Cieszę się, że Legion Medyczny powołany przez ministra obrony ruszył z kopyta i cieszy się względną popularnością wśród tzw. białego personelu. Jak czytamy w artykule Dominiki Pietrzyk, chętnych jest już ponad 700 osób.

Cieszę się z tego podwójnie, bo wiem, że wolontariusze uzupełnią lukę kadrową wojskowej służby zdrowia wykorzystywaną w czasie kryzysu lub wojny. Teraz liczy ona ok. 880 medyków, a powinno być 1 600.

Moja radość jest nawet potrójna, bo niebawem wolontariusze Legionu Medycznego rozpoczną specjalistyczne szkolenie. W tym zakresie państwo jest spóźnione co najmniej o 12 lat – od momentu, gdy Rosja postanowiła podbić Ukrainę. Dobrze, że wreszcie do decydentów dotarło, iż Władimir Putin także nam zagraża i musimy być przygotowani na różne scenariusze.

Łyżka dziegciu w beczce miodu

Czekam jeszcze na fachowo przygotowane ćwiczenia personelu medycznego, które uwzględniają doświadczenia z wojny prowadzonej nad Dnieprem czy Oskołem. Jeszcze bardziej zaś na wmurowanie kamienia węgielnego pod pierwszym schronem przy szpitalu, w których znajdą się m.in. sale operacyjne. Nie jest odkryciem, że przyszła wojna będzie wyglądała tak jak na Ukrainie. Rosjanie z wykorzystaniem rakiet czy dronów będą atakowali infrastrukturę znajdującą się daleko poza linią frontu. Tylko w poprzednim roku zniszczyli 570 klinik, przychodni, szpitali.

Czytaj więcej

Gen. Gielerak: Nie jesteśmy gotowi do wojny. Przed nami wiele pracy

Dlaczego do tej beczki miodu dorzucę teraz łyżkę dziegciu? Otóż Legion Medyczny sięga do kadr, w oparciu o które powinien być budowany Korpus Obrony Cywilnej – formacja, która ma działać na rzecz ochrony ludności zarówno w czasie klęski żywiołowej, jak i wojny. Jednym z jej zadań będzie m.in. udzielanie pierwszej pomocy, transport medyczny, ratownictwo w strefach skażeń. KOC jednak tworzy MSWiA.

Rozdrobnienie oznacza osłabienie

Oczywiście można zakładać, że Legion Medyczny będzie współpracował z Korpusem Obrony Cywilnej np. w czasie klęsk żywiołowych, gdy zostanie do takich zadań wezwane wojsko, ale nie ma takiej pewności.

Moim zdaniem rozdrobić zasoby, to jakby je osłabić. A to, co obserwujemy to modelowy przykład tzw. silosowości, czyli działania ministerstw w izolacji od siebie, w swoich bańkach – to infekcja, która osłabia państwo. Albert Einstein skwitowałby to pewnie tak: „szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”. Miał rację? Może warto wyjść poza utarte schematy?