W końcu przyszło spełnienie marzeń

Sport najpierw zabrał mu zdrowie, ale później dał szansę na nowy początek. Czterokrotny medalista paraolimpijski to duma Podkarpacia.

Publikacja: 15.01.2017 22:00

W końcu przyszło spełnienie marzeń

Foto: Reporter, Michał Klag Michał Klag

Z Rio de Janeiro przywiózł złoty medal w jeździe indywidualnej na czas w kolarstwie ręcznym oraz srebrny w wyścigu ze startu wspólnego na 60 km. Uzupełnił w ten sposób kolekcję założoną dzięki dwóm złotym medalom zdobytym cztery lata wcześniej w Londynie. Stał się w ten sposób jednym z najbardziej utytułowanych polskich paraolimpijczyków. Na Gali Mistrzów Sportu, w kategorii sportowców niepełnosprawnych, musiał jednak uznać wyższość Natalii Partyki. – Absolutnie nie czuję się zawiedziony, cieszę się, że byłem nominowany. Natalia jest znakomitą zawodniczką, w Rio wywalczyła przecież dwa złote medale – mówi.

Dzień, który wszystko zmienił

3 maja 2006 roku miał 31 lat. Sport wypełniał wtedy znaczną część jego życia, był instruktorem narciarskim, mistrzem Polski amatorów w MTB, ale przede wszystkim żużlowcem. Może nie wybitnym, ale jego forma rosła, był najsilniejszym punktem drużyny KSŻ Krosno, mógł myśleć o angażu w ekstralidze. Wszystko się skończyło, gdy podczas jednego z biegów uderzył w bandę, a następnie po plecach przejechał mu motor 16-letniego wówczas Martina Vaculika, który nie miał szans tego uniknąć. Złamanie kręgosłupa, wyciek płynu mózgowo-rdzeniowego, paraliż od pasa w dół. Padły propozycje eksperymentalnych metod leczenia, ale koszty były wysokie, a szanse na sukces niewielkie. Nie skorzystał. – W jednej chwili sport zabrał mi wszystko, co miałem. Wcześniej jednak tak mnie ukształtował, że dał mi też szansę na ułożenie sobie życia na nowo – mówi Rafał Wilk.

Miał dla kogo żyć i walczyć, przede wszystkim trójkę dzieci. W chwili jego wypadku córka Gabrysia miała dziesięć lat, Wiktoria siedem, a syn Hubert pięć. Szybko zaczął ćwiczyć, by móc maksymalnie samodzielnie poruszać się najpierw po domu, później także po Rzeszowie. Jeszcze podczas rehabilitacji poważniej sparaliżowany kolega powiedział mu, żeby cieszył się, że ma sprawne ręce. Wtedy nieco się oburzył, później sam się zorientował, jak wiele to znaczy. Dzięki nim nauczył się samodzielnie wsiadać na wózek i z niego zsiadać oraz wchodzić po schodach do swojego pokoju. – Mógłbym przeprowadzić się na parter, ale od małego mam zakodowane, że tu jest mój pokój i tu jestem. Schody nie stanowią dla mnie problemu – mówił w reportażu Sylwii Michałowskiej z TVP Sport w programie „Pełnosprawni". Później przyszedł czas na naukę jazdy samochodem. Są świadkowie, że potrafi jeździć nawet takim, który w żaden sposób nie jest dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych.

I przyszły sukcesy

Sygnałem do powrotu do sportu był wyjazd na narty w grudniu tego samego roku, w którym zdarzył się wypadek. – Zobaczyłem wtedy, że mogę nadal uprawiać sport, choć w innej pozycji, no i z innym sprzętem. Wróciłem więc też do innej wcześniejszej pasji, czyli roweru. Już po pierwszej jeździe wiedziałem, że nie chcę używać go do rehabilitacji, chcę się ścigać. Dzięki pomocy dobrych ludzi od razu kupiłem sprzęt. Nie zakładałem oczywiście wielkich sukcesów, ale po prostu jeździłem na zawody w Polsce i za granicę i walczyłem – wspomina swoje początki.

W Rzeszowie nie było klubu, w którym mógłby uprawiać kolarstwo ręczne lub jazdę na mono-ski, musiał więc radzić sobie sam. – Teraz, gdy startuję w około 40 zawodach rocznie, cztery wyjazdy finansowane są w ramach kadry narodowej. Taka liczba startów nie pozwoliłaby na utrzymanie formy, dlatego na pozostałe muszę zdobywać środki – opowiada czterokrotny medalista paraolimpijski. Początkowo pracował jeszcze jako trener żużlowy, później skupił się na swoich nowych dyscyplinach, szczególnie rowerze. Handbike stał się jego zawodem. – Praktycznie od początku stało się jasne, że jeśli nie poświęcę się temu całkowicie, nie ma co marzyć o sukcesach. Postawiłem wszystko na jedną kartę i nie żałuję. To połączenie mojej pasji i pracy. Mogę powiedzieć, że żyję z tego sportu, choć w miarę możliwości czasowych prowadzę jeszcze zajęcia na uczelni, z zakresu sportu oraz turystyki osób niepełnosprawnych. To dla mnie ciekawe doświadczenie, ale zapewne także dla studentów, którzy widzą, że niepełnosprawność to nie jest zaraźliwa choroba, można z tym normalnie żyć – mówi.

Kolejne zawody, starty w Pucharze Świata, aż w końcu przyszło spełnienie marzeń: medale olimpijskie. – Jeśli miałbym porównywać te krążki, to w Rio było o tyle trudniej, że byłem już cztery lata starszy. Cieszę się szczególnie, biorąc pod uwagę niezbyt przemyślaną, a właściwie zepsutą trasę w Brazylii, która była płaska. Dzięki temu udowodniłem rywalom, że ich narzekania nie mają podstaw. Wielu uważa, że ze względu na niską wagę mam przewagę na górkach. W Rio wytrąciłem im argumenty. Cieszę się też ze srebra, ponieważ na trasie nie wyglądało na to, żebym mógł znaleźć się w czołówce – wspomina w rozmowie. Pierwszy londyński medal zadedykował ojcu, również żużlowcowi, który zginął w wypadku samochodowym. Drugi swoim dzieciom, podobnie jak srebro z Rio. Złoto przypadło mamie. – Najbliżsi, szczególnie dzieci, zasłużyli na to, ponieważ też cierpią z powodu mojej kariery. Często mnie nie ma, ze względu na zgrupowania i zawody. Dobrze jest czuć ich wsparcie – mówi Rafał Wilk. Dzieci również poszły w ślady ojca i realizują się w sporcie. Syn gra w piłkę, natomiast córki specjalizują się w akrobatyce sportowej. Młodsza, Wiktoria, brała nawet udział w programie „Mam talent". 20-letnia obecnie Gabrysia jest już instruktorką w tej dyscyplinie.

Rower wypełnia Rafałowi Wilkowi sporo czasu, średnio same treningi zajmują trzy godziny dziennie, w ubiegłym roku przejechał na nim ponad 17 tysięcy kilometrów. W okresie jesienno-zimowym część przygotowań siłą rzeczy musi się odbywać w warunkach domowych, chyba że jest możliwość wyjazdu na zgrupowanie, tak jak w grudniu na Majorkę. To z kolei czas lepszy dla nart, ale w granicach wytrzymałości organizmu. – Co jakiś czas wraca pomysł, bym startował również w zawodach na nartach biegowych, była nawet koncepcja wyjazdu na igrzyska zimowe. Byłoby to jednak zbyt obciążające, bo właściwie z jednego sezonu wchodziłbym w drugi. Organizm mógłby zostać przeciążony. Nie wykluczam niczego, ale w tym momencie nie mam takiego planu – zaznacza Wilk.

Nadzieja dla innych

Paraolimpijczyk jest bardzo popularny w regionie, co wykorzystuje, by pomagać innym. Założył fundację „Sport jest jeden", która wspiera sportowców niepełnosprawnych, pomaga usuwać bariery oraz zachęca do sportu tych, którzy jeszcze w sobie tej pasji nie odnaleźli. – Pierwszy raz w Polsce zorganizowaliśmy zawody Pucharu Europy, dzięki czemu mogliśmy przybliżyć kibicom sportowców niepełnosprawnych. Pokazujemy w ten sposób, że sportowcy niepełnosprawni to grupa uśmiechniętych, zadowolonych z życia ludzi, którym niepełnosprawność nie przeszkadza w osiąganiu sukcesów – opowiada Rafał Wilk.

Trudno sobie wyobrazić lepszą osobę do prowadzenia takiej działalności, ponieważ były żużlowiec, który pokonał tyle barier, nie rozpamiętuje przeszłości, tylko skupia się na kolejnych wyzwaniach, może zarazić swoim podejściem. – Nie ma sensu walczyć z rzeczywistością, skoro nie mam na nią wpływu. Nie zastanawiam się, dlaczego ja jestem na wózku, a nie ktoś inny. Zamęczyłbym najbliższych i siebie psychicznie. Trzeba przyjmować życie takim, jakie jest, choć czasem kopie nas po tyłku bez pytania. Gdy bierze się sprawy we własne ręce, to ewentualne pretensje można mieć tylko do siebie. A tego chyba wielu ludzi się boi, wygodniej jest winić za swoje niepowodzenia innych – uważa Rafał Wilk.

Ułożył sobie życie na nowo, choć nie traci nadziei, że jeszcze będzie chodzić. – Nie ekscytuję się doniesieniami o nowych metodach leczenia, medycyna idzie naprzód i pewnie kwestią kilku lat jest, by powstały nowe sposoby. Cierpliwie czekam i myślę, że się doczekam – kończy.

Z Rio de Janeiro przywiózł złoty medal w jeździe indywidualnej na czas w kolarstwie ręcznym oraz srebrny w wyścigu ze startu wspólnego na 60 km. Uzupełnił w ten sposób kolekcję założoną dzięki dwóm złotym medalom zdobytym cztery lata wcześniej w Londynie. Stał się w ten sposób jednym z najbardziej utytułowanych polskich paraolimpijczyków. Na Gali Mistrzów Sportu, w kategorii sportowców niepełnosprawnych, musiał jednak uznać wyższość Natalii Partyki. – Absolutnie nie czuję się zawiedziony, cieszę się, że byłem nominowany. Natalia jest znakomitą zawodniczką, w Rio wywalczyła przecież dwa złote medale – mówi.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Regiony
Odważne decyzje w trudnych czasach
Materiał partnera
Kraków – stolica kultury i nowoczesna metropolia
Regiony
Gdynia Sailing Days już po raz 25.
Materiał partnera
Ciechanów idealny na city break
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Materiał partnera
Nowa trakcja turystyczna Pomorza Zachodniego
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą