Kiedyś byłem niezłym wariatem

- Nigdy nie byłem skocznym zawodnikiem, bazowałem na innych rzeczach, takich jak technika i spryt, a tego szybko się nie traci - mówi Daniel Pliński, siatkarz Indykpolu AZS Olsztyn

Publikacja: 11.01.2017 22:00

Kiedyś byłem niezłym wariatem

Foto: materiały klubowe

Rz: Wyobraża pan sobie czasami swój ostatni mecz, set, punkt w karierze?

Daniel Pliński: Jestem coraz bliżej tej ostatniej piłki, a czy to nastąpi w tym roku? Mam nadzieję, że nie, chociaż w ostatnich miesiącach bardzo często o tym myślę. Lata lecą. Pamiętam, że kiedy miałem 20 lat i miałem w drużynie kolegów, którzy mieli, powiedzmy, 33 lata, to myślałem sobie: „Jezu, jakie stare dziady, co oni jeszcze robią w tej siatkówce?". Kiedyś marzyło mi się pograć do 35. roku życia, teraz ta granica to 40 lat.

Na meczach AZS widać, że ciało jeszcze nie zardzewiało.

Raz jest lepiej, raz gorzej. Generalnie nigdy nie byłem skocznym zawodnikiem, bazowałem na innych rzeczach, takich jak technika i spryt, a tego szybko się nie traci. Skoczność i siła nigdy nie były moimi atutami, ale mimo to udało mi się pobawić kilka lat w reprezentacji, zagrać w Skrze Bełchatów, czyli najlepszym polskim klubie ostatniej dekady. Komuś mój styl najwyraźniej podpasował. Zauważyłem tylko, że dziś moje ciało dłużej się regeneruje niż u młodziaka.

Kiedy inny środkowy AZS, Jakub Kochanowski, przychodził na świat, pan miał już 19 lat. Macie o czym rozmawiać oprócz siatkówki?

Siedzieliśmy kiedyś na siłowni i powiedział, że skończy w tym roku 20 lat. Na co mówię, że tyle to ja jestem ze swoją żoną. Kuba to bystry chłopak, lubię z nim pracować, ale to fakt, interesuje się zupełnie innymi rzeczami niż ja. Nawet jak jeździmy na wyjazdy, to Kubuś zawsze siedzi z przodu.

Pan zawsze siedział z tyłu?

Zawsze potrafiłem szybko wskoczyć do starszyzny, tak było już w czasach Stolarki Wołomin. Pamiętam nawet, jak Witek Roman zapraszał mnie do domu na swoje urodziny. Ale prawda jest też taka, że jestem karciarz, a starsi zawodnicy zawsze grali w karty. Jako młody dostawałem wtedy strasznie w te karty, ale za to teraz ogrywam innych. Powiem szczerze – jak na takie siatkarsko-towarzyskie spotkania wygrywałem czasami całkiem spore pieniądze.

Przykład?

W Bełchatowie zdarzało się, że jeden z zawodników – pomińmy który – z wyjazdu musiał mi przynosić 1500 zł. Graliśmy wtedy w kierki. Teraz ten kolega gra już dobrze, ale jak to mówią, za naukę trzeba płacić.

Dziś, kiedy młodym grzeją się głowy po kontrowersyjnych decyzjach sędziów, pan stara się raczej łagodzić obyczaje. Tak było chociażby podczas niedawnego meczu z Cuprum Lubin, kiedy sędzia uparcie gwizdał błąd podwójnego odbicia, za co mocno mu się obrywało z obu stron.

Teraz staram się być spokojny, ale kiedyś byłem na boisku niezły cham i wariat. Robiłem wszystko, żeby moja drużyna wygrywała, i powiem szczerze, że gdyby taki mecz odbył się z pięć lat temu, to próbowałbym pewnie ściągnąć tego sędziego ze słupka. Teraz patrzę na to z innej perspektywy, dlatego podszedłem do arbitra, mówiąc: „Panie sędzio, no, nie ma już sensu tego gwizdać. Umówimy się, że pan przestanie, żebyśmy już nie latali do pana, tylko grali". Kiedyś jednak byłem dużo bardziej zaangażowany w gierki pod siatką, myślę, że nawet w tym brylowałem.

W którym meczu sędziowie najbardziej podnieśli panu ciśnienie?

Kiedy graliśmy w Bełchatowie z Resovią i ewidentnie skrzywdzono nas przy ocenie challenge'u (2012 r. – red). Byliśmy totalnie poza grą, przegrywaliśmy 0:2, ale zrobiło się 1:2 i w kolejnym secie byliśmy blisko doprowadzenia do tie-breaku. I wtedy gwizdnęli tam taką piłkę, że... Po meczu była wielka awantura, kamery nagrały te wszystkie słowa na „k" i „ch". Pamiętam, że byliśmy potem bardzo mocno krytykowani. Rzeczą, która po latach wciąż mnie drażni, jest to, że nasz kibic, oglądając mecz w telewizji, nie toleruje polskich przekleństw, ale jak ktoś sadzi po angielsku czy włosku, to już jest w porządku. My zostaliśmy jednak od razu nazwani prostakami. Dało się to odczuć właśnie po wspomnianym meczu, kiedy mocno dostaliśmy za to od kibiców. Kiedy później pojechaliśmy do Rzeszowa, to niech pan sobie wyobrazi, jak przyjęło mnie 5 tysięcy ludzi. Ale to był dla mnie wielki komplement, bo wychodzi na to, że Pliński nie był im obojętny, a najgorsze, kiedy kibic traktuje cię obojętnie.

W PlusLidze (dawniej Polskiej Lidze Siatkówki) zaczął pan grać na przełomie wieków w barwach Stolarki Wołomin. Da się porównać tamte realia z dzisiejszą ligą, która stała się wzorcowym produktem?

Pamiętam, że jeśli klub chciał transmisji swojego meczu w telewizji, to musiał za nią zapłacić. Warunkiem oprócz pieniędzy było też posiadanie pomarańczowej nawierzchni, a wtedy nie wszystkie kluby taką miały. Teraz telewizja pokazuje mnóstwo spotkań. Oprócz poziomu sportowego na pewno mocno do przodu poszła medycyna sportowa, wiedza fizjoterapeutów. Mamy w klubie człowieka, który tylko spojrzy na zawodnika i wie, co mu jest, a kiedyś często co najwyżej był masaż, ewentualnie przerwa. Wie pan, jaki był kiedyś najlepszy doktor w Polsce? Dr Przerwa. (śmiech)

Nie czuje pan niedosytu, że nigdy nie wyjechał do Rosji czy Włoch?

Była możliwość takiego wyjazdu, kiedy grałem w Bełchatowie, ale prawda jest taka, że miałem tam wszystko. Klub był dobrze zorganizowany, bardzo dobrze zarabiałem, moja rodzina była zadowolona, grałem kilka razy w Final Four Ligi Mistrzów, w finałach klubowych mistrzostw świata. Marzył mi się wyjazd, pewnie we Włoszech byłoby o wiele cieplej, podszkoliłbym język, ale tak naprawdę w Polsce niczego mi nie brakowało.

W reprezentacji grał pan w latach 2005–2010, zdobywając wicemistrzostwo świata i mistrzostwo Europy. Który mecz najbardziej utkwił panu w pamięci?

Chyba ten z Rosją na mistrzostwach świata w Japonii, który wygraliśmy po tie-breaku, chociaż przegraliśmy pierwsze dwa sety. Wiadomo: Polska i Rosja, które zawsze ze sobą walczą, poza tym wcześniej regularnie dostawaliśmy od nich baty. Przez pierwszą godzinę byliśmy kompletnie przestraszeni, ale później wszystko się zmieniło. Od początku czwartego seta wiedziałem już, że nie jesteśmy w stanie tego meczu przegrać. Po pierwsze, dwóch naszych zawodników miało dzień konia, a po drugie w oczach Rosjan pojawił się strach. To widać, kiedy ktoś boi się błędu. Oni się bali. W siatkówce wystarczy czasami impuls, jedna akcja, żeby wybić kogoś z uderzenia. Twarz nie może pokazywać, że zawodnik się boi.

Kiedyś Serbowie grali z kamiennymi twarzami, obojętnie czy wygrywali, czy przegrywali. Zero emocji...

Pamiętam anegdotę. Kiedy grałem w Sosnowcu, wygraliśmy Puchar Polski, ale szło nam kiepsko w lidze, dlatego miało dojść do zmiany trenera. Na spotkanie przed jednym z meczów przyjechał do nas Wojtek Drzyzga, który był przymierzany do tej posady. I powiedział: „Panowie, ja bym chciał, żebyście zagrali dziś jak Serbowie. Obojętnie, czy będzie dobrze czy źle, ale głowa cały czas do góry i powaga". Mecz trwał godzinę i dostaliśmy w tyłek. Wyglądaliśmy jak Serbowie, tylko nie graliśmy jak Serbowie. (śmiech) Wojtek ostatecznie i tak nie został naszym trenerem. Na marginesie: moim zdaniem jest to facet, którego polska siatkówka do końca nie wykorzystała. Jest bardzo dobrym komentatorem, ale trenerem mógł być wybitnym.

A jak było z tymi słynnymi butami Łukasza Kadziewicza przed złotymi mistrzostwami Europy w 2009 r.?

Kadziu, który ostatecznie nie pojechał na turniej, kupił sobie buty, które jak się okazało, nie podpasowały mu. Dał za nie chyba ok. 300 zł, więc mówię mu, że odkupię je taniej, a w żartach dodałem, że zdobędę w nich jeszcze mistrzostwo Europy. Palnąłem tak, tym bardziej że z Łukaszem zawsze lubiliśmy żartować. I faktycznie zdobyliśmy to mistrzostwo.

Reprezentacja ma od niedawna nowego trenera, został nim Ferdinando De Giorgi. Odstrzelenie Stephane'a Antigi było jedynym wyjściem?

W drużynie coś przestało funkcjonować i to była chyba jedyna słuszna decyzja. Powiem szczerze, grałem ze Stephanem pięć lat w jednym klubie, mieszkałem z nim w pokoju i nigdy bym nie powiedział, że będzie trenerem. Był to zawodnik, który młodszym raczej nie dawał wskazówek, nie pasował na trenera. Takie miałem odczucie, ale może się mylę. Dostał przecież do prowadzenia już drugą drużynę, Kanadę. Pamiętam wybitne mecze reprezentacji Polski Antigi, ale cokolwiek by jednak mówić – i zawsze będę to powtarzał – to grupa kreuje trenera.

Słyszałem, że pan też chce zostać trenerem...

Taki jest mój życiowy plan, ale mogę sobie planować – jak nie dostanę szansy, to nic z tego nie będzie. Mam jednak plan rezerwowy, jak zarobić na chleb dla dzieci, myślę chociażby o akademii w rodzinnym Pucku. Przede wszystkim chciałbym jednak zmierzyć się z seniorską siatkówką. Gdybym dostał propozycję zostania trenerem, to pewnie skończyłbym z graniem w tym roku. Wiem, że na razie nie jestem jeszcze materiałem na trenera, ale świat należy do odważnych. I trochę zwariowanych.

Rz: Wyobraża pan sobie czasami swój ostatni mecz, set, punkt w karierze?

Daniel Pliński: Jestem coraz bliżej tej ostatniej piłki, a czy to nastąpi w tym roku? Mam nadzieję, że nie, chociaż w ostatnich miesiącach bardzo często o tym myślę. Lata lecą. Pamiętam, że kiedy miałem 20 lat i miałem w drużynie kolegów, którzy mieli, powiedzmy, 33 lata, to myślałem sobie: „Jezu, jakie stare dziady, co oni jeszcze robią w tej siatkówce?". Kiedyś marzyło mi się pograć do 35. roku życia, teraz ta granica to 40 lat.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Regiony
Odważne decyzje w trudnych czasach
Materiał partnera
Kraków – stolica kultury i nowoczesna metropolia
Regiony
Gdynia Sailing Days już po raz 25.
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego