Sławomir Popławski, aktor Teatru im. Węgierki: Zapach Arizony i Utah na Podlasiu

Jestem dumny z Białegostoku, bo to piękne miasto z potencjałem – mówi Sławomir Popławski, aktor Teatru im. Węgierki.

Publikacja: 18.12.2017 22:00

Sławomir Popławski, aktor Teatru im. Węgierki.

Sławomir Popławski, aktor Teatru im. Węgierki.

Foto: materiały prasowe

Rz: 29 grudnia czeka nas premiera „Autostrady" w Teatrze im. Węgierki w Białymstoku. O czym jest ten spektakl, w którym zagra pan główną rolę?

Sławomir Popławski: Ma przede wszystkim dać nadzieję ludziom, którzy znaleźli się w sytuacji niespodziewanej tragedii. Odpowiada na pytanie „jak przejść ze stanu totalnego załamania do znalezienia nadziei i sensu życia?". Charlie Cox jako życiowy przeciętniak nie dałby sobie rady, gdyby nie przypadek – spotkanie kobiety życia. By wszystko nie było za proste, sprawę komplikuje odwieczny konflikt śmierci i miłości. Obie występują w sztuce w odrealnionej postaci i mają swoje do zrobienia. Czasami trzeba dotknąć śmierci, by zacząć żyć. Aby nie było nazbyt tragicznie – „Autostrada" jest napisana z humorem i lekko.

Czy zdarzyły się panu bądź wśród znajomych, w rodzinie – sytuacje, które zmuszały do namysłu nad spotkaniem ze śmiercią?

Tak. Niestety spotkała mnie taka sytuacja, kiedy na chorobę Alzheimera zapadła moja mama. Choroba początkowo rozwijała się podstępnie, a potem, po kilku latach, mama odeszła. Wcześniej, tak jak przywoływana w spektaklu sąsiadka głównego bohatera, była karmiona, pielęgnowana i otoczona troską. Kiedy kilkakrotnie dotykamy podobnej sytuacji na scenie, mam przed oczami moje osobiste, bardzo bolesne doświadczenie.

Jak współpracuje się panu z reżyserem Andrzejem Mastalerzem? Znaliście się wcześniej?

Z Andrzejem spotkałem się dziesięć lat temu na planie filmu „Zgorszenie publiczne", zrealizowanego na Śląsku. A jak to bywa w filmie, czas spędza się głównie na czekaniu, więc mieliśmy okazję się poznać. Kilka lat później Andrzej zagrał gościnnie w naszym teatrze i wtedy zaproponował ówczesnej dyrekcji realizację „Autostrady". Do powstania spektaklu z różnych powodów nie doszło, ale ja otrzymałem w prezencie egzemplarz scenariusza. Teraz, w innych okolicznościach, wróciliśmy do związanego z nim pomysłu. Warto zauważyć, że „Autostrady" nikt wcześniej w Polsce nie wystawiał. Będzie to polska prapremiera, grana u nas na scenie kameralnej. Forma i środki wyrazu aktorskiego są dobierane według zasady szlachetnej skromności, a Andrzej podchodzi do pracy w sposób wręcz jubilerski, gdy chodzi o analizę czy propozycje wspomnianych wcześniej środków aktorskich. To przykład spektaklu robionego z pasji i marzeń, a nie na zamówienie repertuarowe. Andrzej miał ten tekst głęboko w sercu i czuć to w pracy nad nim.

Można pana oglądać na scenie Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki od 1988 roku, ostatnio w spektaklach „Trans-Atlantyk" i „Popiełuszko". Jak by pan określił te różne role?

Te dwa spektakle to zupełnie dwa inne światy. W „Trans-Atlantyku" grałem postać Ciumkały – jednego z trzech nierozłącznych właścicieli firmy „Koński Psi Interes". Postaci te są barwną częścią przedwojennej Polonii w Argentynie opisanej przez Gombrowicza, a pokazane w spektaklu bardzo zespołowym, sprawnie zrealizowanym przez Jacka Jabrzyka. Z kolei w „Popiełuszce" gram postać zdecydowanie negatywną – oficera SB. Sam spektakl okazał się przedsięwzięciem trafionym i oczekiwanym. Jeśli jest grany – zawsze mamy 100-procentową frekwencję. W tym sezonie miałem również premierę „Mayday", w którym gram Stanleya Gardnera, a za chwilę będę Charliem w „Autostradzie". Teatr w takim mieście jak Białystok musi zaspokajać oczekiwania szerokiego spektrum widzów, dlatego przychodzi nam mierzyć się z różnymi zadaniami. To jest dla aktora bardzo rozwijające.

A co pan sobie najbardziej ceni w białostockim dorobku?

Przez dwadzieścia kilka lat zagrałem kilkadziesiąt różnych ról, z czego najbardziej cenię sobie rolę Sganarela w „Don Juanie", Senatora w „Dziadach III", czy Valene'a Connora w „Samotnym Zachodzie". Miło wspominam również udział w spektaklu „Scenariusz dla trzech aktorów" czy „Seksie nocy letniej" Woody'ego Allena – przedstawieniu, które ostatnio zagraliśmy już po raz 150. Doceniam pracę z reżyserami, dzięki którym mam możliwość odkrycia w sobie nowych możliwości. Lubię pracować nad rolami, które są – wydawałoby się – wbrew moim warunkom psychofizycznym. Przynosi mi także frajdę i radość udział w spektaklach, gdzie mam możliwość improwizacji czy bezpośredniego kontaktu z widzem.

Który z reżyserów był dla pana najbardziej inspirujący?

Do Białegostoku zostałem zaproszony po raz pierwszy przez dyrektora Andrzeja Jakimca. To były lata 80. i pracowałem wtedy w teatrze w Tarnowie. Andrzej Jakimiec tworzył teatr, który wychodził poza ramy scen repertuarowych i siedzibę instytucji. W tamtych latach nie było oczywiste, żeby grać na środku jeziora, w skansenie czy w żwirowni. Duży wpływ na mój rozwój i postrzeganie aktorstwa miał także Waldemar Śmigasiewicz, z którym kilkakrotnie miałem okazję pracować w Białymstoku. Waldek miał znakomite zdolności reżysersko-pedagogiczne i starał się nam wpajać, że dobre samopoczucie aktora na scenie niekoniecznie służy jego rozwojowi. Bardzo sobie cenię nie tylko spotkanych w Białymstoku reżyserów, ale także scenografów i innych realizatorów. Miałem przyjemność grać w kostiumie zaprojektowanym przez profesora Andrzeja Strumiłłę, który doskonale wyczuł klimat „Wiśniowego sadu", a to bardzo pomogło mi w wykreowaniu dość charakterystycznej postaci Borysa Piszczyka. W czasach, kiedy inscenizacje są rozbudowane i muszą być atrakcyjne dla widza, nie mogę zapomnieć współpracy z choreografami Mikołajem Mikołajczykiem i Maćkiem Zakliczyńskim.

Ma pan również doświadczenia w pracy serialowej. Czy to odskocznia od teatru, sposób na większe pieniądze czy też przygoda?

Wszystko w jednym. Trafiłem do teatru z filmu. Jako młody chłopak byłem członkiem AKF im. A. Munka w Sosnowcu – klubu na tamte czasy bardzo uznanego i cenionego. Grywałem w filmach, zostałem nawet laureatem ogólnopolskiego festiwalu filmu niezależnego w Polanicy. Praca w filmie uruchamia specyficzny środek ekspresji aktorskiej. To ciekawa, fajna przygoda, tak jak praca w reklamie. Czasami przy odpowiednich warunkach można stworzyć kilkunastosekundowe perełki. Ale teatr jest najszlachetniejszą formą aktorską.

Nie pochodzi pan z Podlasia. Jak pan się tu zakorzeniał?

Kiedy przyjechałem pierwszy raz w 1988 r., nie za bardzo się zakorzeniłem. Po dwóch latach, z powodów osobistych, wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Miało to trwać kilka miesięcy, a wydłużyło się do ośmiu lat. Mogłem dobrze prosperować w Ameryce, ale ciągle czegoś mi brakowało – realizacji marzeń. Postanowiłem wrócić, ale realia były już inne. Pod koniec lat 90. niełatwo było się dostać do zespołu aktorskiego i otrzymać etat. Na szczęście wróciłem do teatru, który znałem, w którym mnie jeszcze pamiętano. Dzięki uprzejmości Andrzeja Karolaka udało mi się grać gościnnie, a po jakimś czasie zostałem zaproszony do zespołu. Założyłem tu rodzinę, mam dwójkę dzieci. Czuję się tu dobrze i jestem doceniony. Bardzo szanuję to, co tutaj robię.

W Ameryce był pan m.in. kierowcą tira. Czy to doświadczenie pomogło w zrozumieniu „Austostrady"?

Historia bohatera „Autostrady" jest uniwersalna. Mogłaby się wydarzyć w każdym miejscu na świecie. Ale oczywiście dzięki mojej amerykańskiej przygodzie wiem trochę więcej o amerykańskich realiach, znam tamte miejsca, a nawet kojarzę zapach gór w stanie Utah czy pustyni w Arizonie. Wielokrotnie nocowałem w motelach, w jakich rozgrywa się akcja naszego spektaklu. A to działa na wyobraźnię.

Materiał partnera
Dolny Śląsk mocno stawia na turystykę
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Regiony
Samorządy na celowniku hakerów
Materiał partnera
Niezależność Energetyczna Miast i Gmin 2024 - Energia Miasta Szczecin
Regiony
Nie tylko infrastruktura, ale też kultura rozwijają regiony
Regiony
Tychy: Rządy w mieście przejmuje komisarz wybrany przez Mateusza Morawieckiego