:36 Publikacja: 17.10.2016 21:00

Tomasz Bagiński

Tomasz Bagiński

Foto: Reporter/Jacek Dominski

Rz: Dużą część życia spędził pan w Białymstoku?

Tomasz Bagiński: Zamieszkałem tam mając 2-3 lata, a wyjechałem do Warszawy na studia jako dziewiętnastolatek. Białystok to bardzo ważny okres mojego życia, kiedy wychowujemy się, kształtujemy i dojrzewamy, a także podejmuje kluczowe decyzje związane z przyszłością.

Białystok jest miejscem szczególnym pod względem geograficznym, kulturowym i religijnym. A dla pana?

Białystok to przede wszystkim dom rodzinny, miejsce związane z dzieciństwem, przyjaciółmi, gdzie teraz łapię oddech i wypoczywam. Tak traktuję całe Podlasie, bo duża część mojej rodziny pochodzi spod Suwałk. Nie mam przemyśleń historiozoficznych na temat miasta, które jest po prostu moje, co wynika z czysto prywatnych relacji.

Gdzie było pana podwórko?

Teraz mapa miasta się zmieniła, ale mieszkałem w Białymstoku na Osiedlu Piasta, które sąsiadowało z Bojarami, skąd płynęły bardzo różne i kolorowe wpływy, choćby dlatego, że Bojary były wsią w środku miasta. Ale miały też swoją groźną legendę, dlatego fakt, że byłem rozpoznawalny w okolicy okazał się luksusem. Królowała tam bowiem zasada, że „swoich nie bijemy". Dopiero kiedy zacząłem jeździć po mieście, mieć znajomych poza najbliższą okolicą, dowiedziałem się, że o miejscu, gdzie chodzę do szkoły i żyję, krążą mrożące krew w żyłach historie. Tymczasem ja zawsze czułem się bezpiecznie i fajnie. Wszyscy się znali i nawet chuligani traktowali mnie jako swojaka. Byłem grzecznym chłopcem z sąsiedztwa, ale lanie mi darowano. Dobrze mi się tam mieszkało!

Gdzie pan chodził do kina?

Przede wszystkim do kina chodziłem od zawsze i to nawet w okresie zapaści, czyli na początku lat 90, kiedy bywałem jedynym widzem na widowni. Chadzałem do kina Ton obok katedry, a także do kina Pokój. Dziś mało kto o nich pamięta, bo wszyscy chodzą do galerii handlowych. Z kolei bardzo dla mnie ważnego „Terminatora 2" oglądałem w kinie Forum. Kino to jest forma kultury, która mnie w Białymstoku wychowała i z którą potem zawodowo się związałem.

Wagarował pan, żeby oglądać filmy?

Byłem bardzo poukładanym człowiekiem, zdaje mi się, bo też miałem bardzo poukładanych rodziców, którzy mnie i brata mocno stawiali do pionu. Oboje byli nauczycielami matematyki. Mama pracowała w szkole podstawowej, a tata wciąż wykłada na Uniwersytecie Białostockim. Nie wagarowałem. Z bardziej ekstremalnymi przejawami życia społecznego zetknąłem się dopiero kiedy wylądowałem na studiach w Warszawie.

Gdzie pan chodził do liceum?

Do liceum społecznego na Fabrycznej. Była to szkoła specyficzna, bo założyli ją w większości rodzice-pracownicy naukowi ówczesnej białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego. Młodych ludzi uczyli wykładowcy, w tym profesorowie. A ponieważ to było liceum społeczne, ważna była nie tylko nauka, ale i praca na rzecz wspólnoty. Pamiętam, że przez pierwszy miesiąc malowaliśmy okna, ściany, płoty. Nie tylko wykładowcy, ale i uczniowie byli zaangażowani w tworzenie szkoły obywatelskiej.

Pamięta pan moment wyjazdu z Białegostoku?

Tak, bo to była dla mnie jednak ekstremalna decyzja. Próba odcięcia się od pępowiny i, jak się okazało, życia w świecie brutalnym. Z jakiegoś powodu mówi się, że „nie ma cwaniaka nad warszawiaka" i, rzeczywiście, w Warszawie trzeba być twardym, a nawet cynicznym. Ale zacznijmy od tego, że sytuacja moja i moich kolegów spoza stolicy była dramatyczna. Pamiętam, że były okresy, kiedy stać mnie było tylko na chleb z musztardą i zupki chińskie. Tymczasem koledzy z Warszawy dziwili się, że nie chcę wpaść wieczorem na piwko do knajpy. Mieszkali z rodzicami, nie musieli wydawać pieniędzy na podstawowe potrzeby i trudno było im zrozumieć, że na mało mnie stać. Pierwszy rok w Warszawie był piekłem. Przyjechałem do stolicy z Białegostoku, który jest miastem niesamowicie zielonym, pachnącym przyrodą, gdzie wszędzie można dojść na piechotę lub dojechać na rowerze. Dopiero w Warszawie zdałem sobie sprawę, że powietrze w Białymstoku pachnie. W stolicy musiałem się też nauczyć żyć w hałasie, bo w moim pierwszym mieszkaniu tramwaje było słychać już o czwartej nad ranem. Dopiero po roku znalazłem powody, żeby polubić Warszawę, a z czasem doceniłem też, że umiejętność załatwiania swoich spraw w życiu się przydaje. Częściej niż w mniejszych miastach.

Jaki dziś jest odbiór Białegostoku?

Ze zdumieniem dowiaduje się, że to strasznie nietolerancyjne miasto. To kompletna bzdura. Stosunki międzyludzkie są w Białymstoku niezwykle serdeczne. Pewnie, że są jakieś niszowe patologie. Ale gdzie ich nie ma? Jak ktoś chce zobaczyć nietolerancję i prawdziwy hard core - może się go spodziewać po niektórych miejscach w Warszawie, gdzie ja po godzinie 20.30 bym się raczej nie zapuścił.

Pewnie z tym większą ochotą odwiedza pan Podlasie. Które miejsca?

Zwiedziłem dużą część świata, byłem prawie na wszystkich kontynentach i, proszę mi wierzyć, uważam Podlasie za jedno z najpiękniejszych miejsc na globie, gdzie pięknie i przyjemnie się mieszka. Najbardziej fascynuje mnie Suwalszczyzna przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim i granicy z Litwą. To są nieprawdopodobnie piękne tereny: ciche, urokliwe, fantastyczne do wypoczywania. Uwielbiam Wigierski Park Narodowy, bo okolice jeziora Wigry są wspaniałe. Podobnie jest nad jeziorem Hańcza, najgłębszym w Polsce. Znam te okolice dość dobrze, bo zjeździłem je samochodem i na rowerze. Biegałem tam również i to wielokrotnie.

Czy Podlasie to dla pana również temat filmowy?

Raczej tam się wyciszam, a nie pracuję, ale są różne projekty, które chciałbym tam zrealizować, po czym zawsze się okazuje, że trudno w dziewiczy teren przewieźć cały przemysł filmowy, bo to ma niewielki sens ekonomiczny.

Nad czym pan teraz pracuje?

Nad ostatnimi dwoma odcinkami „Legend polskich" – o Bazyliszku i Babie Jadze. Są też dwa projekty pełnometrażowe w Stanach Zjednoczonych, które rozwijam. Pierwszy to „Wiedźmin". A o drugim nie mogę nic powiedzieć, bo to tajemnica!

CV

Tomasz Bagiński, urodzony 10 stycznia w 1976 roku w Białymstoku, reżyser, rysownik. Studiował architekturę, którą porzucił dla robienia filmów. Jego „Katedra" na podstawie opowiadania Jacka Dukaja była nominowana w 2002 roku do Oscara w kategorii „krótki film animowany".

Rz: Dużą część życia spędził pan w Białymstoku?

Tomasz Bagiński: Zamieszkałem tam mając 2-3 lata, a wyjechałem do Warszawy na studia jako dziewiętnastolatek. Białystok to bardzo ważny okres mojego życia, kiedy wychowujemy się, kształtujemy i dojrzewamy, a także podejmuje kluczowe decyzje związane z przyszłością.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Akcje Specjalne
Firmy chcą działać w sposób zrównoważony
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży