Mała Polka z silnym forhendem

„Dziewczyna zupełnie instynktownie wyczuwa każdą piłkę i plasuje instynktownie, wszystko u niej wrodzone” – zachwycał się grą Jadwigi Jędrzejowskiej reporter „Przeglądu Sportowego” w roku 1928.
NAC

Tenisistka z Krakowa, która zagrała w trzech wielkoszlemowych finałach? Oczywiście Jadwiga Jędrzejowska.

Chociaż kojarzona jest ze Śląskiem – w latach powojennych reprezentowała barwy katowickich klubów – to grać nauczyła się w krakowskim AZS.

„Urodziłam się na korcie” – brzmi pierwsze zdanie jej autobiografii pod takim samym tytułem. I, jak podkreśla bohaterka, nie jest to wcale przesada, bo dom, w którym ujrzała światło dzienne, znajdował się tuż obok kortów AZS.

Blisko tenisa, ale jednocześnie daleko. Wtedy to była rozrywka dla zamożnych, a ojciec przyszłej mistrzyni pracował w zakładach oczyszczania miasta. O grze nie mogło być mowy, jednak okazało się, że zbieranie i podawanie piłek eleganckim panom w bieli może podreperować domowy budżet. Ośmioletnia Jadzia zbierała i podawała, aż pewnego dnia wzięła do ręki prawdziwą rakietę z wypolerowaną rączką i brzęczącymi strunami. Odbiła piłkę i zamarzyła o tenisie. Parę lat później spędzała już na kortach całe dnie – kiedy kogoś zawiódł partner, zagrywała mu piłki.

Pierwsze wydanie „Urodziłam się…” ukazało się w roku 1955 i, zgodnie z duchem czasów, wiele tam gorzkich słów pod adresem pań z dobrych domów, które ponoć nie chciały grywać z dziewczyną do podawania piłek. Jednak nie da się ukryć, że pierwszą prawdziwą rakietę młoda tenisistka dostała od jednego z kortowych bywalców, a wkrótce została przyjęta w szeregi AZS.

– Kiedy ja przyszedłem do tenisa, była już podziwiana, uznawana i lubiana, choć bywała też obiektem zazdrości – mówił Bohdan Tomaszewski, dodając, że tenis dał Jędrzejowskiej szansę na wyrwanie się do lepszego świata. Wykorzystała ją. – Miała niesłychany wdzięk, prostotę, uśmiech, poczucie humoru. Jadzię lubiano i w Polsce, i na świecie.

Wrodzony talent

„Takich drajwów chyba nikt w Polsce nie ma. A zaciętość, a talent! Dziewczyna zupełnie instynktownie wyczuwa każdą piłkę i plasuje instynktownie, wszystko u niej wrodzone” – zachwycał się reporter „Przeglądu Sportowego” w roku 1928, kiedy 16-letnia Jadzia okazała się rewelacją mistrzostw Polski. Przegrała w finale z utytułowaną Wandą Dubieńską (która miała jej szczególnie nie lubić), ale wywalczyła mistrzostwo w grze podwójnej i mieszanej.

Rok później zdobyła pierwsze mistrzostwo w grze pojedynczej. Będą jeszcze 22 (nie licząc tytułów honorowych przyznanych w latach 1937–1938), ostatnie w roku 1962.

– Jej siłą był forhend. Nie miała dobrego woleja, grała za to fenomenalny dropszot – wspominał Bohdan Tomaszewski, który grywał z Jędrzejowską w latach 30., gdy była już zawodniczką stołecznej Legii. – Najlepsi brali nas, juniorów, na trzy kwadranse na kort centralny. Różnica pomiędzy tenisem kobiecym i męskim była wtedy znaczna, toczyliśmy bardzo zacięte mecze. Wykorzystywałem jej braki w bieganiu.

Te braki będą jej później wypominać. Na razie mamy początek lat 30. i zachwyty nad „małą Polką, której nazwisko jest tak masywne, jak jej drajwy”. To słowa reportera francuskiego dziennika „L’Auto”, który miał okazję oglądać tenisistkę podczas wielkoszlemowego debiutu. W 1931 roku, w Paryżu, stoczyła zacięty bój z Amerykanką Elizabeth Ryan, zdobywczynią 26 tytułów wielkoszlemowych w grze podwójnej i mieszanej. Ludzie schodzili z trybun kortu centralnego i szli na kort nr 4, gdzie toczył się mecz Polki. Przegrała w trzech setach, ale jak napisał dziennikarz „L’Auto”: „Mamy wrażenie, że Jędrzejowska zostanie pewnego dnia mistrzynią świata”.

Dwa gemy

W kolejnych sezonach „mała Polka” regularnie grywała na Roland Garros i Wimbledonie.

Po pierwszych i drugich rundach przyszedł czas na trzecie i czwarte, potem na ćwierć- i półfinały, aż wreszcie – w 1937 roku – Polka w finale na kortach All England Clubu. Wygrać tu to zdobyć mistrzostwo świata.

W pięciu pierwszych meczach każdej z rywalek oddawała góra trzy gemy. Półfinał ze znakomitą Amerykanką Alice Marble był bardziej zacięty, ale także wygrany w dwóch setach. W finale czekała Angielka Dorothy Round.

W decydującym secie krakowianka prowadziła już 4:2. „Dwa gemy dzielą mnie od mistrzostwa świata… Myśl o nich nie daje mi chwili spokoju. Jestem bardzo zdenerwowana. Zaczynam grać źle, moje piłki o centymetry mijają się z linią. Czuję się bardzo odosobniona. Nie ma nikogo życzliwego obok kortu, kto by poradził, jaką taktykę w tak ważnej chwili mam zastosować” – żaliła się. Przegrała 2:6, 6:2, 5:7.

„Jeśli chodzi o grę z głębi kortu, nie było pomiędzy tenisistkami różnicy – Round dysponowała wspaniałym bekhendem, Jędrzejowska równie niebezpiecznym forhendem. Przy siatce Polka była nawet lepsza. Decydującą rolę w zwycięstwie Angielki odegrała jej regularność i odwaga w krytycznym momencie trzeciego seta” – napisał sprawozdawca „Sunday Express”.

Dwa finały, jeden tytuł

Wkrótce po tym sukcesie Jędrzejowska po raz pierwszy w karierze wyruszyła do USA, na zaproszenie Amerykańskiej Federacji Tenisowej. „Do Nowego Jorku popłynęłam na s/m Queen Mary. Był to olbrzymi okręt przypominający pływające miasto. Mogłam trenować, gdyż na jednym z pokładów znajdował się kort”.

W mistrzostwach USA wicemistrzyni Wimbledonu zagrała z numerem 1. Znów doszła do finału i znów przegrała – tym razem z Chilijką Anitą Lizaną, którą znawcy tenisa stawiali wówczas na czele światowych klasyfikacji.

Amerykańska podróż kończy się pechowo – Jędrzejowska potyka się w pociągu i łamie palec. Do Gdyni przypływa z nogą w gipsie i nie może wystartować w mistrzostwach kraju. Otrzymuje zatem od Polskiego Związku Lawn-Tennisowego tytuł honorowej mistrzyni Polski. To ukłon w stronę sportsmenki tak sławnej, że trafiła nawet na ekrany kin – jedna z bohaterek popularnej wówczas komedii „Jadzia”, mistrzyni tenisa, nazywa się Jadwiga Jędruszewska. To nie przypadek.

Prawdziwa Jędrzejowska wygrywa tymczasem plebiscyt „Przeglądu Sportowego” (drugi raz z rzędu), a na liście najlepszych tenisistek świata układanej przez znawcę tenisa Wallisa Myersa (punkty rankingowe pojawią się dopiero kilka dekad później) zajmuje 3. miejsce – za Dorothy Round i Anitą Lizaną.

Bohdan Tomaszewski: „Cudzoziemcy, nie mogąc wymówić jej imienia i nazwiska, mówili na nią »Jed«. Nie było wtedy jetów – samolotów odrzutowych, była Jed – mocna dziewczyna, która strzelała piłkami z szybkością odrzutowca”.

W 1939 roku „Jed” podbija Paryż – gra w dwóch finałach Roland Garros. „Mam walczyć z madame Mathieu, lecz przewiduję już z góry, że mistrzostwa nie zdobędę. Jeszcze chyba nie było czegoś takiego w Paryżu, aby cudzoziemka mogła w finale pokonać miejscową tenisistkę. Zwycięstwo nad Francuzką na centralnym korcie obsadzonym wyłącznie przez miejscowych sędziów liniowych jest nieomal wykluczone” – zapisała.

Miała rację, choć nie do końca – jej finałowa rywalka Simone Mathieu kilkakrotnie przegrywała w paryskich finałach. Tym razem była jednak górą.

Finalistki singla zagrały wspólnie w turnieju deblowym, choć, jak przyznawała Polka, z początku nie przepadały za sobą. Musiały się polubić, bo wygrały. To jedyny wielkoszlemowy tytuł Jadwigi Jędrzejowskiej.

Przeżyłam

W 1939 roku zagrała jeszcze w ćwierćfinale Wimbledonu, by wrócić do Anglii dopiero w roku 1946.

„Zdawałam sobie sprawę, że po tak długiej przerwie nie będę w stanie rywalizować z tenisistkami, które przez cały okres wojny trenowały i brały udział w zawodach” – napisała. Rzeczywiście, odpadła już po pierwszym meczu. Wygrała jedynie turniej pocieszenia, dla uczestniczek pokonanych w pierwszej i drugiej rundzie. „Spotkałam wielu znajomych sprzed wojny. Byli zaskoczeni, że mnie widzą, ponieważ prasa angielska kilka razy donosiła, że zginęłam w czasie okupacji. Moje pojawienie się na kortach wywołało prawdziwą sensację w Wimbledonie”.

Rok później, w wieku 35 lat, zagrała jeszcze w Paryżu (ćwierćfinał) i Londynie (porażka w drugiej rundzie singla, zwycięstwo w turnieju pocieszenia, finał gry mieszanej). Na tym zakończyła wielkoszlemowe występy. Skupiła się na zdobywaniu kolejnych tytułów w kraju, stając się przekleństwem dla młodszych rywalek.

– Oczywiście nie grała już tak dobrze jak wcześniej, ale jednak wciąż wiele znaczyła w światowych rozgrywkach i, istotnie, odgrywała rolę kata całej następnej generacji krajowych tenisistek. Była nie do przeskoczenia – potwierdzał Bohdan Tomaszewski. – Jej filozofia była taka: „Gram dopóty, dopóki ktoś mnie nie zdetronizuje”. Więc dopóki mogła, lała te młodsze tenisistki. W tym czasie u Jadzi pojawił się dodatkowy rys charakteru: stała się bardzo surowa. Nie wiem, czy młode dziewczyny wynosiły coś z tych meczów.

W wieku 50 lat mistrzyni zdecydowała – jak pisze – ograniczyć swoje występy w mistrzostwach Polski do gry podwójnej i mieszanej. Jeszcze przez kilka kolejnych sezonów wracała ze złotymi medalami.

Mogą Ci się również spodobać

Przybywa pasiek na miejskich dachach

Kraków jest pierwszym miastem w Polsce, które zdecydowało się założyć własny zespół domów dla ...

Przekraczanie granic intymności

Od  13 czerwca w PGS w Sopocie oglądać można wystawę „Body Works”. Jej bohaterem ...

Nowy terminal przyciągnie cargo

Blisko 17,5 tys. ton ma wynieść roczna zdolność przeładunkowa terminalu, który jesienią ruszy w ...

Rozwojowy skok dzięki Unii

Gdyby nie europejska polityka solidarności, polskie regiony wolniej nadrabiałyby dystans do bogatszych sąsiadów. Wejście ...

Gmina bywa czasem przymusowym spadkobiercą

Objęcie spadku może być korzystne, ale możliwość pozyskania w ten sposób dodatkowych dochodów nie ...

Elektronika ma poprawić skuteczność służb miejskich

Rozrastają się systemy monitoringu, bo samorządy wykładają kolejne kwoty na nowe kamery. Lokalizacje podpowiadają ...